Wytwórnia: ACT 9626-2 (dystrybucja GiGi)

Riverendings; Legenda; Sleep Safe and Warm; Letter For E.; June;  Quo Vadis; Lamentation of Jeremiah; Relativities; Canticles Of Extasy; (Chopin – Preludium e-moll „ukryty track”)

Muzycy: Adam Bałdych, skrzypce; Yaron Herman, fortepian


Recenzję opublikowano w numerze 6/2014 Jazz Forum

The New Tradition

Adam Bałdych & Yaron Herman

  • Ocena - 5

Już dawno nie przystępowałem do pisania o płycie z tak wielkim entuzjazmem. Wiedząc wszystko o jej genezie, pomysłach na poszczególne kompozycje, inspiracjach czy motywacjach doboru płytowych indeksów (odsyłam do poprzedniego numeru JAZZ FORUMi wywiadu z Adamem Bałdychem), w zasadzie dokonałem swoistej konfrontacji z tym, o czym mówi nasz znakomity skrzypek, z własną wizją – wyobrażeniami na podstawie relacji wiolinisty a faktycznym efektem finalnym.

Rewelacyjne granie obu muzyków, raz wirtuozowskie, kiedy indziej wycofane, wręcz stonowane, balansowanie na emocjach, to wszystko sprawia, że przy „The New Tradition”nawet na chwilę nie odwracamy uwagi od samej muzyki. Tutaj tak wiele się dzieje, że najprościej byłoby napisać: „płyta obowiązkowa” i zrezygnować z formalnego opisywania kolejnych indeksów. Każdy dźwięk uzasadnia dobór tytułu dla całości, ukazując korzenie naszej muzycznej tradycji, historię tego, co w nutach zapisywano w czasach chorału gregoriańskiego i objawień mistyczki Hildegardy z Bingen, z tych korzeni wychodzi background do dzieła Thomasa Tallisa, by poprzez naturalny rozwój dojść do tego, co tworzyli Zbigniew Seifert i Krzysztof Komeda. Jest też ukryty Chopin (zjawiskowy!), a wszystko wraz z oryginalnymi kompozycjami Bałdycha mówi do nas: nasza muzyka nie przyszła znikąd, nie zjawiła się nagle ale dzięki przekazowi, tradycji, ciągłej drodze i rozwojowi dotarła do nas, do tego miejsca, chwili.

Osobna kwestia to empatia łącząca muzyków. Tutaj szczególne brawa dla Hermana, który buduje harmoniczne fundamenty dając skrzypkowi świetną płaszczyznę do nawet bardzo dalekich wycieczek. Gdy trzeba, pianista roztacza mgiełkę tajemnicy jak introdukcji do Legends, ale gdy trzeba (w improwizacji) pokazuje lwi pazur. Zarówno Herman, jak i Bałdych wspaniale odczytują na nowo Komedowską Kołysankę nie stroniąc od reharmonizacji i nut bliższych współczesnej – klasycznej pianistyce niż idiomowi jazzu. To nowe światło rzucone na rzecz świetnie znaną.

Nie bez znaczenia jest wielka wrażliwość Yarona Hermana, tę znakomicie odnajduję w dedykowanej mojemu ulubionemu i nieodżałowanemu pianiście Esbjörnowi Svenssonowi kompozycji Letter For E.. Z jednej strony obaj muzycy pokazują, jak stylistycznymi są kameleonami, wchodząc wybornie w melodyjną konwencję znaną z kompozycji tragicznie zmarłego pianisty, ale również dają nam próbkę, jak w obrębie dosyć nieskomplikowanej harmonii można daleko odjechać.

Natomiast sztuczka z pizzicato w June – myślę, że będzie się o tym mówić jeszcze jakiś czas. Dla mnie płynący gdzieś w tle fortepian z pierwszą linią skrzypiec z późniejszą zmianą ról, to coś, co potwierdza każdą nutą słuszność połączenia sił Hermana z Bałdychem. Nie inaczej jest z Seifertowskim Quo Vadis, gdzie role przeplatają się a muzyka tworzy misterną koronkę z nut i wizjonerstwa wykonawców. 

Osobny rozdział to jakość nagrania. Dla mnie poziom rejestracji to „trzeci zawodnik” na boisku. Pełnia brzmienia skrzypiec (w Chopinie wręcz zjawiskowa) potęga fortepianu i troska o niuanse w wiolinistycznych warstwach, to wszystko sprawia, że choć gra dwóch muzyków pełnia brzmienia porównywalna jest do solidnego combo! No i ta przestrzeń!

Inny atut, to autentyczność rejestracji, mimo tego, że w kilku miejscach w ferworze walki diabelskich pochodów i wodospadów nut trafiały się minimalne de-intonacje, to tylko dodaje to skrzydeł samej muzyce. Chylę więc czoła za szacunek dla słuchaczy i nieoczyszczenie tego grania. Za niepoddanie się pokusie poprawienia czy make-upu. I w tym również tkwi piękno i szczerość tej muzyki. Brawo!

Gdybym zaczął tutaj opisywać którykolwiek z utworów bardziej szczegółowo, ujmując miejsca dla innego, wyrządziłbym krzywdę muzykom i muzyce. Jest taka anegdota: Konstanty Andrzej Kulka, nasz gigant klasycznej wiolinistyki miał napisać coś o problemach technicznych w koncercie skrzypcowym D-dur op. 77 Johannesa Brahmsa. Cała praca naszego Mistrza zawarła się w dwóch słowach: „nie mam”. Więc gdybyście mnie zapytali, czy mam jakieś zastrzeżenia, uwa­gi co do tego albumu, moja odpowiedź była by nieco dłuższa: nie mam kompletnie żadnych. No może tylko to, że mógłby to być dwu, albo nawet trzypłytowy album. Tak piękna, bezpretensjonalna, świeża jest to muzyka. Cóż, polski jazz wiolinistyką jak stał, tak stoi.  Dla wykonawców wielkie brawa.


Autor: Piotr Iwicki

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm