Wytwórnia: SJ Records 005


1. Silver Protect (Tomasz Bura) 10:46

2. KM (Tomasz Bura) 7:18

3. Must Be The Moment (Tomasz Burai) 7:02

4. Morning (Piotr Schmidt) 5:03

5. Tupak (Tomasz Bura) 5:47

6. Till The Final Note Dies (Piotr Schmidt) 7:53


Piotr Schmidt - trąbka, efekty

Wojciech Myrczek - śpiew, vocoder, syntezatory

Tomasz Bura - fortepian, klawisze, syntezatory

Michał Kapczuk - gitara basowa, efekty basowe

Sebastian Kuchczyński - perkusja

Silver Protect

Piotr Schmidt Electric Group

PIOTR SCHMIDT: MUZYKA OSOBLIWA

rozmawia: Piotr Iwicki

Jest powszechnie uznawany za jedną z nadziei naszego jazzu. Nadziei już spełniających się. Piotr Schmidt (rocznik 1985), trębacz legitymujący się dyplomem Akademii Muzycznej w Katowicach, a ściślej tamtejszego Instytutu Jazzu, swoje swingujące skrzydła rozwinął pod okiem starszego kolegi po fachu – Piotra Wojtasika. Warsztat szlifował jako stypendysta University of Louisville (Kentucky), a efektem są liczne nagrody na konkursach w Polsce i za granicą (tytuł Najlepszego Solisty na Getxo Jazz Festival 2010 w Hiszpanii).

Płyta, która trafia w ręce naszych Czytelników, na pewno okaże się przysłowiową trampoliną w karierze utalentowanego muzyka.

JAZZ FORUM: Śledząc internetowe wpisy na temat Twojego zespołu, można śmiało powiedzieć, że ta najnowsza płyta to samospełniająca się przepowiednia.

PIOTR SCHMIDT: Rzeczywiście z tym zespołem wszystko idzie bardzo gładko. Grupa powstała ponad rok temu, na koncie mamy około 30 zagranych koncertów i teraz udało się, głównie dzięki pomocy Samorządu Miasta Gliwice, zdobyć środki na nagranie i wydanie płyty. Może dlatego się wszystko udaje, bo muzyka, jaką gramy, przekonuje do nas ludzi i to nie tylko jazzfanów, ale także tych, którzy nie lubią jazzu. Kiedyś po koncercie w Trzebnicy pewna dziennikarka powiedziała, że redakcja zmusiła ją do przyjścia na nasz koncert i napisania recenzji, a ona nienawidzi jazzu. Po czym dodała: „ale uwiel¬biam jazz w waszym wydaniu” i kilka dni potem ukazała się bardzo pozytywna recenzja. Takie rzeczy budują i motywują mnie do jeszcze większej pracy. 

JF: Ilekroć słyszę w nazwie zespołu słowo „electric”, włącza mi się lampka ostrzegawcza, że dotknę za chwilę formalnych uproszczeń na rzecz podszytego syntezatorami i gitarami czadu. Ale Ty pozytywnie mnie zaskakujesz, tutaj „prąd” pozostaje na usługach rozumu. To Twoja ideologia?

PS: Od ponad roku jestem mocno zafascynowany muzyką elektroniczną i elektroakustyczną. Poprzez dodanie syntetycznych brzmień nie chcę zubożyć muzyki, ale wzbogacić jej moc i przekaz. Uważam, że nurt muzyki elektronicznej jest źródłem ciekawej ekspresji, sporych możliwości.

Poza-akustyczne brzmienia determinują użycie innych melodii i harmonii. To tak jakbyśmy chcieli zagrać na Hammondzie z układami fortepianowymi. Nie da się. Trzeba znaleźć takie układy, które będą pasowały do brzmienia Hammondu i będą czytelne. To potężna wiedza, którą cały czas zgłębiam, głównie rzecz jasna na trąbce. Wszyscy uczymy się dobrego wykorzystania elektroniki w swoich instrumentach i tego, jak przełoży się to na brzmienie całego zespołu. Bardzo ważne są też odpowiednie groove’y. Dobry miks melodii, harmonii, brzmień i rytmu to niesamowita energia. Bardzo mnie to wszystko fascynuje.

JF: Twoja formacja jest przykładem całkiem nowej koncepcji w zdobywaniu fanów, zaistnienia na rynku. Nie będę oryginalny, jeśli powiem, że wiele w tym dobrego uczynił Internet, internetowe jazzowe radio, pozytywny szum w sieci.

PS: Nie wiem, o co chodzi z tą nowatorską koncepcją zdobywania fanów – to zresztą brzmi trochę jak robienie przekrętu, żeby kogoś na coś naciągnąć dla chwilowych zysków. My tego nie musimy robić. Muzyka tego zespołu broni się sama, co widać na naszych koncertach i nikogo, kto ją słyszał, nie trzeba do niej przekonywać. Jednak faktem jest to, że nie wszyscy wiedzą o tym zespole i nie wiedzą, co to za muzyka. Żeby to zmienić, staramy się poprzez Facebooka i inne proste środki komunikacji rozpowszechnić naszą muzykę. Chodzi o to, żeby jak najwięcej osób się dowiedziało o naszym istnieniu i o tym zespole. Wtedy sami będą prosić o płytę, zapraszać i przychodzić na koncerty. Wierzę, że w tym zespole jest to możliwe.

JF: Czyli jednak Internet. (śmiech) Nie sposób nie zadać w takim przypadku pytania: jakie są Twoje źródła inspiracji?

PS: Jeszcze jak byłem mały (w wieku 12 – 18 lat) dużo słuchałem muzyki Pata Metheny, Bobby’ego McFerrina, George’a Bensona, Milesa z lat 80., czy zespołów Spyro Gyra, Steps Ahead i The Brecker Brothers. Zwłaszcza Pata i Milesa słuchałem strasznie dużo. Oni zapoczątkowali moje upodobanie do muzyki jazzowej, mimo iż trudno nazwać jazzem większość rzeczy, które robił Miles w latach 80. Ale tak zaczynałem.

Potem dopiero przyszła kolej na tych wszystkich wspaniałych muzyków mainstreamowych, których w historii jazzu pojawiło się mnóstwo, i których samo wymienienie mogłoby zająć kilka stron. Ale można się domyślać, że nie oni pchnęli mnie w stronę elektroniki i muzyki groove’owej. Dali mi jednak coś bardzo ważnego. Ukształtowali mnie jako muzyka, dając kompletny system wokół którego można kształtować swoje jazzowe myśli. Wyostrzyli moje wyczucie niuansów, szczegółów i różnic. Dali mi oparcie i punkt wyjścia.

Natomiast moje ostatnie inspiracje, ludzie których najchętniej ostatnio słucham, to Roy Hargrove, Robert Glasper, Jojo Mayer, Wallace Roney, Ambrose Akinmusire, Dave Douglas, czy zespół Electro Delux.

JF: „Piotr Schmidt Electric Group to elektryczno-groove’owy zespół, założony w kwietniu 2011 roku, który robi furorę swoim osobliwym połączeniem fusion i przestrzennego jazzu, z soulem, funkiem, R&B, jak również muzyką filmową i eksperymentami z rytmem i brzmieniem” – posłużyłem się cytatem z Twojej strony aby spytać – co to jest „osobliwe połączenie”, gdzie ta odmienność w opinii sprawcy projektu?

PS: Osobliwe połączenie jest efektem spotkania się na jednej scenie różnych osobliwości muzycznych, a także czerpanie z różnych stylów muzycznych i ich nietypowe łączenie. Osobliwy to wg. definicji niezwykły, oryginalny, czasem dziwny. Style, z których czerpiemy, nie są dziwne, ale to my, przez to że każdy z nas jest inny, nietypowo łączymy je ze sobą. Na co dzień słuchamy często innej muzyki i inspirujemy się innymi artystami. Mamy mnóstwo wspólnych punktów, bo gdyby nie one, nie moglibyśmy grać razem. Jednak jesteśmy inaczej ukształtowani.

Nasze historie są inne, choćby wspominając, że nasz pianista Tomek Bura nie studiował z nami jazzu na AM w Katowicach, tylko klasykę. To połączenie skutkuje rezultatami, których nawet my sami do końca nie jesteśmy w stanie przewidzieć. To naprawdę fascynujące, grać w takim zespole, bo dla nas wszystkich efekt naszego spotkania jest, przynajmniej w detalach, niezwykły, oryginalny, a czasem dziwny.

JF: Słuchając płyty odnoszę wrażenie, że w formacji panuje daleko posunięta demokracja. Jak, jako lider, pojmujesz swoich kolegów, co w każdym z nich cenisz, co czyni, że właśnie na niego postawiłeś, a nie na kogoś innego?

PS: Rzeczywiście jest sporo demokracji w tym zespole. Chcę, żeby każdy z moich muzyków mógł zaproponować różne rzeczy i miał tu swobodę. Często na próbach dyskutujemy i testujemy pomysły różnego autorstwa i dochodzimy razem do konsensusu. Czasem jednak mówię, że wolę tak i już, bo ja tak to czuję i tak chcę.

A co w nich cenie najbardziej? Wojtek Myrczek to ogromny talent, który potrafi zaśpiewać jak Frank Sinatra, Bobby McFerrin, czy Kurt Elling. W tym zespole odsłaniamy jego ciemną stronę mocy wokalnych, a to przy pomocy vocodera, syntezatorów, czy też po prostu nacisku na nietypowe dźwięki, z którymi radzi sobie równie dobrze. To człowiek otwarty na eksperymenty, o świetnym timie, co rzadko można powiedzieć o wokalistach.

Tomek Bura na co dzień mieszka i robi karierę w Londynie. To pianista wybitny, ale niekonwencjonalny. Muzyk nietypowy, może przez brak formalnego wykształcenia jazzowego... Tomek to talent przeogromny, który potrafi rozpalić prawdziwy ogień, a po chwili wzruszyć do łez. To człowiek, o którym świat dopiero usłyszy. Jest to też autor większości kompozycji w tym zespole.

Michał Kapczuk – wspaniały kontrabasista i gitarzysta basowy, jeden z najbardziej rozchwytywanych basistów w kraju, muzyk wrażliwy i subtelny, o ogromnej ekspresji. Perfekcjonista i profesjonalista jakich mało. Sebastian Kuchczyński to perkusista współpracujący z takimi gigantami jak Grzegorz Nagórski, Piotr Wojtasik czy Maciej Sikała. Ale to też jeden z najbardziej wszechstronnie i precyzyjnie grających drummerów w Polsce, w tym projekcie pokazujący bardziej rockowy pazur, i to z jaką zwinnością i temperamentem! To są ludzie, bez których nie udałoby mi się stworzyć takiej muzyki.

JF: Kompozycja Mam talent to credo czy krzywe lustro naszej artystycznej rzeczywistości?

PS: Faktycznie, ten utwór ma dwa oblicza. Z jednej strony chodziło mi o to, żeby wzbudzić kontrowersje, bo ta piosenka w końcowym fragmencie nosi znamiona ironii i szyderstwa z pewnych współczesnych produkcji i jest na te produkcje właśnie stylizowana. Nie wiadomo więc do końca, jak to odebrać, bo z drugiej strony chciałem, aby utwór ten skłaniał do refleksji. Głównie nad przemijaniem, nad tym, jak bardzo się ze wszystkim spieszymy, i jak w tym wyścigu szczurów ucieka nam radość z życia. Nie mamy chwili na zastanowienie i nim się obejrzymy staniemy nad przepaścią, z której nie ma powrotu.

Ten tekst jest też trochę katastroficzny – „the world is over”, świat nam ucieka na naszych oczach, ale też my swoim postępowaniem go niszczymy – szerzej wkrada się tu ekologia, ale ja wolę bliżej, niszczymy swój własny świat, swoje własne życie, nie mamy już na nie czasu. O napisanie takiego tekstu poprosiłem mojego brata, który jest anglistą. On tak to zrobił, że ostateczna interpretacja zależy jednak od słuchającego, od tego kim jest i jak to widzi.

JF: Must Be the Moment powiewa wczes¬nym Hancockiem, oczywiście tym „z prądem”, a w innych wokalowych popisach na płycie odnoszę wrażenie zasłuchania w Ellinga. Przypadek?

PS: Nigdy nie da się odseparować od naszych wzorów i od muzyki, na której się chowamy. Hancock to postać, której żaden jazzowy muzyk świata nie może pominąć w swojej edukacji i Tomek też na nim się chował. Domyślam się jednak o jakim fragmencie jest mowa, mnie bardziej kojarzy on się z disco, jak zresztą i nam wszystkim. Kapitalnie jednak wpasowuje się w groove i daje świetny power. Dlatego tak to zagraliśmy. Co do Kurta Ellinga, to jest on jednym ze wzorów Wojtka Myrczka, i w zaśpiewanym przez niego utworze KM można usłyszeć do niego podobieństwo. Jednak Wojtek czerpie też z wielu innych źródeł i wiedząc, jak szybko się rozwija, niedługo umiejętnościami przewyższy pewnie większość z nich.

JF: Morning to z kolei kompletna opozycja w stosunku do tego, co mamy w funkowych tematach.

PS: Morning to oddech. To kolejne zastanowienie, ale w innym klimacie niż Till the Final Note Dies. Dla jednych Morning to nadzieja, wschód słońca, wynurzanie się z sennych głębin na powierzchnię dnia pełnego możliwości; dla innych to dramat życia i rozpacz kolejnego dnia podszytego głęboką depresją. Ten utwór niesie ze sobą potężny ładunek emocji i nie da się wysłuchać go obojętnie. Chciałem, żeby utwór ten wywoływał spore emocje, ale nie narzucałem ostatecznego tematu. Nie ma tu więc słów, ale jest wyraźna opowieść, którą każdy przeżywa po swojemu.

JF: Twoja artystyczna działalność skupia się aktualnie na dwóch głównych projektach. Tym i hard-bopowym kwintecie z Michałem Wierbą. Czy to najlepsza Twoim zdaniem droga, do muzycznej samorealizacji, spełnienia. Zawsze będą porównania – ten skład jest lepszy, tamten idzie na skróty.

PS: Który jest lepszy, a który idzie na skróty? Moim zdaniem to nigdy nie będzie jasne. Zawsze kieruję się najbardziej tym, co mi gra w duszy. Te dwa zespoły są teraz na świeczniku, ale jutro może być inaczej. Mam wiele planów w głowie, zarówno dotyczących tych zespołów, jak i zupełnie innych projektów. Aktualnie skupiam się na Piotr Schmidt Electric Group, a niejako z rozpędu gram jeszcze trochę z Kwintetem, z którym ostatni krążek został wydany w styczniu tego roku. Granie z moim hard-bopowym zespołem już sprowadza się właściwie do projektów specjalnych – zapraszania wybitnych gości, polskich i zagranicznych, na wspólne koncerty, a czasem nagrania. Konwencja tego zespołu sprzyja takiemu urozmaicaniu.

Natomiast Piotr Schmidt Electric Group to osobowo raczej zamknięta formuła, gdzie bardziej chodzi o wrażenia z całości, aniżeli popisy indywidualnych instrumentalistów, które jednak również są ważne. Ja mam mnóstwo muzyki w głowie, w wielu stylach, i na dwóch zespołach się na pewno nie skończy. Jestem otwarty, ale i niecierpliwy. Spełniony będę chyba dopiero wtedy, jak będę miał trzy-cztery różne zespoły i z każdym dużo koncertów. I nie chodzi tu o pieniądze, choć one też są ważne. Chodzi o ten feeling na scenie, o poczucie wspólnego tworzenia na oczach słuchających melomanów. Chodzi o satysfakcję z udanego koncertu. Wtedy będę czuł, że to jest to!

JF: Czy zatem w środku Schmidta istnieje naturalny podział na straight-aheadowca i muzyka, który nie boi się, że przypną mu łatkę smooth-jazzmana?

PS: Nie gram smooth jazzu, mimo iż na tej płycie są elementy popu. Tu zresztą nie chodzi o takie podziały. Chodzi o to, co ci gra w sercu. Jaki rodzaj muzyki daje ci radość. Nie jestem muzykiem dla pieniędzy, bo byłbym niepoprawnym optymistą. Utrzymuję się z tego, jest to moje jedyne źródło dochodów, cieszę się, jak płacą mi dobrze. Przede wszystkim jednak chcę grać to, co mam w głowie i to, co mnie najbardziej kręci.

Muzyka hard-bopowa jest mi bliska i uwielbiam ją grać, ale potrzebuję czegoś więcej. Muszę się dalej rozwijać. Potrzebuję tego jak powietrza. Nie wiem, co będę robił za dwa lata. Ciągle szukam i zgłębiam coraz to nowe obszary. Świat jest pełen fantastycznych dźwięków, którymi można się zafascynować, a następnie je przetworzyć i przerobić na coś innego, co ci bardziej odpowiada, co jest ci bliższe. To nie chodzi o smooth i straight-ahead. Tu chodzi o jak największą frajdę z grania. Bo skoro nie ma z tego dużej kasy, to musi być chociaż radość i satysfakcja. Spełnienie artystyczne.

JF: Jest płyta i co dalej? Koncerty, sukcesy, wywiady… Jakie macie plany? To fajna muzyka, która może zjednoczyć zwolenników eksperymentów i wyznawców rzeczy okołojazzowych. To atut.

PS: Dziękuję, wywiad już jest, to może koncerty i sukcesy przyjdą. (śmiech) Będę mocno się starał, żeby ludzie, także ci „właściwi” dowiedzieli się o tym zespole, o tym, co to za muzyka, żeby posłuchali płyty, a najlepiej przyszli na koncert. Wtedy już samo się potoczy. Jestem dobrej myśli. W końcu wspierają mnie jedni z najlepszych muzyków jazzowych mojego pokolenia, którzy już teraz tym, co robią i jak grają, zapisali się w historii polskiego jazzu.

Rozmawiał: Piotr Iwicki

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm