Wytwórnia: Verve Forecast 0602517636514

The Orchard

Lizz Wright

  • Ocena - 4

Coming Home; Cristal; My Heart; I Idolize You; Hey Mann; Another Angel; When I Fall; Leave Me Standing Alone; Speak Your Heart; This Is; Song for Mia; Thank You; Strange.

Muzycy: Lizz Wright, śpiew; Chris Bruce, Oren Bloedow, Joey Burns, gitary, gitara basowa; Toshi Reagon, gitara, śpiew; Jacob Valenzuela, Martin Wenk, trąbka; Glenn Patsha, instr. klawiszowe, śpiew; Kenny Banks, fortepian; Patrick Warren, instr. klawiszowe; Larry Campbell, gitara pedal steel, mandolina; John Convertino, perkusja, instr. perkusyjne, wibrafon; Ben Perowsky, perkusja; Larry Eagle, perkusja, instr. perkusyjne; Catherine Russell, Josette Newsam, Marc Anthony Thompson, śpiew

    Na okładkach trzech kolejnych płyt Lizz Wright jej twarz coraz bardziej oddala się od patrzącego i podobnie jej nagrania coraz dalsze są od jazzowych korzeni, wyraźnie zaznaczonych na jej debiutanckim krążku. Podkreśla to nawet wytwórnia Universal, początkowo sprzedająca je pod jazzowym logo Verve, a następnie plasująca ją pod firmą Verve Forecast, tradycyjnie związaną z nagraniami folkowymi i folk-rockowymi.

    OK, to były niezbyt pomyślne wiadomości, a teraz te pomyślne: na swej najnowszej płycie Lizz Wright znalazła wreszcie swój własny styl, wyraźnie odmienny od prezentowanego na jej poprzednim krążku nastroju „czarnej Nory Jones”. Ten styl to rhythm-and-blues z wyraźnym akcentem na słowo „blues”. Ponieważ jest to pierwsza płyta wokalistki, gdzie występuje jako współautorka większości zamieszczonych na niej utworów, uprawnione jest chyba stwierdzenie, że reprezentuje ona właśnie to, co jej naprawdę „gra w piersi”, a nie kolejną wycieczkę stylistyczną, dyktowaną przez departament marketingu wytwórni.

    Otwierającą płytę Coming Home, utrzymaną w stylu tradycyjnego bluesa, należy więc traktować niemal jak deklarację pro-gramową. W ramach preferowanej obecnie stylistyki potrafi ona jednak dość znacznie różnicować konwencje wykonawcze od nowoczesnego r’n’b w My Heart czy Leave Me Standing Alone po typowo old-skulowe I Idolize You i When I Fall. Na płycie dominują soulowe ballady, z których niejedna, jak na przykład Hey Mann, uświetniłaby repertuar, powiedzmy, Arethy Franklin. Płyta zwolna buduje nastrój, by zakończyć się trzema zabójczymi kawałkami. Pierwszy to Song for Mia, który Amerykanie określiliby jako „torch ballad”. Dość podobną konstrukcję ma Thank You, gdzie powolnemu crescendo muzyki towarzyszy rosnąca ekspresja śpiewu.

    I nagle w końcowym utworze, po dramatycznej afirmacji miłości i równie dramatycznej kilkusekundowej pauzie, prawie wyszeptana ballada o zdradzonym uczuciu. Bo prawdziwy blues nigdy nie może być muzyką radości, a jeśli nawet da jej chwilowo wyraz, to natychmiast pozostawi nas z mementem jej nieuchronnego końca.

Autor: Marek Garztecki

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm