Aktualności

Felieton Leszka Możdżera opublikowany w JAZZ FORUM 3/2021 w cyklu „Na Ucho”
Autor grafiki: Eugeniusz Ferster




Armando!



Fascynujący felieton Leszka Możdżera w hołdzie dla Chicka Corei

Armando Antonio Corea. To dawny zwyczaj, obecny niegdyś również na naszych ziemiach, aby w sekwencji imion zaznaczać sukcesję przodków. Jego ojciec miał na imię Armando, a dziadek Antonio. Ale i tak utarło się mówić na niego „Chick”. Kiedy ciotka Maria przychodziła do nich w odwiedziny, to miała w zwyczaju delikatnie szczypać Armando w policzek, kiedy leżał w swoim dziecięcym łóżeczku i szczebiotać „chicky chicky chicky chicky”. I tak już zostało. Wszyscy mówili na niego „chicky”. Ale kiedy na twarzy Armando pojawił się pierwszy zarost, zażądał, żeby nie mówić na niego „chicky”, tylko „chick”. Właśnie odkrył, że istnieje bębniarz o nazwisku Chick Webb, więc nabrał pewności, że ksywka „Chick” to dobry pomysł. Po prostu Chick i tyle. Chick Corea.

Jego ojciec, nauczyciel muzyki, od najmłodszych lat pokazywał mu nuty i objaśniał, który klawisz odpowiada danej nucie, więc Armando dosyć szybko opanował czytanie nutowego zapisu. Sam o sobie mawiał „Spanish heart – Italian body”. Hiszpańskie serce we włoskim ciele. Decydujący wpływ na jego styl miał niejaki Mongo Santamaria Rodriquez – kubański perkusjonista, który dał mu angaż do swojego „Latin Ensemble”. Od tego momentu Chick zapałał miłością do muzyki latynoskiej, która w jego duszy nabrała odcieni flamenco.

Nawet kiedy grał zamaszysty jazz, to z upodobaniem wplatał owe charakterystyczne motywy: a to „gitarowy” akord czy obiegnik, czasami zwinne arpeggio, czy latynoskie rytmiczne przesunięcie. No i ten szczególny rodzaj frazowania... Charakterystyczny tylko dla niego. Cały czas zastanawiam się, w czym tkwi tajemnica jego rozpoznawalnego brzmienia.

Jego dłonie na klawiaturze wcale nie wyglądały jak dłonie wirtuoza. Ręka usztywniona, łokieć zadarty, cały jego aparat pianistyczny sprawiał wrażenie skoncentrowania na ruchach poziomych. Nawet kiedy kończył frazę, to nie rozluźniał mięśni, tylko odrywał dłoń od klawiatury ciągnąc ją za łokieć i zaraz rozpoczynał kolejny motyw. Nie widać było, żeby jego ręka odpoczywała podczas grania. Może właśnie dlatego podczas rozmów wykonywał charakterystyczny gest łapania dłoni drugą ręką i uciskania jej... Ściskał wtedy palce w wiązkę i ugniatał je. Naprężone mięśnie muszą się jakoś relaksować i być może poprzez ugniatanie mięśni dłoni uzyskiwał niezbędną mięśniom dekompresję? Był hipnotyzująco precyzyjny, bardzo mało kiksował, a nawet jak zdarzało mu się uderzyć dwa klawisze leżące obok siebie, to nigdy nie było wiadomo, czy to kiks, czy świadome zagranie. Nie tracąc nic z impetu, wplatał te dysonansowe sekundy w przebieg muzycznej myśli i żonglował nimi swobodnie, jak gdyby nigdy nic. Miało się wrażenie, że błędy nie robiły na nim żadnego wrażenia, po prostu grał dalej. Być może właśnie dlatego robił ich tak mało.

Pomimo tego, że nie akcentował wyraźnie słabych części taktu, to jego fraza swingowała jak cholera. Potoczysta, precyzyjna, odrobinę za pulsem, ale nie za dużo, dokładnie tyle, żeby poprzez naciągnięcie uzyskać niewielkie jej naprężenie. Na tyle nieduże, żeby nie stracić nic z gorącej motoryki. To, że nie kładł wyraźnych akcentów podczas ruchu ósemkowego, ot chociażby tak, jak robi to Joey Calderazzo, Herbie Hancock czy Michel Petrucciani, nie oznacza, że tego akcentu tam nie było. Znalazł na to inny sposób. Mam wrażenie, że akcentowaną nutę po prostu grał nieco dłużej, przez co łączyła się ściśle z następującą po niej nutą nieakcentowaną.

W dodatku nie był niewolnikiem mechaniki swingujących akcentów. Stosował je tylko jako przyprawę, dokładnie tyle, ile potrzeba, żeby wyostrzyć sobie frazę. Prowadził beztroską narrację oddzielnymi dźwiękami, a kiedy nadchodził czas na strategiczny akcent, skracał odrobinę poprzedzający go dźwięk, żeby wytworzyć milisekundę ciszy i dopiero w tak przygotowanej przestrzeni wykonywał decydujące uderzenie. Wcale nie głośniejsze. Po prostu przetrzymywał je aż do kolejnego dźwięku i dalszą narrację prowadził ponownie rozłącznymi, perlącymi się dźwiękami, aż do następnego akcentu.

Wszystko to odbywało się w ułamkach sekund i wymagało mistrzowskiej kontroli klawiatury. Takie operowanie timingiem wymaga szczególnego rodzaju uważności, dotyczącej nie tylko rozpoczęcia dźwięku, ale przede wszystkim jego zakończenia i wiąże się z utrzymywaniem ciągłego nadzoru nad już wciśniętym klawiszem, żeby zwolnić go w odpowiednim momencie. Być może właśnie dlatego grał usztywnioną ręką…

Pod palcami Chicka Corei nieprawdą staje się więc ogólnie przyjęte twierdzenie, że w przeciwieństwie do instrumentów dętych, czy smyczkowych „nie da się już nic zrobić z raz uderzonym dźwiękiem na fortepianie”. Otóż da się. Przede wszystkim da się go precyzyjnie zakończyć i właśnie w tym tkwi tajemnica wstrząsającej precyzji pianistycznego warsztatu Armando. Każdy głupi potrafi nacisnąć klawisz, ale istotą pianistyki jest dopiero świadome zdjęcie nacisku z klawisza. Właśnie po tym poznać dobrego pianistę. A w tym Chick był mistrzem. Panował nad dźwiękiem od samego początku aż do świadomego końca i to nawet wtedy, kiedy grał szybkie przebiegi, w których brzmiał tak perliście. Właśnie dlatego brzmiał w nich tak perliście! Nic się w jego frazowaniu nie mazało, dźwięki nie nachodziły na siebie, każda nuta była odrębna, miała swoje dokładnie zarysowane kontury i precyzyjne umiejscowienie w pulsie i w harmonii.

W polskiej szkole pianistycznej istnieje pojęcie „odskoku palca” – jest to jedna z pierwszych pianistycznych umiejętności wdrażanych do arsenału środków młodego pianisty. Nie „wciskanie palca”, ale „odskakiwanie palca”. To właśnie odskok palca decyduje o precyzji uderzenia, o klarowności frazy i przejrzystości brzmienia fortepianu. Odskok palca musi nastąpić dokładnie w momencie zapadnięcia się kolejnego klawisza, żeby pracujące palce mogły się „wymienić”.

Dzięki temu uzyskujemy precyzyjne rozpoczęcie kolejnego dźwięku, niezmącone wybrzmieniem pochodzącym z dźwięku poprzedniego. Mam wrażenie, że Chick nie przejmował się odskokiem palca, być może kontrolował zwolnienie klawisza za pomocą pracy nadgarstka, bądź pracy łokcia, bo jego ręka jest zawieszona nad klawiaturą, jak ramię dźwigu, ruch jego palców jest niepozorny i właściwie w całym jego artystycznym warsztacie ważniejsze niż szczegóły manualnego, pianistycznego rzemiosła wydawały się raczej spojrzenia i mimika twarzy.

Mawiał do swoich muzyków: „patrz na mnie, kiedy gramy”, bo doskonale wiedział, że muzyka to rozmowa. Kiedy patrzymy się na swojego rozmówcę podczas rozmowy, to o jej przebiegu decyduje sugestywność spojrzeń, właśnie spotkania wzroku, ruchy mięśni twarzy, ciągły, nieustanny taniec owych drobnych gestów. A kiedy grało się z Chickiem, to pojawiał się właśnie ten szczególny rodzaj radosnego, rytualnego kontaktu, dzięki któremu w sercach muzyków i słuchaczy budziła się radość ze wspólnego przebywania. Mam wrażenie, że z biegiem lat muzyka Armando stawała się coraz bardziej radosna, coraz bardziej czysta. Dziękujemy za wszystkie twoje cudowne dźwięki i dziękujemy, że odwiedziłeś naszą planetę, Chick.

Leszek Możdżer





  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm