With All Due Respect

1. Digressions
2. Contradictions
3. Conclusions
4. Coda: Another Room

Muzycy: Maurycy Wójciński, trąbka; Szymon Wójciński, fortepian; Ksawery Wójciński, kontrabas; Krzysztof Szmańda, perkusja, instr. perkusyjne


With All Due Respect

Wójciński/Szmańda Quartet

Z braćmi Wójcińskimi, Szymonem i Ksawerym, rozmawia Marek Romański:

Braci Wójcińskich jest trzech, najstarszy – pianista Szymon ma 39 lat, basista Ksawery lat 36, a najmłodszy z nich, grający na trąbce Maurycy – 31. Pochodzą z Konina. Prenumeratorzy JAZZ FORUM z aktualnym numerem otrzymują najnowszy album kwartetu, który współfirmują razem z perkusistą Krzysztofem Szmańdą: „With All Due Respect”.

W naszej redakcji pojawili się Szymon i Ksawery. Muzyka ich zespołu jest niekonwencjonalna, w dużym stopniu improwizowana. Postanowiłem więc wywiad przeprowadzić w sposób równie niekonwencjonalny stosując formę „blindfold test”. Bracia musieli wysłuchać przygotowanych dla nich utworów, odgadnąć, kto i co gra. Poradzili sobie z tym doskonale, być może następnym razem trzeba będzie postawić im trudniejsze wyzwania.

Jednak przecież nie chodzi o to, by ich egzaminować i łapać na niewiedzy, ale raczej by ta – ważna dla nich z różnych powodów – muzyka stała się przyczynkiem do ciekawej rozmowy.

1. Siergiej Rachmaninow Preludium nr. 5 g-moll, Emil Gilels - fortepian

SZYMON WÓJCIŃSKI: Rachmaninow… Preludium g-moll. Kto gra? To może być Gilels albo Richter.

JF: – Gilels.

SW: Pianiści z tzw. starej szkoły, po prostu mistrzostwo. To kwestia dźwięku, niesamowitej energii i muzykalności. U nas w domu był komplet nagrań sonat fortepianowych Beethovena w wykonaniu na przemian Gilelsa i Richtera. Nasza mama bardzo lubiła puszczać 3 Koncert Fortepianowy Beethovena w interpretacji Richtera. Ta płyta została kompletnie zajechana, ale warto było! Wracając do Gilelsa – Mozart czy Beethoven w jego wykonaniu to jest coś pięknego. Uwielbiam też jego nagranie Sonaty h-moll Chopina, uważam, że to najlepsze wykonanie tego utworu, jakie w życiu słyszałem.

– Opowiedzcie o swojej klasycznej edukacji.

SW: W mojej klasycznej edukacji było wiele wstrząsów i nie trwała ona zbyt długo w sensie formalnym. W sensie praktycznym natomiast trwa do dzisiaj. Regularnie grywam kompozycje klasyczne, m.in. wybrane PreludiaFugi z „Das Wohltemperierte Klawier” Bacha, Balladę g-moll Chopina, jedną z „Wizji ulotnych” Prokofiewa, co jakiś czas biorę na warsztat coś innego.

KSAWERY WÓJCIŃSKI: Ja w dojrzały sposób zacząłem podchodzić do klasyki właściwie dopiero po ukończeniu studiów. W amoku studiowania i różnych emocjach i perypetiach – zdarzało mi się wylecieć z Akademii – nie było miejsca, żeby tę muzykę przeżywać. Nikt nas zresztą nie uczył, jak przeżywać muzykę, jak ją kochać. Nasza nauka była skoncentrowana na technice wykonawczej, nie przypominam sobie, by ktoś chciał nas zarazić miłością do muzyki. Dopiero długo po studiach zacząłem doceniać literaturę klasyczną – nie tylko kontrabasową, bo tej nie ma zbyt wiele, pomijając dzieła współczesne. Gdyby nie np. transkrypcje suit wiolonczelowych czy innych utworów nienapisanych na kontrabas, to właściwie nie mielibyśmy co grać. Cały czas staram się kontrolować to, co się dzieje z moim aparatem gry i towarzyszy mi w tym Bach. Bez studiów klasycznych nie miałbym takiej kontroli nad instrumentem.

Nigdy nie grałem z braćmi muzyki klasycznej. Spotkaliśmy się już na gruncie jazzu. Nasz brat Maurycy, grający na trąbce, przeszedł dość krótką edukację klasyczną i dużo szybciej niż my dwaj wpłynął na szerokie wody improwizacji. Pamiętam go jako 10-letniego chłopaka zasłuchanego w Milesa, siedział z małym keyboardem Yamahy i programował sobie beaty, do których grał jakieś totalnie eksperymentalne rzeczy.


2.
Kenny Garrett Sing a Song of Song (z albumu „Songbook”, 1997)

SW: Kenny Kirkland na fortepianie… Kwartet Kenny’ego Garretta, Jeff „Tain” Watts na perkusji i Nat Reeves na basie. Utwór… hm… Sing a Song of Song!

– Doskonale!

KW: Ten numer pierwszy raz usłyszałem u Wacka Zimpla, on był wtedy zafascynowany Garrettem. To było jakieś 18 lat temu. Ta płyta często leciała, tam jest dużo fajnych numerów.

SW: Miałem wtedy 20 lat i chłonąłem tę muzykę. Byliśmy wtedy chyba razem z Ksawerym na koncercie Garretta w poznańskim Blue Note, to było coś niesamowitego, byliśmy pod ogromnym wrażeniem energii tego zespołu, kontaktu z publicznością, czuliśmy się wtedy jednością, to fantastyczne uczucie i prawie mistyczne przeżycie! Po wielu latach znów trafiłem na koncert tego muzyka – w tym samym miejscu, ale z innym zespołem. Niestety już tamte uczucia się nie powtórzyły, miałem wrażenie odtwarzanego z zimną precyzją scenariusza, wystudiowanych grepsów obliczonych na tani efekt.

– Jak improwizacja pojawiła się w waszym życiu?

SW: Improwizowałem już jako małe dziecko. Rodzice sadzali mnie przy pianinie, na poduszkach, ja dotykałem klawisze, próbowałem coś tam grać. (śmiech) A poważnie mówiąc – kiedy już tylko nauczyłem się cokolwiek grać, to próbowałem ze słuchu chwytać wszystko, co tylko wpadło mi w ucho. Od piosenki Maryli Rodowicz po repertuar, który wówczas ćwiczył nasz ojciec czyli np. Koncert Fortepianowy A-Dur Mozarta, Sonatę Patetyczną Beethovena, Chopina, a także różne ragtime’y, które sam sobie wymyślał. Bardzo nam się to podobało i wśród jego płyt dogrzebaliśmy się także tych jazzowych – radzieckie wydania Elli Fitzgerald, Sinatry, Oscara Petersona, Stana Getza. Nasze największe emocje budziły „Kuyaviak Goes Funky” Namysłowskiego, album Urbaniaka z Namysłowskim i Urszulą Dudziak nagrany w Szwajcarii w 1977, String Connection, Sojka z lat 80… Próbowaliśmy to grać, ponad swoje siły oczywiście, w tematach Petersona co drugi dźwięk to nie był TEN dźwięk, ale kto by się tym przejmował… (śmiech)

3. Eric Clapton Layla (z płyty „Unplugged”, 1992)

KW: Nie, no to jest jakaś ustawka, Szymon grał to na gitarze!

SW: Pytania są tendencyjne! Eric Clapton z „Unplugged”, Layla. Rzeczywiście grałem kawałki z tej płyty na gitarze. To było w dość trudnym dla mnie okresie życia, kiedy zrezygnowałem z nauki fortepianu w szkole muzycznej. Miałem wtedy poczucie żalu i niedosytu, a jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że jeśli czegoś nie zmienię w swoim życiu, to sytuacja będzie mi coraz bardziej ciążyć. Uczenie się i granie niektórych utworów w szkole sprawiało mi wręcz fizyczny ból. Żeby jakoś to odreagować, sięgnąłem po gitarę mojej mamy i nauczyłem się utworów z tej płyty. Muzyka z „Unplugged” zrobiła na mnie wtedy duże wrażenie i właściwie tak jest do dziś. Teraz zauważam, że Clapton grał tam wiele fajnych bluesowych fraz, które gdzieś tam we mnie zostały.

KW: To już był okres, kiedy graliśmy ze sobą – jeszcze bez Maurycego. On dołączył do nas później. Każdy z nas miał trochę inne podejście do muzyki. Szymon miał świetnie rozpracowaną harmonię. Ja z kolei nie miałem potrzeby, żeby mieć wszystko rozłożone na czynniki pierwsze. Na tym tle często dochodziło między nami do zgrzytów, że tu to miało być zagrane tak i tak, a tu coś innego. Dziś nie ma to już żadnego znaczenia, bo nikt z nas nie chce grać takiego jazzu, w którym to jest istotne.

SW: Wielką szkołą grania zespołowego był dla nas zespół, w którym grali Wacek Zimpel, Paweł Postaremczak, Robert Rasz. Przewinęło się tam wiele inspiracji – Dolphy, Coltrane i wielu innych artystów free.

4. Wójciński/Szmańda Quartet Flood (z płyty „Delusions”, 2016)

KW: Nie kojarzę tego…

SW: Bas trochę nie stroi. (śmiech)

KW: No dobrze, wiemy, o co chodzi. Jakie są zarzuty?

– To debiut waszego kwartetu, tu po raz pierwszy gracie z Krzysztofem Szmańdą na perkusji. Ale to właściwie wcale nie miała być sesja na płytę, opowiedzcie historię tego nagrania.

KW: Po raz pierwszy od dłuższego czasu mieliśmy coś robić razem i warunkiem tego było znalezienie jakiejś osoby, która byłaby spoiwem dla nas. Nie chcieliśmy wracać do jakichś dawnych układów, woleliśmy się rozwijać i szukać kogoś nowego. Pojawił się na horyzoncie Krzysztof Szmańda, którego pamiętałem jeszcze z Poznania, jak ćwiczył z zespołem Soundcheck na Akademii Muzycznej, gdzie byłem studentem. Miałem do nich taki respekt, że w ogóle bałem się podejść, nie mówiąc już o zagraniu z nimi czegokolwiek. Andrzej Święs, „Kocin” Kociński, Krzysztof Dys – to byli muzycy, którzy grali wtedy rzeczy bardzo zaawansowane rytmicznie i harmonicznie, nie sądziłem, że kiedykolwiek uda mi się osiągnąć ten poziom. Jak przeniosłem się do Warszawy, to często spotykałem się z Krzyśkiem Szmańdą na meczach ping ponga, którego jesteśmy fanami. W końcu udało mi się go namówić na spotkanie muzyczne, zabukowaliśmy studio i tak powstało to nagranie, które miało po prostu pokazać nam, czy to w ogóle brzmi, czy ma to jakiś sens. Jednak od pierwszych dźwięków wiedziałem już, że coś ważnego dzieje się między nami. Szybko zapomnieliśmy o mikrofonach i całej reszcie, zagraliśmy jedną wielką smugę.

SW: Chyba nie wszystko weszło na płytę, ale najbardziej niesamowite dla mnie było to, że graliśmy krótkie, improwizowane sekwencje i każda z nich była inna. Czuliśmy, że się rozumiemy, że to, co gramy, jest obiecujące i dobrze rokuje na przyszłość. Rodzi się klarowna, fajna forma, co wcale w muzyce improwizowanej nie jest takie oczywiste.

5. Słowno-muzyczny spektakl na podstawie książki Andrieja Wyszyńskiego „Przemówienia sądowe” zarejestrowany podczas Fama Gaz-System Terminal Sztuki, Świnoujście 2016 r., Wójciński/Szmańda Quartet, Roksana Vikaluk, Marcin Gokieli

SW: Zaraz, zaraz… coś mi świta…

KW: Roksana… To są „Przemówienia sądowe” Wyszyńskiego.

– Tak jest.

KW: To niech Szymon się wypowie, to on jest pomysłodawcą.

SW: To była szaleńcza sprawa. Kiedyś w antykwariacie kupiłem książkę bez jednej z okładek – to były przemówienia sądowe Prokuratora Generalnego ZSRR Andrieja Wyszyńskiego, notabene polskiego pochodzenia. Okazało się, że to jest niesamowite świadectwo czasu, w którym powstawały. Do tego te teksty niosą potężny ładunek groteski, teatralności, przerysowania. Trzeba pamiętać, że te procesy były pokazowe. Wszystkie strony procesu odtwarzały swoje role.

KW: Ważny jest też tragiczny kontekst tej, nazwijmy to, „literatury”.

SW: Tak, oczywiście, dla nas to może być w pewnym sensie zabawne, ale tam ludzie dawali głowy lub byli skazywani na ciężkie wieloletnie wyroki więzienia. Ładunek emocjonalny tych przemówień jest wręcz szokujący. Sposób, w jaki prokurator w mowie końcowej odtwarza przebieg wydarzeń, opisuje ludzkie typy, charaktery, to jest rzeczywiście niezła literatura. To jest coś trudnego do opisania, mogę to porównać tylko do quasi-Sądu Ostatecznego. Prokurator jest tu jednocześnie kaznodzieją, inkwizytorem, ba! właściwie Bogiem!

Pomyślałem, że muzyczne opracowanie tego tekstu byłoby niesamowitym eksperymentem, którego chyba nikt do tej pory się nie podjął. Potrzebowałem jednak do tego odpowiednich ludzi, którzy byliby to w stanie wykonać – oprócz naszego zespołu oczywiście.

KW: Ja byłem odpowiedzialny za werbunek. Kiedy tylko Szymon opowiedział mi o tym pomyśle, natychmiast w wyobraźni zobaczyłem Marcina Gokieli – autora świetnych tekstów, ale też – jak się okazało – znakomitego interpretatora tych przemówień. On jest tu aktorem i performerem, do tego to potężny gość, ma ponad dwa metry wzrostu i to, co mówi musi budzić respekt. Roksanę Vikaluk spotkałem podczas spektaklu w Teatrze Żydowskim – jest świetną wokalistką, tworzy muzykę elektroniczną, do tego ma ogromny talent aktorski.

SW: Roksana po prostu kradnie scenę, ona tam dodaje elektroniczne brzmienia i interpretuje tekst po rosyjsku. A my tworzymy kontekst muzyczny, ale mieliśmy też swoje rozpisane role w tym całym dramacie. Każdy z nas podążał za tym, co działo się w tekście i to on był czynnikiem formotwórczym.

– Czy płynie z tego jakaś nauka dla nas, dzisiaj?

SW: Z pewnością to rodzaj memento dla kolejnych pokoleń.

KW: Wielu ludzi nie zdaje sobie dzisiaj sprawy z tego, że kiedyś takie rzeczy się działy. Czasy stalinowskie są dla nich jakąś prehistorią.

SW: Ma to też wymiar uniwersalny, ten w miarę bezpieczny świat, w którym żyjemy, wcale nie jest nam dany raz na zawsze. Nie ma żadnej gwarancji, że totalitaryzm się nie powtórzy.


6. Wójciński/Szmańda Quartet Digressions (z płyty „With All Due Respect”, 2019)

SW: Zupełnie inaczej sobie ten początek wyobrażałem.

KW: Ja też, nie pamiętałem zupełnie, że takie rzeczy tam się działy. Wszystko zmieniało się diametralnie w trakcie grania i trzeba to było błyskawicznie podłapać.

SW: Tytuł płyty był przedmiotem wielodniowych bojów, nie chciałbyś wiedzieć, co tam się wtedy działo. (śmiech) Nagle ktoś powiedział, po polsku, „z całym szacunkiem” i wszystkich olśniło, że to jest to.

KW: Ta nazwa jest dość przewrotna i koresponduje z okładką, gdzie odważyliśmy się na sporą ekstrawagancję.

SW: Wyglądamy na niej trochę jak Boys II Men, ale to świadomy zabieg. Po prostu to, co robimy, nie jest śmiertelnie poważne, chcieliśmy trochę upuścić powietrza z tego całego światka muzyki improwizowanej.

KW: To jest pewna kontra w stosunku do muzyki na płycie. Właściwie mogliśmy dać okładkę w stylu ECM, jakieś bezkresne jeziora, krater wulkanu, chmury o zmierzchu, ale to byłoby nudne i przewidywalne.

– Trzy pierwsze utwory Digressions, ContradictionsConclusions wskazują na rodzaj jakiejś quasi-suity poświęconej teorii komunikacji.

SW: Tytuły ustaliliśmy później, ale faktycznie oddawały one to, że mamy do czynienia z pewną ciągłością kompozycyjną. Można też odnaleźć związki poszczególnych tytułów z przebiegiem dramaturgii utworów. Nie chcę tu analizować takt po takcie tego, co tam się dzieje, ale myślę, że słuchacz łatwo odnajdzie te powiązania. Czwarty utwór Coda: Another Room dzięki pewnemu zabiegowi postprodukcyjnemu naszego realizatora Marcina Bocińskiego wpłynął na postrzeganie całego albumu w kategoriach muzyki elektronicznej czy czegoś takiego.

KW: To jest ważny wątek, bo dotyczy tego, że muzyka dla nas nie jest czymś, co powstaje tylko tu i teraz. Produkcja też jest ważna i może kreować bardzo ciekawe rzeczy i nie należy się jej bać.

SW: Prawdę mówiąc wcześniej nie było to dla nas tak oczywiste. Cała płyta „With All Due Respect” jest odzwierciedleniem sesji live, która odbyła się przed skromną publicznością w studiu. Jedyną ingerencją postprodukcyjną jest ten pogłos nałożony w ostatnim utworze, dzięki czemu kontrastuje on z resztą materiału.

KW: Zakończenie płyty jest dość nostalgiczne, by nie powiedzieć oniryczne.

SW: To też jest pewnego rodzaju rozwiązanie, rozładowanie napięcia, które powraca w pewnych cyklach na całej płycie. To napięcie rozlewa się na końcu w naturalny sposób. Ta naturalność jest tu bardzo ważna, bo nasze nagrania są odzwierciedleniem momentu, miejsca, w którym się znajdujemy, naszego tu i teraz.

– Jeśli wasze kolejne nagrania są dokumentami momentów, w których zostały dokonane, to jakbyście opisali drogę pomiędzy „Delusions” a „With All Due Respect”?

KW: Nasz rozwój dokonał się przede wszystkim poprzez liczne koncerty, które zagraliśmy w tym czasie. Krzysztof zaczął przynosić swoje kompozycje, własne szkice, czego początkowo w ogóle nie zakładaliśmy – bo miała być całkowita improwizacja. W ogóle on wniósł pewien rodzaj dyscypliny muzycznej, która nas spaja. Zaczęliśmy rozmawiać o muzyce, padały pomysły, które testowaliśmy później na koncertach i to wszystko znalazło się na nowej płycie. Wystarczy posłuchać obu naszych płyt po sobie, by zrozumieć gdzie nastąpił przełom.

Michael Zerang kiedyś powiedział o graniu kolektywnym, że często muzykom się wydaje, że deptanie sobie po piętach i tanie naśladownictwo to jest improwizacja. Tymczasem często granie „przeciwko sobie” daje najciekawsze efekty. Oczywiście to chodzi bardziej o połączenie na poziomie energetycznym, intuicyjnym, trudnym do wyrażenia słowami. Jednak to wymaga długiej praktyki i świadectwem tej właśnie praktyki jest nasza nowa muzyka.

– Problem z rejestracjami muzyki improwizowanej jest taki, że to zawsze zamrożenie pewnej chwili, obrazu muzycznego, który już nigdy więcej się nie powtórzy. Nie uważacie, że tkwi w tym pewien rodzaj fałszu, nieprawdy, że słuchacz dostaje coś, co już jest nieaktualne?

SW: Wielokrotnie słyszeliśmy po koncertach pytania, czy graliśmy te utwory, które były na płycie.

KW: To złożone pytanie. Tak, oczywiście że to jest dokument chwili, trochę jak zdjęcie. W naszym wypadku płyta jednak nie jest dokumentem konkretnych dźwięków, dokładnego obrazu muzyki. Bardziej jest świadectwem naszego aktualnego potencjału. Nie zagramy już dokładnie tego samego, ale jesteśmy w stanie zagrać w podobny sposób. Każdy koncert, który gramy, traktujemy tak samo wyjątkowo, jak nową odrębną całość. Improwizacja jest komponowaniem w czasie rzeczywistym i każdy z nas na scenie jest kompozytorem. Dlatego nagranie jest dokumentem tych kompozycji, które tego dnia się pojawiły. To też ma swoją wartość.

Rozmawiał: Marek Romański


  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm