Wytwórnia: Jazz Forum Records 048

Nakład płyty został wyczerpany

Maya, Eighty One, Like the Fall, QDH, Song of Kabir, Bolivia

Kompozycje 1, 3, 4, 5: Michał Wierba, 2: Ron Carter/Miles Davis, 6: Cedar Walton

Muzycy: Piotr Schmidt, trąbka; Marcin Kaletka, saksofon tenorowy; Michał Wierba, fortepian; Andrzej Święs, kontrabas; Krzysztof Gradziuk, perkusja

Nagrano 8 i 9 grudnia 2008 r. w studiu Tokarnia w Nięporęcie. Realizatorem nagrania, miksu i masteringu był Jan Smoczyński.


Wierba & Schmidt Quintet

JAZZ FORUM: Na początku był Fellows Quintet...

PIOTR SCHMIDT: Poznaliśmy się z Michałem i perkusistą Grześkiem Masłowskim w 2005 r. na warsztatach w Puławach. Bardzo dobrze grało nam się razem i stwierdziliśmy, że szkoda to tak zostawić bez kontynuacji. Obiecaliśmy sobie, że będziemy się spotykać, co nie było łatwe, bo ja studiowałem wtedy w Katowicach, a reszta w Krakowie. Wkrótce doszlusował do nas Marcin Kaletka na saksofonie, a na basie zagrał Dominik Wywrocki. Taki był pierwszy skład Fellows Quintetu.

Później pojawili się Andrzej Święs w miejsce Dominika i Krzysztof Gradziuk zamiast Grześka. Często też koncertujemy z Sebastianem Kuchczyńskim na perkusji.

JF: Czy już wtedy mieliście jakieś założenia dotyczące waszej muzyki?

MICHAŁ WIERBA: Myślę, że tak. Ja zresztą cały czas postrzegam nasz zespół w kategoriach garażowego, rockowego zespołu. Czyli grupy chłopaków, którzy się spotykają w jakimś miejscu i grają od serca to, co im się podoba. Oczywiście nasza muzyka nie jest rockowa, ale chciałbym zachować tę świeżość i spontaniczność podejścia do grania. Rzecz jasna z tego musi się wyłonić jakaś koncepcja brzmienia i repertuaru, a także plan naszych występów. Piotr słuchał trębaczy, zwłaszcza Woody’ego Shawa, ja byłem zafascynowany dokonaniami Wayne’a Shortera i z tego próbowaliśmy konstruować naszą muzykę. Zaczęliśmy od standardów, m.in. właśnie Shortera. Dzisiaj już nie zdobylibyśmy się na odwagę, żeby je grać, im mniej się umie, tym bardziej się wydaje, że można zagrać wszystko! (śmiech) Stopniowo wprowadzaliśmy coraz więcej naszych kompozycji.

Znakomicie się z Piotrem już wtedy uzupełnialiśmy. Ja kładłem nacisk na kompozycję, aranżowanie. Dość krótko wtedy grałem na instrumencie i dlatego też koncentrowałem się na pisaniu. Piotr natomiast preferował cyzelowanie gry na trąbce. Dzisiaj mamy już tyle kompozycji, że moglibyśmy zagrać cały koncert składający się wyłącznie z naszych utworów.

JF: Jaka jest dzisiaj rola poszczególnych członków zespołu?

PS: Jakoś tak od początku wyszło, że to ja zajmowałem się kwestiami organizacyjnymi – od prób po koncerty. Wydzwaniałem do chłopaków i ustalałem kiedy, gdzie itd. Terminarz nam się powoli zagęszcza. Oczywiście także jestem zaangażowany w sprawy muzyczne – tu zresztą rola wszystkich jest mniej więcej równa. Michał koncentruje się na kompozycji i to on dostarcza większość repertuaru. To typ intelektualisty, który czyta wiele książek na raz, zna się na wielu rzeczach, potrafi myśleć abstrakcyjnie.

MW: Marcin Kaletka to fantastyczny saksofonista. To taki cichy bohater – człowiek niezwykle skromny, małomówny. Kiedy jednak coś powie, to warto go słuchać, bo jest to zazwyczaj bardzo istotne i często dowcipne. Przy tym gra na swoim instrumencie tak pięknie, że wszyscy uwielbiamy go słuchać.

JF: Michał, kim inspirujesz się przy komponowaniu?

MW: Moim największym mistrzem, jeśli chodzi o kompozycję, jest z pewnością Wayne Shorter. Mniej może oczywistą inspiracją jest Tony Williams. Wszyscy znają go doskonale jako świetnego perkusistę, natomiast mało kto zwraca uwagę, jakim był ciekawym kompozytorem i aranżerem. Warto zwrócić uwagę na to, co napisał np. na kwintet. Wiele z jego utworów jest bardzo blisko tego, co robił Shorter w latach 60.

Nie jestem typem kompozytora. To znaczy, że nie ustalam wszystkich aspektów pisanego utworu. Wiele miejsca zostawiam dla muzyków, bo wiem, że oni potrafią z tego zrobić coś swojego i bardzo interesującego. Myślę, że to, co robię, bliższe jest pisaniu piosenek. To po prostu zapisywanie pewnych melodii, które mam w głowie, a nie jakaś poważna praca kompozytorska.

JF: Dlaczego Fellows Quintet zmienił się w Wierba & Schmidt Quintet?

MW: Mieliśmy dłuższą przerwę w działalności.

PS: Ja nie miałem pewności, czy chcę kontynuować karierę muzyka. Zaczęło mi świszczeć w uchu, stan ten coraz bardziej się nasilał. Lekarze powiedzieli, że to na skutek częstego przebywania w hałasie. Niestety trębacz nie może grać z korkami w uszach, bo wtedy zupełnie zmienia się brzmienie trąbki. Słyszy się wtedy dźwięk trąbki bardziej przez ustnik i nie sposób panować nad dynamiką gry i swoim miejscem w zespole. Myślałem już o poświęceniu się anglistyce, żeby nie zniszczyć sobie słuchu i nie zostać kaleką w wieku 20 lat.

W pewnym momencie jednak zdecydowałem się na powrót do grania. Być może kiedyś pojawią się jakieś implanty, które pozwolą na doskonałe słyszenie barwy instrumentu. Na razie część prób gram z tłumikiem – to taki mój kompromis. (śmiech)

MW: Właśnie dlatego pierwszą płytę dołączoną do JAZZ FORUM nagraliśmy jako mój kwintet. W tym składzie też pojechaliśmy na Bielską Zadymkę Jazzową, gdzie odnieśliśmy sukces. Szczerze powiem, że dość niespodziewany – raczej wydawało mi się, że jeżeli możemy wygrać to tylko w składzie z Piotrem. A tu taka niespodzianka! Tę najnowszą płytę nagraliśmy jakieś pół roku po tamtej – dlatego też częściowo materiał się powtarza, choć oczywiście zagrany jest zupełnie inaczej. Doszliśmy po prostu do wniosku, że to są na tyle dobre utwory, że warto je zarejestrować ponownie, mając do dyspozycji możliwość rozszerzenia brzmienia i fantastycznego realizatora.

JF: Jak doszło do nagrania tej płyty? Jak przebiegała praca w studiu?

PS: Udało mi się zdobyć środki na nagranie albumu. Dzięki temu mogliśmy nagrywać w studiu Tokarnia w Nieporęcie, realizatorem był Jan Smoczyński. To znakomite studio, a Jan jest fachowcem w swojej profesji. Dzięki temu brzmienie tej płyty jest o niebo lepsze od poprzedniej.

MW: Z moich utworów, które nie były już wcześniej nagrywane, jest tu tylko Like the Fall. To kompozycja bardziej otwarta od pozostałych, o lekko impresjonistycznym charakterze. Standard Rona Cartera i Milesa Davisa Eighty One to niejako podsumowanie trzech pierwszych lat naszej działalności. Wtedy też dość często graliśmy też Bolivię Cedara Waltona. Ten ostatni zaczęliśmy grać po jednym z konkursów, na który trzeba było przygotować kilka standardów, m.in. właśnie ten. Tak nam się spodobał, że włączyliśmy go do naszego repertuaru.

Konkursy to zresztą oddzielny temat – wiele z nich wspominamy bardzo miło, choć jeździliśmy na nie głównie dlatego, że nie mieliśmy grań, a tam można było wygrać kasę. Dzięki temu mieliśmy np. pieniądze na opłacenie akademika.

PS: Eighty One zagrałem na moim dyplomie w Katowicach. Wykonaliśmy go w tym samym składzie jak na płycie. Z tego też powodu bardzo chciałem, żeby się znalazł na albumie. To taki samograj – nie jest zbyt trudny, a pozwala się pobawić muzyką.

Ten materiał podsumowuje pewien etap, który jest już za nami.

JF: Kiedy słuchałem tej płyty, zaczęła mnie nurtować pewna rzecz, słychać tam Jazz Messengers Arta Blakeya, pierwszy Kwintet Milesa, Woody’ego Shawa, ewentualnie też grupy Billy’ego Harpera. To muzyka, która ukształtowała się w dużym stopniu na przełomie lat 50. i 60. Czyli wtedy, kiedy jeszcze nie było was na świecie. Do jakiego stopnia jest to wasza muzyka? Czy jesteście w stanie się z nią utożsamić?

MW: Gdyby mnie ta muzyka nie kręciła, to bym jej nie grał. Natomiast jeśli chodzi o to, że brzmimy jak ktoś inny – ja tu nie widzę problemu. Przecież większość muzyki rockowej czy popowej bazuje wprost na dokonaniach muzyki lat 60. czy nawet 50. A jazzmani? Nawet John Coltrane na początku grał jak inni, Shorterowi też na wczesnym etapie wszyscy zarzucali, że gra z kolei jak Trane.

PS: Myślę, że to jest normalne. Uważamy, że bardzo ważne jest, żeby nauczyć się solidnego, jazzowego grania, nawet jeśli będzie to nieco wtórne. Bez tego sięganie do form swobodniejszych, nowocześniejszych jest bez sensu, pachnie hochsztaplerką. Poza tym tak się akurat dobrze składa, że po prostu bardzo lubimy ten okres w historii jazzu. Słuchaliśmy dużo tej muzyki i jest ona też po części nasza. Dlatego nie ma w tym fałszu ani żadnego koniunkturalizmu. Wracając do Twojego pytania – myślę, że jesteśmy w stanie się z tym graniem utożsamić.

MW: Ja w domu słucham też wielu innych rzeczy – od muzyki współczesnej, przez etniczną po Radiohead. Moje horyzonty są dużo szersze niż to wynika z naszej muzyki, ale tylko tę ostatnią jestem w stanie wykonywać dobrze. Zresztą i nasza muzyka się zmienia, jestem pewny, że te inne zainteresowania powoli będą do moich utworów przenikać.

PS: Ten zespół jest tylko jednym z moich projektów. Mam też inne, w których gram trochę inne rzeczy. Np. tworzę wspólnie z Gabrielem Niedzielą kwartet, w którym gramy kompozycje bardzo przestrzenne. Z kolei wraz z Nikolą Kołodziejczykiem zakładamy elektryczny kwintet, w którym Nikola gra na laptopie, a poza tym mamy gitary elektryczną i basową. To, co jest na płycie dołączonej do JAZZ FORUM, nie wyczerpuje naszych zainteresowań. Natomiast w tym składzie po prostu pasuje nam taka, a nie inna muzyka. I chyba też jest to coś, co robimy na razie najlepiej.

MW: Jest wielu muzyków, którzy chcą grać bardzo nowoczesne rzeczy nie mając opanowanych podstaw. To słychać. Z drugiej strony faktycznie jest grono ludzi, którzy zaczęli grać jazz bebopowy i pewnie nawet myśleli, że kiedyś, gdy już się tego grania nauczą, zaczną robić coś innego, nowocześniejszego, ale zatrzymali się na tym etapie. To chyba jest kwestia indywidualnych możliwości rozwoju danego muzyka. Niektórzy mają w sobie tyle kreatywności, pomysłów, że w końcu dochodzą do swojej muzyki. Inni – zatrzymują się na tym wyuczonym graniu i nie są w stanie pójść dalej. Dobrym przykładem jest np. Piotr Wojtasik – przecież on właśnie wyszedł od bebopu, a dzisiaj robi już niesamowicie oryginalne rzeczy.

PS: Nasza muzyka zresztą też ewoluuje. Dziś już brzmi trochę inaczej, a myślę, że za rok czy dwa będziemy grali zupełnie inaczej. Chcemy, żeby to działo się naturalnie, bez napinania się. Przede wszystkim to, co gramy, musi być szczere i spontaniczne. Publiczność potwierdza, że takie jest. Gdybyśmy chcieli na siłę zmieniać naszą muzykę przestałaby być szczera. To musi stać się w wyniku naturalnego rozwoju.

JF: Odnoszę wrażenie, że interesuje was amerykańskie podejście do grania, ze szczególnym naciskiem na time, swing itp. Jednak Wynton Marsalis twierdzi, że to, co grają w Europie, bywa całkiem fajne, ale rzadko jest jazzem.

PS: No tak, dla Wyntona prawdziwy jazz jest tylko grany przez czarnych. Wszystko inne, nawet grane w Stanach przez białych muzyków, jest muzyką improwizowaną, ale nie jazzem. To trochę radykalna opinia. Niektórzy się z nią zgadzają, ale większość raczej jest przeciw.

MW: Nie wiem, czy interesuje nas amerykańskie granie. Mnie interesuje, żeby coś się w muzyce działo – na poziomie czasu, harmonii itd. Wiem natomiast, że każdy jazz ma swoje korzenie w Ameryce, a może szerzej gdzieś jeszcze w afrykańskiej tradycji. Nie można o tym zapominać grając swoją muzykę, bo właśnie dzięki temu podejściu do time’u coś ciekawego się w niej dzieje. W przeciwnym razie jest statyczna, wręcz nudnawa.

JF: Jakie są wasze plany na bliską i daleką przyszłość?

PS: Mamy coraz więcej koncertów. Będę chciał zorganizować trasę na wiosnę, ale jeszcze za wcześnie, żeby rozmawiać o szczegółach. Mam nadzieję, że ta najnowsza płyta nam w tym pomoże. Wybieramy się też na kilka konkursów zagranicznych, żeby sprawdzić się też na trochę innym terenie niż Polska. Poza tym wygranie tych konkursów owocuje później trasami międzynarodowymi, a na tym nam bardzo zależy.

Autor: Marek Romański

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm