Inetive Records
1. Twelve Days Walk (Over and Over Again) 9:21
2. The Spring Will Change It All 9:47
3. Everytime I Say Goodbye 7:59
4. Unknown 9:48
5. Wine and Noises 8:14

Muzycy: Piotr Budniak, perkusja; David Doružka, gitara; Wojciech Lichtański, saksofon altowy; Kajetan Borowski, fortepian; Piotr Narajowski, kontrabas


The Days Of Wine And Noises

Piotr Budniak Group

Prenumeratorzy JAZZ FORUM wraz z najnowszym numerem otrzymują koncertowy album „Days Of Wine And Noises” nagrany przez Essential Group Piotra Budniaka. Lider jest jednym z najlepszych perkusistów młodego pokolenia, rozchwytywanym sidemanem, współpracującym m.in. z Triem Kasi Pietrzko, Kwintetem Adama Jarzmika, czy popowym zespołem LemON. Jest także utalentowanym kompozytorem i aranżerem, wrażliwym człowiekiem i artystą zadającym sobie fundamentalne pytania dotyczące życia i otaczającego nas świata.

W tej bardzo szczerej rozmowie Piotr Budniak opowiada nam o kolejnych etapach swojej kariery, najnowszej płycie i wielu innych sprawach.

Prolog
Przygoda z muzyką, i to od razu z jazzem, rozpoczęła się od mojego starszego brata. Mieszkaliśmy w jednym pokoju, on grał na kontrabasie, puszczał dużo nagrań jazzowych, i to naturalnie do mnie docierało. Pamiętam, że słuchaliśmy Coltrane’a, Milesa, Counta Basie’ego, GRP Big Band i wielu innych rzeczy. Oprócz tego również ćwiczył w pokoju, czasem nawet o szóstej rano, więc nieraz te dźwięki mnie budziły. (śmiech) Wiele mu zawdzięczam, to on kupił mi pierwszy zestaw perkusyjny, pokazywał mi wiele rzeczy, zabierał na próby – grał wówczas w Big Bandzie Zielonogórskim. Dzięki niemu miałem okazję być na jam sessions, poznawałem muzyków, a także wielu innych ludzi pasjonujących się jazzem.

Do Szkoły Muzycznej I Stopnia poszedłem w Zielonej Górze. Bardzo często wagarowałem, rodzice dostawali telefony, że nie ma mnie na zajęciach. To wynikało z tego, że cały czas chciałem grać jazz i to, co proponowano mi na zajęciach w szkole, niezbyt mnie interesowało. Oczywiście to była młodzieńcza ignorancja, dziś traktuję to zupełnie inaczej. Warto tu przypomnieć mojego profesora perkusji, nieżyjącego już Grzegorza Budzkiego, który oprócz realizowania programu pozwalał mi grać na egzaminach moje kompozycje i zachęcał mnie do dalszych prób w tej dziedzinie.

W czasie pierwszych lat mojego grania miałem dwóch wielkich idoli – Dave’a Weckla i Elvina Jonesa. Trudno mi było się zdecydować, kim bardziej chciałbym być. (śmiech) Mój brat skontaktował mnie wtedy z Marcinem Jahrem, który udzielił mi kilku bardzo ważnych dla mnie lekcji.

Marzyłem o Akademii Muzycznej w Katowicach, która była dla mnie wtedy owiana legendą. Niestety nie udało mi się wówczas do niej dostać. Trafiłem do Instytutu Muzyki Uniwersytetu w Zielonej Górze. Spędziłem tam bardzo dobry dla mnie rok, szczególnie wiele zawdzięczam Arturowi Majewskiemu, który uczył tam gry na trąbce, prowadził zespoły i improwizację. Jego zajęcia były bardzo inspirujące i otwierające głowę.

Rok później w końcu dostałem się do Katowic, spędziłem tam trzy lata, zrobiłem licencjat. Jednak było to dla mnie lekkie rozczarowanie. To oczywiście jest bardzo dobra uczelnia, która stwarza studentom świetne warunki. Jest tam duże środowisko, wielu studentów, zawsze było z kim grać. Jest też gorsza strona – przez tę ilość studiujących trudniej tam o indywidualne podejście do studenta. Z drugiej strony – ja znów nie byłem dobrym studentem, miałem wiele innych zajęć, często opuszczałem zajęcia.

Magisterium zrobiłem w Krakowie, w kla­sie Łukasza Żyty. Tam zresztą, w trzeciej mojej uczelni muzycznej, uświadomiłem sobie, że jestem trudną jednostką do uczenia. Zawsze kwestionowałem rady i zalecenia moich nauczycieli, poddawałem je pod wątpliwość. Cały czas borykam się z tą cechą mojego charakteru. Nawet samemu ćwicząc, wypróbowując różne brzmienia, ustawienia sprzętu, czasem gubię się i już sam nie wiem, czego chcę.

Spotkania z Łukaszem Żytą i Wojtkiem Fedkowiczem były dla mnie bardzo inspirujące. Obaj zarazili mnie swoją pasją i miłością do muzyki, uświadomili, że niezależnie od ilości koncertów i prób jest też ważne, żeby samemu ćwiczyć i być w formie. Dzięki Łukaszowi wiem też, że nie powinienem się przejmować tym, co myślą inni, ale robić to, co czuję. Jako 15-latek zdobyłem drugą nagrodę na konkursie Jazz Juniors. Nie byłoby tego sukcesu, gdyby nie mój brat, który miał wtedy zespół Deconception Quintet z kolegami ze studiów. Nie mogli pojechać na Jazz Juniors, bo ich perkusista przekroczył limit wieku, więc zaprosili mnie. To było dla mnie wielkie wyzwanie zagrać ze starszymi i już dużo bardziej doświadczonymi kolegami. Ważne doświadczenie i motywacja do podążania dalej drogą muzyka, myślę, że to było ostateczne potwierdzenie tego, że chcę poświęcić życie graniu.

Później startowałem w wielu konkursach, także z sukcesami. Najważniejsze z nich dla mnie były te z dłuższą historią, jak właśnie Jazz Juniors, Bielska Zadymka Jazzowa, Jazz nad Odrą.

Into the life
Jeszcze w czasie studiów w Katowicach w 2012 r. zostałem członkiem popowego zespołu LemON. To była dla mnie niesamowita przygoda. Wiele rzeczy, które się wtedy wydarzyły po prostu wcześniej nie mieściły mi się w głowie. Nagle okazywało się np., że jestem częścią festiwalu w Sopocie, który oglądałem jako dziecko w telewizji. Nabrałem dużo doświadczenia grając w różnych miejscach, czasem na bardzo dużych scenach. Zrozumiałem, na czym polega profesjonalny koncert i jakie niesie z sobą wyzwania dla muzyków. Jest jeszcze jedna, cenna dla mnie rzecz, którą zrozumiałem w tym okresie, to mianowicie, że muzyka w dużej mierze – oprócz dźwięków – opiera się na relacjach z ludźmi.

To, co robiliśmy, miało dla mnie wartość, ale od dziecka byłem nakierowany na jazz, więc w pewnym momencie poczułem, że to niezupełnie jest moje miejsce. Po dwóch latach pożegnaliśmy się i zająłem się własnym zespołem. Założyłem sekstet – Piotr Budniak Essential Group. I to było właściwie przygotowanie do mojego dyplomu licencjackiego w Katowicach. Już wcześniej próbowałem tworzyć różne grupy, ale jedyną osobą, która ostała się po tych próbach, był gitarzysta Szymon Mika.

Częściowo już miałem repertuar, dwie kompozycje, które znalazły się na naszym debiucie „Simple Stories About Hope And Worries” napisałem jeszcze w czasie, gdy byłem w liceum. Reszta powstała później, ale koncepcja tego zespołu rosła we mnie już od dłuższego czasu. Ona się zresztą cały czas doprecyzowuje. Kompozycje były moje, ale koledzy z zespołu mieli wpływ poprzez wykonanie, ale także dzięki sugestiom, które zmieniały kształt utworów.

Wielką inspiracją przy powstaniu tej grupy była dla mnie muzyka grupy Brian Blade Fellowship. Kiedy ją usłyszałem, jeszcze w liceum, poruszyła mnie do tego stopnia, że puszczałem ją cały czas bratu i krzyczałem: „To jest to! To jest ta muzyka!” Oczywiście też i sam Blade – jako perkusista – bardzo mnie inspiruje. Nagranie naszego debiutu wspominam bardzo dobrze, to był bardzo ekscytujący okres w moim życiu. Dzisiaj jednak, z perspektywy czasu, wiem, że podszedłbym do wielu spraw trochę inaczej. Byliśmy wtedy bardzo przejęci, co powodowało niepotrzebny stres w studiu.

Po dwóch latach ukazał się kolejny nasz album „Into The Life”. Udało się go nagrać dzięki współpracy z moim miastem, Zieloną Górą. Materiał na niego powstawał od dłuższego czasu. Jeden z utworów zagraliśmy już podczas premiery poprzedniej płyty. Stopniowo kolejne kompozycje pojawiały się podczas naszych koncertów. Wchodziliśmy do studia mając już materiał ograny w większym stopniu niż ten na „Simple Stories…”. Inna też była koncepcja nagrania – zależało mi na naturalnym brzmieniu zespołu. Zarejestrowaliśmy go grając wszyscy w jednym pomieszczeniu, co wprowadziło nieco inną energię w czasie sesji. Było to zresztą też konsekwencją innego studia. Nagrywaliśmy go w malowniczym studiu Monochrome w Gniewoszowie położonym w Kotlinie Kłodzkiej. Pomieszczenie było wystarczająco duże, żebyśmy mogli się wszyscy zmieścić. Podczas sesji do pierwszej płyty nie mieliśmy takiej możliwości.

W muzyce przede wszystkim interesuje mnie przekaz. Może dlatego mam słabość do hip-hopu. Podczas pisania muzyki trudno mi się odciąć od samego siebie. Dlatego w kompozycjach przewijają się moje pytania odnośnie życia, egzystencji, celu i innych spraw, które mnie nurtują. Na tym etapie życia, na którym się znajduję, to jest chyba największy motor napędowy moich muzycznych działań. Muzyka ma dla mnie, w pewnym sensie, terapeutyczny wymiar. Może lepszym określeniem byłoby – medytacyjny wymiar. Kom­ponowanie jest w moim przypadku wchodzeniem w siebie i szukaniem odpowiedzi na różne pytania. Nie wiem, czy udaje mi się przekazać w muzyce to, o co mi chodzi. To są pewne kolory, napięcia i brzmienia, które we mnie poruszają pewne struny. Nie chodzi mi o bezpośrednie przekazywanie moich myśli, raczej o rodzaj nakierowywania słuchacza, o pewną refleksję, czy to poprzez tytuł, czy też poprzez brzmienie.

Days of Wine and Noises
To płyta, w której sięgam wspomnieniami do czasu spędzonego w moim mieście, Zielonej Górze. Okładkę tego krążka projektowałem sam, ale w kwestiach technicznych pomagał mi kolega, który słusznie zauważył, że jest to płyta o winobraniu. (śmiech) Tytuł nawiązuje oczywiście do standardu Henry’ego Manciniego Days of Wine and Roses, ale także do święta Winobrania, które odbywa się u nas przez tydzień we wrześniu.

O tym opowiada ostatni na płycie utwór Wine and Noises. Zawsze robiło to na mnie ogromne wrażenie. Na Rynku wystawiają się winiarze z okolicznych winnic, są także stragany z rękodziełem, to jest bardzo kolorowy, trochę magiczny czas. Miasto żyje wtedy trochę innym trybem. Gdy byłem starszy ten okres zaczął dla mnie oznaczać zabawę z przyjaciółmi, wino na każdym rogu. Teraz uświadamiam sobie, że dla mieszkańców okolic Rynku to jest też czas wielkiego hałasu, a po Winobraniu miasto wygląda jakby przeszła wojna. To jest czas zabawy, ale też niebezpieczeństw, matki wtedy raczej nie pozwalają dzieciom swobodnie chodzić po mieście.

Unknown to kompozycja, która pojawiła się już na pierwszej płycie. To ballada o szukaniu… tej drugiej połówki. Dlaczego teraz znów ją nagrałem? Może dlatego, że tę drugą połowę już znalazłem i w sierpniu planujemy ślub? Ten utwór ma dziś dla mnie zupełnie inny wydźwięk. Tęsknota i pragnienie miłości to uczucia, które rodziły się we mnie w okresie dorastania w Zielonej Górze.

Everytime I Say Goodbye to kolejna ballada, tym razem o pożegnaniach. Podczas studiów, gdy przyjeżdżałem do rodziców na weekend, bardzo nie chciało mi się opuszczać mojego miasta, bo dobrze się tam czuję. Te wyjazdy zawsze łączyły się z lekkim smutkiem. Z drugiej strony wiele relacji, które miałem z moimi przyjaciółmi w Zielonej Górze, się skończyło. Sporo moich przyjaciół wyjechało z miasta, kiedyś zawsze mogłem się tam spotkać z wieloma ludźmi, dziś jest ich trochę mniej. I o tym jest ten utwór.

The Spring Will Change It All – pamiętam, że zawsze wiosna łączyła się z wieloma nadziejami, oczekiwaniami i wiarą, że ten rok będzie wyjątkowy. I właściwie każdy taki był. Najbardziej mnie poruszało, że sama natura nam pokazuje, że zarówno w świecie, jak i w naszym życiu są cykle, które się powtarzają. I żeby coś mogło rozkwitnąć, najpierw musi obumrzeć.

Twelve Days Walk (Over and Over Again) opowiada o okresie, kiedy jako dzieciak uczestniczyłem przez lata z rodzicami w pielgrzymkach na Jasną Górę. Bardzo to lubiłem i chodziłem na nie z przyjemnością. Dziś już tego nie robię, ale często w okresie pielgrzymek myślę o nich jako o bardzo dobrym czasie. Była to możliwość wejścia w siebie, szukania odpowiedzi na różne duchowe pytania. Teraz, choć w pielgrzymkach nie uczestniczę, to wciąż czuję się jak pielgrzym, który szuka duchowych odpowiedzi.

„The Days Of Wine And Noises” to pierwszy album, który nagraliśmy w składzie zmniejszonym do kwintetu. To był celowy zabieg – chodziło o to, żeby nie ograniczać muzyków starannie zaplanowaną aranżacją, a tego już wymaga sekstet. Jest tu więcej miejsca do swobodnego kreowania muzyki. Niektóre utwory powstawały bardzo szybko, np. The Spring Will Change It All powstał godzinę przed soundcheckiem, przy okazji koncertu bodaj w Strumieniu. To materiał dość surowy, jeśli chodzi o stronę aranżacyjną, postawiliśmy na żywe, spontaniczne granie, na energię, jaka powstaje podczas gry na żywo. Dlatego też po prostu nagraliśmy koncert, który miał miejsce w Winiarni Bachus w Zielonej Górze. Materiał, który znalazł się na płycie, to jest około połowy występu, zagraliśmy więcej utworów, żeby pozostawić sobie możliwość wyboru.

W składzie zespołu pojawił się czeski gitarzysta David Dorůžka. Jeszcze podczas studiów w Instytucie Muzyki w Zielonej Górze zachwyciła mnie jego płyta „Hidden Paths”. Fascynowały mnie przestrzeń i brzmienie w tej muzyce. Ponieważ nasz gitarzysta Szymon Mika wyjechał do Szwajcarii na studia, postanowiłem spróbować zaprosić Davida. Posłuchał naszej muzyki i zgodził się z nami zagrać, ale musiało minąć jeszcze dwa lata nim udało się wreszcie doprowadzić do naszego spotkania. Jestem bardzo zadowolony z naszej współpracy i myślę, że jeszcze coś razem zrobimy. W składzie zespołu znaleźli się również Wojciech Lichtański na saksofonie altowym, Kajetan Borowski na fortepianie i Piotr Narajowski na kontrabasie.

Będziemy grać pojedyncze koncerty z tym materiałem. Większą trasę szykuję na listopad, rozpocznie się w Budapeszcie, w Budapest Music Center, później gramy w Austrii, Czechach i wracamy do Polski. To będzie pierwsza międzynarodowa trasa z tym składem.

Gram też w wielu innych zespołach. Wielkim plusem tego jest możliwość rotacji koncepcji mojej roli jako perkusisty. Np. w kwintecie Adama Jarzmika muszę grać w sposób bardziej zdyscyplinowany, trzymać zespół i podążać za aranżacjami, które tam są dosyć rozbudowane. Z kolei w triu Kasi Pietrzko jest dużo więcej swobody, formy utworów często się zmieniają i są wspólnie improwizowane. Gram również w zespole mojej narzeczonej Klara Cloud & The Vultures, gdzie koncepcja jest zupełnie swobodna. Konkretne utwory są wykonywane często w sposób bardzo frytowy. W moim zespole próbuję łączyć te wszystkie koncepcje grania.

Rozmawiał: Marek Romański


Autor: Marek Romański

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm