Wytwórnia: Universal 472 844

Let the Good Times Roll;
Caravan;
Don’t Get Around Much Anymore;
Fly Me to the Moon;
Come Sunday;
Hallelujah, I Love Her So;
I’m Just a Lucky So and So;
It Had to Be You;
Love You Madly;
My Funny Valentine;
Night and Day;
Satin Doll;
Take the „A” Train;
When I Fall in Love

Muzycy: Stanisław Soyka, śpiew; Big Band Rogera Berga

Recenzję opublikowano w numerze 6/2015 Jazz Forum.


Swing Revisted

Stanislaw Soyka & Roger Berg Big Band

  • Ocena - 4.5

„Swing Revisited” to album, który powstał – jak to często w jazzie bywa – przypadkowo, czy raczej jako efekt zrządzenia losu. Współpraca sygnatariuszy krążka rozpoczęła się od spontanicznego jam session w trakcie koncertu szwedzkiego big bandu w warszawskim klubie Tygmont. Był tam też nasz znakomity wokalista: „Po prostu wymiękłem, z jaką czułością grali tę muzykę” – wspomina Stanisław Soyka. „Oczywiście nie wytrzymałem i wskoczyłem na chyba trzy numery. Było po prostu wspaniale”.

I tak doszło do połączenia sił. Ten album – jak anonsują wydawcy – jest powrotem do złotych lat swingu. Nagrany w Malmö i w Warszawie nie jest jednak kolejną propozycją komercyjną ani też próbą siłowego unowocześniania klasyki amerykańskiej piosenki lat 40. To album (i znowu znakomite ujęcie tego w materiałach promocyjnych) nagrany według „najlepszych ‘starozakonnych’ wzorów i z poszanowaniem tradycji swingowych tak, by oddać kunszt twórców tamtych czasów, bo jak podkreślają artyści, nie da się ulepszyć muzyki Duke’a Elllingtona, trzeba ją po swojemu przeżyć”.

Gdy nikt tego nie gra, klasyka staje się... awangardą! Paradoks? Są pewne kanony, kalki nie do przebicia. To coś stworzyły artyzm i geniusz twórców, a z pyłu i artystycznej nicości oczyścił bezlitosny upływ czasu. Zostały ziarna – sól jazzu, a plewy odpadły w sicie mijających lat, mód i pseudo rewolucji. Wyjątkowe melodie klasyków dzięki perfekcyjnemu wykonaniu Stanisława Soyki i Big Bandu Rogera Berga otrzymują tu swoją drugą młodość. „Swing Revisited” to płyta także dla tych, którzy na co dzień swingu nie słuchają albo dla tych, którzy już gdzieś to słyszeli, ale bali (bądź wstydzili się) zapytać – skąd my to znamy? Są kanony, jak ten, który mówi, że jazz to czarna kobieta w zadymionym klubie śpiewająca bluesa, a u jej boku saksofonista... Albo rozbujany w swingującym świecie crooner przed płynącą radością i miłością do jazzu orkiestrą.

Jazz ma swoje kanony, zmierzyć się z nimi to wyzwanie. Stąd z przyjemnością piszę – Soyka and Big Band dali radę. Nie piszę o aranżacjach czy improwizacjach, bo to nie jazzowy Mount Everest czy rewolucja. To ukłon ku tradycji podszyty pokorą. No i oczywiście wielka tajemna wiedza. Czapki z głów, zwłaszcza dla tych, którzy mogli porwać się na słońce, a potrafili posypać głowę popiołem mówiąc (czy raczej grając i śpiewając): „Patrzcie, jaki piękny był i nadal jest jazz w swojej oczywistej kanonicznej prostocie”. 


Autor: Piotr Iwicki

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm