Urbański

Krzysztof Urbański

Muzycy: Krzysztof Urbański, saksofony; Paweł Tomaszewski, fortepian; Michał Barański, gitara basowa; Tomasz Torres, perkusja

KRZYSZTOF URBAŃSKI: Powrót wilka

Rozmawia: Monika Okrój

Po dwóch latach od swojego pamiętnego sukcesu nad Odrą, kiedy zdobył Grand Prix w konkursie na Indywidualność Jazzową, wilk saksofonu ponownie daje o sobie znać, tym razem debiutanckim albumem pt. „Urbański”, który właśnie trafia do prenumeratorów JAZZ FORUM.

To nasze kolejne spotkanie i okazja do rozmowy z nowej perspektywy.

JAZZ FORUM: Jak wiele może się zmienić w ciągu dwóch lat w życiu muzyka?

KRZYSZTOF URBAŃSKI: Rozwijam się i coraz bardziej kocham to, co robię, lata lecą… Coraz więcej też koncertuję grając własną muzykę. Nagrałem pierwszą płytę, TVP Kultura przyznała mi nagrodę Gwarancji Kultury, zostałem też oficjalnym endorserem wyjątkowych saksofonów marki P. Mauriat.

JF: Ostatnio brałeś udział w warsztatach saksofonowych z Argentyńczykiem Alejandro Chiabrando na Akademii Muzycznej we Wrocławiu.

KU: Tak, to właśnie w związku ze współpracą z firmą P. Mauriat, co mi schlebia, bo te saksofony są naprawdę doskonałe i posiadają piękne brzmienie. Moją rolą jest na nich grać i je promować. Na tych instrumentach grają wybitni muzycy: James Carter, Greg Osby, a ostatnio dołączył Marcus Strickland. Są w planach trasy promocyjne po całym świecie, jak i koncerty na najważniejszych festiwalach, a tym samym coraz więcej możliwości grania własnej muzyki.

JF: Czy gra na saksofonie jest trudna z twojego punktu widzenia?

KU: Im dłużej grasz, tym lepiej masz opanowany instrument. To pomaga w kreowaniu muzyki, aby móc grać odpowiednie dźwięki w odpowiednim czasie. Natomiast codziennie – back to the basic. Sonny Rollins kiedyś powiedział, że wyjazdy na koncerty bardzo przeszkadzają mu w codziennym, domowym ćwiczeniu. Prawdziwi muzycy są jak mnisi, którzy obrali sobie cel poznania czegoś naprawdę dogłębnie i to jest piękne.

JF: Ty też egzystujesz jako muzyk w domowych warunkach.

KU: Od rana do nocy w domu brzmi muzyka, jakakolwiek, czy Raphael Saadiq, bo mój syn go lubi, czy Poluzjanci. Słucham muzyki współczesnej, klasycznej, jazzowej, r&b. Słucham starszych kolegów – Chrisa Pottera, Seamusa Blake’a. Największym akumulatorem do pracy jest muzyka sama w sobie i nigdy nie mogę się doczekać kiedy wreszcie wezmę saksofon do ręki i zacznę grać. Nie ma znaczenia czas i miejsce, naturalnie zapominam o bożym świecie. A jak się napiję kawy, mogę ćwiczyć bezustannie osiem godzin.

JF: Grywasz jeszcze klasykę?

KU: Codziennie. Podchodzę do tego bardzo poważnie. Koncertowałem kiedyś, teraz mam przerwę… Jazz jest niesłusznie postrzegany w Polsce jako muzyka trochę bałaganiarska. Więc klasyka porządkuje kwestie techniczne i wyrazowe. Przykładem może być John Coltrane, który ćwiczył transkrypcje koncertów fortepianowych, albo bracia Marsalisowie, którzy klasykę naprawdę potrafią grać!

JF: Jesteś trochę z boku środowiska katowickiego. Z czego to wynika?

KU: Tak to widzisz? Przecież w moim zespole grają teraz Paweł Tomaszewski i Michał Barański, absolwenci „Katowic”. Ja tam studiowałem. Katowice to była kiedyś jedyna szkoła i każdy tam szedł. Jak ktoś mnie pyta, czemu nie studiowałem w Katowicach, to mówię, że Charlie Parker też nie studiował w Katowicach, a potrafił grać! (śmiech) Z Wrocławiem związałem swoje życie i uważam, że jest tu jeden z najlepszych wydziałów jazzowych w Polsce.

JF: Nie grasz już z połową swojego zespołu…

KU: To jest już inny zespół, inny zamysł grania, inne możliwości. Z tymi chłopakami znałem się wcześniej i właśnie z nimi planowałem nagrać moją pierwszą płytę. Tomek Torres to wyjątkowy perkusista o szerokich zainteresowaniach, łączący wiele kultur muzycznych w jedną całość. Gra w kapelach salsowych, jest członkiem grupy r&b (Afromental) i niezastąpiony w moim zespole. Pianistyka Pawła zawsze bardzo mnie frapowała, a granie z nim to czysta przyjemność. Michał z kolei posiada piękne brzmienie, wyjątkowe poczucie rytmu, no i spore „ogranie” w licznych zespołach. Rozumiemy się bez słów. Ten zespół jest teraz jak samochód z czterema dobrze napompowanymi oponami.

JF: Gdzie nagrywaliście?

KU: W Lubrzy. Lubrza, za Zieloną Górą – piękne miejsce, świetna ekipa, bardzo polecam. Jest tam 700-letni młyn, odnowiony, pod względem akustycznym doskonale przygotowany. Studio projektowane przez jednego z najwybitniejszych w Europie projektantów Rec Publica.

JF: Spodziewałam się Giant Steps. To hymn saksofonistów.

KU: Urzekła mnie ta melodia, jak byłem jeszcze chłopcem, to obiecałem sobie, że znajdzie się ona na mojej pierwszej płycie. Później odkryłem, że pod tą melodią jest dużo, dużo więcej inspiracji niż się spodziewałem.

JF: Przewrotna aranżacja, 3-częściowa budowa, gdzie temat dopiero pokazujesz na końcu. Chciałeś się tym pobawić?

KU: Jestem troszeczkę na rozdrożu, bo uwielbiam takie przestrzenne granie, kolektywną improwizację na bazie jazzowego feelingu, zabawę w formie otwartej na małej liczbie akordów, budowanie melodii. Dopiero w ostatnim momencie wchodzimy na harmonię typową dla Giant Steps – to celowy zabieg.

JF: Reharmonizujesz.

KU: Tak. Chciałem nawet zagrać całe zreharmonizowane Giant Steps, ale… może kiedy indziej. Poza tym lubię złożone utwory, formy suitowe i takie, gdzie elementy się zazębiają. Nie chcę grać jazzu w formie trzyminutowych piosenek, tematu, na który każdy z muzyków improwizuje i eksploatuje to, czego się nauczył przez ostatnie pięć lat, potem znowu temat i jest koniec. Tak można grać na jamie. Ja lubię wielowątkowość, jak np. w BH Blues.

JF: B.H.?

KU: Billie Holiday. To jej dedykuję ostatni utwór na płycie.

JF: W kilku miejscach umieszczasz długie solowe wywody. Jesteś solistą – lubisz grać solo.

KU: Tak, lubię i mogłem sobie na to pozwolić, bo ja byłem producentem. Minimalizm, ale – mam nadzieję – prawda w muzyce.

JF: Jeden utwór jest całkiem solowy.

KU: When Frank Dances Funk. Dzieci nie zawsze tańczą tak, jak my byśmy chcieli, to jest więc taniec Franka. Jest rytm, wszystko się rozwija i się tańczy, tak jak Franek. Improwizacja na bazie kilku akordów, melodia, którą ośmiolatek jest w stanie wysłyszeć.

JF: Z czasem traci się cechy dziecka i próbuje komplikować niepotrzebnie, gdy coś jest tak proste, że dziecko to wie.

KU: Ja nawet świadomie nie komplikuję pewnych rzeczy, bo jeśli sam nie rozumiem, co gram, to tym bardziej słuchacz nie nadąży. Czy muzyka ma nieść za sobą pierwiastek tylko emocjonalny, czy też intelektualny, a może i to, i to? Odwieczna dyskusja…

JF: Tytuł – Szarmancki Lawirant, to o tobie?

KU: Nie, to chodzi o temat, który jest takim lawirantem. Szarmancki, zadziorny, a lawirant – bo temat jest taką nieoczywistą linią melodyczną.

JF: Lubisz standardy. Twoje kompozycje też mają cechy standardów.

KU: Te z płyty na pewno. Chciałem, aby to tak zabrzmiało. To jest moja wizytówka – dzień dobry, to jestem ja, tak dmucham w saksofon, realizuję standardy. Tak miało być i taką muzykę mam aktualnie w głowie.

JF: Z którym z utworów najbardziej się identyfikujesz?

KU: Z Twoją historią.

JF: Moją?

KU: Your Story – historia każdego, kto w tej muzyce dopatruje siebie.

JF: Następuje w ciągłości trzech utworów w podobnym klimacie, można powiedzieć – balladowym.

KU: Tak to ułożyłem, choć ktoś mi zarzucił, że trzy ballady w środku płyty to strzał w kolana. To nie są przede wszystkim ballady tylko… wolne utwory. Jest tam taki natłok emocji, jak w niejednym szybkim numerze. Tak przynajmniej Franek mówił. (śmiech)

JF: Tak? „Ask Frank, When Dances Funk”. To chyba stereotyp, że potrzebny jest instrument perkusyjny, aby wydobyć rytm.

KU: Ty musisz mieć rytm w sobie.

JF: Wszystko wyszło z rytmu – z klaskania, tupania.

KU: Nawet wcześniej. Cały świat idzie w jakimś rytmie. Rytmem jest czas, zachody, wschody słońca, pory roku, bicie serca. Potem ludzie zaczęli klaskać, tańczyć, powoli tworzyć muzykę. Niestety w Polsce rytm jest cały czas kwestią bardzo umowną, nie kręci nas rytm, raczej harmonia, wybrzmienia – to jest nasza natura.

JF: Tradycja taneczna zanika.

KU: Nie chodzi tu tylko o kwestię taneczności. Melodyka, złożoność rytmów, nasycenie emocjami. Billie Holiday – jaka tragedia jest w jej śpiewie! Ktoś powiedział, że jak ona śpiewa o chłopaku, który odszedł, to widzisz chłopaka, który wychodzi z walizkami z domu, a ona siedzi w oknie i płacze. A jak śpiewa ktokolwiek inny i opowiada tę samą historię, to wyobrażasz sobie, że wyszedł z domu, ale po bułki i zaraz wróci. I to jest to.

JF: Chciałbyś, aby do twojej muzyki tańczono?

KU: Tak, pewnie. Jeśli gram tanecznie, chciałbym, żeby ludzie tańczyli. Graliśmy koncert promujący Wrocław do nagrody „Europejskie miasto kultury” – tańczyło mnóstwo dzieci. To była dla mnie prawdziwa radość.

JF: Żeby do końca poczuć się spełnionym potrzebny jest też odbiór.

KU: Miałem niedawno trasę koncertową po Belgii i raz graliśmy dla ośmiu studentów, którzy przyszli do studenckiego klubu. Było stare pianino, podniszczone bębny, ale to był jeden z najlepszych koncertów. Oni się naprawdę cieszyli z naszego przyjazdu i czuć było, że każdy dźwięk był pochłaniany bez analizy typu „dlaczego on to zagrał, dlaczego znowu Giant Steps, ee… następny Coltrane, następny Kenny Garrett, on gra za szybko”. Czysty odbiór muzyki. To było fajne.

JF: Skąd pomysł na okładkę? Ten styl, wyczucie smaku…

KU: „Back to the roots” jest teraz modne, styl à la plantacja pomidorów. To moja żona wszystko wymyśliła. Od dziecka marzyłem, żeby moja płyta brzmiała i wyglądała właśnie w ten sposób. Obiecałem sobie, że nagram moją pierwszą płytę niezależnie od mody i oczekiwań.

JF: Chciałbyś urodzić się 50, 60 lat temu i żyć w artystycznej bohemie?

KU: Niekoniecznie. Różne czasy niosą ze sobą różne trudności, ale wierzę, że każdy ma coś do zrobienia właśnie w tym czasie, który został mu dany. Chociaż… chciałbym żyć w takiej współczesnej bohemie artystycznej, chciałbym zawiązać takie środowisko, które naprawdę miłuje się w muzyce, niezależnie od warunków ekonomicznych – dogłębnie. W takich środowiskach jest możliwość rzetelnej pracy, pokazania czegoś... Teraz każdy walczy, niemal dosłownie, o koncerty i chce się utrzymać z muzyki. Uważam, że muzyka jest czymś zbyt ważnym, by sprzedawać ją w taki sposób.

JF: Ale nie każdy będzie potrafił w takich warunkach się rozwinąć, wyjść… Czasami im więcej ograniczeń, tym lepsza muzyka powstaje.

KU: No tak, bo o czymś opowiadać musisz. Jest tylu świetnych chłopaków za Oceanem, wyszkolonych w prawo i w lewo, ale to jest takie… nieprawdziwe, nie słychać takiego bagażu doświadczeń, jak np. u Stańki – tam jest opowieść!

JF: Szczera, prawdziwa muzyka musi przejść próbę czasu, próbę negatywnej krytyki, tak jak w przypadku genialnych muzyków, którzy czasem dopiero po śmierci są odkrywani.

KU: Przykre to jest, obawiam się tego. (śmiech) Wychodzę z założenia, że nie chcę wyprzedzać samego siebie. Bo co z tego, że ja teraz będę się silił na stworzenie muzyki i nazywał ją czymś totalnie nowym, zjawiskowym, jeśli tym nie będzie. Można tak przecież zrobić, sztucznie napompować rynek jakimś „objawieniem”, ale okaże się, że to tylko nowe opakowanie… W głowie mam dużo pomysłów i kolejna płyta będzie już dowodem tego, że nie stoję w miejscu.

JF: Jak materiał z płyty ewoluuje na koncertach? A może w ogóle koncerty stanowią łącznik do następnej płyty?

KU: Zapis „nutowy” muzyki na płycie odbiega czasem bardzo od tego, co dzieje się na koncertach, a to z racji natury muzyki improwizowanej. Staram się na każdym koncercie wprowadzać jakieś zmiany aranżacyjne i grać nowe utwory z myślą o następnej płycie. To wszystko przychodzi mi w sposób naturalny, bo muzyka musi żyć.

JF: Czego się jeszcze uczysz?

KU: Wszystkiego, na nowo. Uczę się od ogółu do szczegółu i teraz sobie wszystko na nowo nazywam po imieniu. Uczę się pisać muzykę, która ma być interesująca i ma być odbiciem naszych czasów. Chcę grać muzykę, która przyniesie ludziom radość.

Monika Okrój

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm