Aktualności
fot. Jarek Rerych


Artykuł opublikowany w JAZZ FORUM 4-5/2015




Jerzy Milian – punkty zwrotne

Michał Wilczyński



Legendarny wibrafonista i bandleader zmarł 7 marca 2018 przeżywszy 82 lata.

Przypominamy fascynujący artykuł, który Michał Wilczyński napisał dla JAZZ FORUM trzy lata temu z okazji jubileuszu 80. urodzin wielkiego muzyka:

Wielowątkowa twórczość Jerzego Miliana – obejmująca swoim zasięgiem i jazz, i awangardę, i muzykę rozrywkową (o pisaniu ikon i limeryków nie wspomnę) – to temat nie na jeden artykuł, ale całą książkę. Taka zresztą powstała (są to wspomnienia samego artysty) i czeka na publikację. A my siłą rzeczy musimy skupić się na pojedynczych wątkach czy wydarzeniach. Kilka z nich miało znaczenie kluczowe.

Punkt pierwszy: Komeda

Najpierw była orkiestra Rytm, którą Jerzy Milian założył będąc jeszcze w liceum. Grali muzykę rozrywkową, zahaczając także – nie zawsze świadomie – o jazz. Pod koniec 1953 roku Rytm przestał jednak być dla Miliana najważniejszy.

– Może wpłynęło na to słuchanie zespołu Jerzego Gary’ego-Garyantesiewicza? – zastanawia się muzyk. – Witalność muzyczna lidera, jak i pozostałych muzyków była imponująca. Kiedyś grali w winiarni Słowiańskiej i dowiedziałem się, że na fortepianie zagra z nimi Krzysztof Trzciński, o którym w Poznaniu zaczynało być głośno. Tam zobaczyłem go po raz pierwszy. Mały, rudy, z bardzo jasnymi rzęsami, strzyżony na fanfana, lekko utykający. Słuchając zespołu z Trzcińskim, trochę oniemiałem.

Pod jego wpływem założył własny kwintet, w którym był pianistą i głównym kompozytorem materiału. – To był bop wzorowany na coolowych grupach szwedzkich. Muzyka taneczna dla ludzi trochę radiowo osłuchanych – uśmiecha się Milian, tłumacząc stylistykę swojego zespołu. Z kwintetem regularnie występował w Poznaniu, zrealizował także pierwsze nagrania radiowe – niestety nie przetrwały do czasów nam współczesnych.

Latem 1954 roku cały kwintet Miliana został zaproszony przez Krzysztofa Trzcińskiego na wyjazd do Zakopanego. Wrzesień spędzili w lokalu „Morskie Oko”, gdzie grali i jazz, i popularne tanga. W tych ostatnich późniejszy Komeda sięgał po akordeon, a Milian akompaniował mu na fortepianie. W kompozycjach jazzowych liderzy zamieniali się instrumentami. Milian do dziś uznaje ten wyjazd za przełom w swojej karierze. Tym bardziej, że rozwijająca się znajomość z Komedą zaważyła na wyborze dalszej drogi artystycznej artysty. Choć po powrocie z Zakopanego chodzili swoimi ścieżkami, to podświadomie wciąż się zbliżali do wspólnego grania. Było jednak wiadomo, że zespół z dwoma pianistami nie sprawdzi się najlepiej.

Wszystko się zmieniło latem 1955 roku. – To był poniedziałek – wspomina Milian. Weszliśmy z Krzysztofem do restauracji Magnolia. Było pusto, a na scenie przykryte instrumenty orkiestry, która w tym dniu nie pracowała. Wypiliśmy z Krzyśkiem lemoniadę Oran-Vit, on usiadł do fortepianu i zaczął grać Lullaby of Birdland, a ja próbowałem stukać w wibrafon...

I tak już zostało – za namową Komedy Jerzy Milian wziął kilka lekcji u prof. Nowakowskiego, a w domu ćwiczył na pożyczonych dzwonkach, które w miniaturze przypominały wibrafon. – Kiedy nie mogłem już ich pożyczać, narysowałem sobie płytki wibrafonu na papierze pakowym, kładłem go wraz z kocem na stole i starałem się trafiać gdzie trzeba. Po trzech miesiącach mogłem już grać w zespole.

Dla Miliana to był pierwszy punkt zwrotny – powstanie Sekstetu Komedy, sukces na I Festiwalu Jazzowym w Sopocie i wspólne nagrania były już tylko rozwinięciem tej młodzieńczej energii i odważnych zmian. Milian-wibrafonista przyznaje zresztą, że wpływ Komedy sięgał o wiele dalej niż sprawy czysto muzyczne.

– Zacząłem interesować się tym, co czyta, jak mieszka, jakie lubi malarstwo (wtedy okres niebieski Picassa), jakiej słucha muzyki oprócz jazzu (chodził na koncerty symfoniczne). Krzysiek nie był w tamtych latach człowiekiem, który dopuszczał ludzi zbyt blisko do siebie. Nie mogę powiedzieć, że był moim przyjacielem, ale do końca naszej znajomości był mi bardzo życzliwy. Akompaniował mi, dyskutował też o moich kompozycjach. Poszerzył moje horyzonty. Nauczył tego, może podświadomie, czego nie nauczył mnie dom – którego zresztą w pełnym wymiarze nigdy nie miałem. Może to właśnie zaważyło na całym moim życiu?

Punkt drugi: Obiegi

W roku 1964 prowadzony przez Andrzeja Kurylewicza Big Band Polskiego Radia wystąpił na Jazz Jamboree, wykonując m.in. Dialogi instrumentalne Jerzego Miliana. Gdy zespół ćwiczył utwór na próbie, do siedzącego na widowni kompozytora przysiadł się nieznajomy i spytał, czyja to kompozycja. Dowiedziawszy się, że rozmawia z autorem – zaproponował napisanie czegoś dla jego zespołu. I przedstawił się: Elias Gistelinck, szef redakcji muzycznej belgijskiego radia i telewizji BRT.

W ten sposób rozpoczęła się jedna z najciekawszych i najważniejszych przygód w całej karierze Jerzego Miliana, wykraczająca poza granice jazzu w stronę modnego wówczas tzw. trzeciego nurtu. Milian-kompozytor chętnie naginał konwencje, bawił się formą i brzmieniem, szukając nieszablonowych rozwiązań. Realizował się zarówno w dużych formach (m.in. przetwarzająca udanie motywy ludowe Polish Folk Suite czy igrająca z free jazzem Optima Fide, z kompozytorem i Ptaszynem Wróblewskim w roli solistów), jak i cyklach drobniejszych utworów (Pieces for Friend, Two E and One F, Four Engravings for Big-Band and Soloists). Dla Belgów napisał także niezwykle barwne aranżacje utworów znanych przez lata wyłącznie w wykonaniu jego tria z płyty „Bazaar” (m.in. My Favourite Band).

Po dłuższej przerwie w latach 70., spowodowanej natłokiem spraw związanych z prowadzeniem Orkiestry Rozrywkowej PRiTV w Katowicach oraz regularną współpracą ze wschodnioniemieckim big bandem Guntera Gollascha, Milian wrócił do współpracy z Belgami, nagrywając szereg krótszych, lżejszych utworów (w tym piękne ballady I’ll Remember OlgaChildren’s Dream) oraz kolejne rozbudowane formy, tym razem inspirowane chińskim (Sketches from China), dalekowschodnim (Kara-Kum) i śląskim (Silesian Sketches) folklorem. A potem belgijski Big Band Radia BRT posypał się tak samo szybko, jak wszystkie podobne grupy w Europie.

Wśród tego obszernego belgijskiego dorobku Miliana znajduje się utwór wyjątkowy: Circulations. Trwająca kwadrans forma zderza z sobą jazzowe improwizacje pięciu solistów z odważnymi i interesującymi partiami orkiestry (wiele rozwiązań w warstwie rytmicznej przypomina, z pewnością bezwiednie – bo były to rzeczy wówczas nieosiągalne do słuchania – pierwsze dokonania Franka Zappy na polu muzyki filmowej i orkiestrowej z lat 60.).

A skąd tytuł? – Pisałem jeszcze dla big bandu Edwarda Czernego – wspomina Milian. – Profesor Bogusław Schaeffer, którego koncert Music for MI, napisany specjalnie dla mnie, grałem w 1963 roku na Jazz Jamboree – zaproponował mi, żebym postarał się o przyjęcie do Związku Kompozytorów Polskich. Wysłałem i dostałem odpowiedź komisji: „Nie przyjmować z powodu obiegowej inwencji”. W ten sposób, pisząc swój pierwszy utwór na zamówienie Belgów, Milian postanowił pokłonić się komisji ZKP. – Dziś wiem, że kto sprawdził się w radiofoniach zachodnich, ten musiał być bardzo dobry – mówi kompozytor. – Nie pytają tam o dyplom, wiek, staż – piszesz, nuty na pulpity, zagrają i albo godziwe pieniądze, albo wstyd i nuty do zwrotu. Pisał i nagrywał z BRT Jazz Orchestra także Ptaszyn Wróblewski. Było u nas więcej chętnych do tej pracy, ale utrzymaliśmy się tylko Ptak i ja.

Circulations otworzyło też drogę Milianowi do współpracy z Conradem Drzewieckim, który po wysłuchaniu utworu stwierdził, że artysta musi koniecznie napisać balet dla Opery Poznańskiej. W ten sposób powstał „Tempus Jazz 67”, z przejmującą balladą, którą chwilę później unieśmiertelniła Ewa Wanat na płycie „Bazaar”.

Punkt trzeci: Katowice

Jesienią 1973 roku odebrałem telefon od Janusza Cegiełły, ówczesnego szefa muzycznego PRiTV. Zaproponował mi w Ka­towicach prowadzenie orkiestry radiowej o profilu rozrywkowym. Region śląski
trochę mnie przerażał – znałem Katowice z występu z Wielką Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia w audycji „Słuchamy i patrzymy”. Miasto, w porównaniu z Poznaniem, było raczej brudne i ponure. Z drugiej strony – perspektywa posiadania orkiestry, którą mogłem kształtować, jak chciałem – bardzo kusiła – wspomina Jerzy Milian.

Spojrzenie dzisiaj, z perspektywy czterdziestu lat, na początki katowickiej orkiestry prowokuje do złapania się za głowę. Nic nie było po kolei – brakowało pomieszczeń dla zespołu, stan techniczny katowickiego studia radiowego pozostawiał wiele do życzenia, a zestaw dostępnych muzyków był dla kompozytorów prawdziwym wyzwaniem. Nie miał bowiem wiele wspólnego ani z klasycznym big bandem, ani tym bardziej z orkiestrą. Jerzy Milian szybko jednak zrobił z tego główny atut zespołu.

– Przyjmując propozycję Janusza Cegiełły postawiłem jako warunek zaangażowanie wraz ze mną muzyków, z którymi pracowałem w Poznaniu – Piotra Kałużnego, braci Wojtka i Piotra Prońko oraz Jana Słodkowicza. Reszta muzyków była bardzo młoda – w ogromnej większości byli to studenci lub dyplomanci katowickiej Akademii Muzycznej. Brzmieliśmy inaczej niż inne zespoły tego typu – byliśmy bogatsi barwowo. Lider tworzący w radiu nową orkiestrę powinien unikać okazji do jej porównań z istniejącymi już kapelami. Tak więc nie mógł to być big band jazzowy, a na pewno już nie kolejna orkiestra Czernego, Debicha, czy Stefana Rachonia. Przy całym szacunku dla ich liderów – wszystkie grały podobnie. A ja robiłem swoje i wkrótce okazało się, że orkiestra
dobrze na tym wyszła. Pozyskaliśmy sobie – co szczególnie cieszyło – wielu sym­patyków wśród radiosłuchaczy, a wkrótce i tele­widzów, którzy przecież nie wiedzieli o rozmaitych wojnach podjazdowych, kompromisach, czy też nieustannej walce o instrumenty, akcesoria, czy wyposażenie studia.

Dzisiaj Jerzy Milian twierdzi, że przez cały czas istnienia orkiestry dążył do perfekcyjnego brzmienia i pod koniec działalności zespołu był bliski swojego celu. Jednak nie koherentny sound orkiestry z początku lat 90. zapisał się na stałe w pamięci słuchaczy, ale to pierwsze, nietypowe wcielenie zespołu. Wydana w 1975 roku płyta dokumentująca pierwsze miesiące działalności grupy dzisiaj jest uznawana za jedną z najważniejszych płyt z muzyką lekką i przyjemną, choć nie zawsze najłatwiejszą. Oryginalne, winylowe wydanie osiąga na aukcjach internetowych czasami astronomiczne kwoty (podobnie zresztą jak „Bazaar”), podbijane jeszcze mocniej, gdy w grę wchodzi edycja „do użytku wew­nętrznego”, z białą okładką.


Jerzy Milian i mKlaus Koch: Belin Jazz in der Kammer. 1971 fot. Otto Sill 

Wysoka cena ma jednak swoje usprawiedliwienie w bardzo różnorodnym repertuarze – jest tu miejsce i na niesamowity, mocny groove (Wśród pampasówGacek), eteryczne bossa novy (Czasem bez tercji, Szklana pryzma) oraz nieco eksperymentów (Szkic dla choreografa pióra Miliana). Te odmienne twarze orkiestry spajało unikalne, doskonałe brzmienie i zgrana grupa wokalna. Nawet jeśli wówczas mogło się wydawać, że to jedynie muzyka użytkowa o przeciętnej wartości, to z perspektywy czasu widać kunszt kompozytorów, aranżerów i wykonawców. Teraz tak solidnie zagranej i ciekawej muzyki użytkowej po prostu nie ma. I nie ma znaczenia, że z jazzem jedynie flirtowała.

– Nie była to orkiestra jazzowa – przyznaje Milian – bo nie było takiej etatowej w dziejach naszego radia i telewizji. Zaraz jednak dodaje, że w szeregach orkiestry znalazło się wielu jazzmanów – z saksofonistów Jerzy Jarosik i Henryk Senk, z perkusistów Marian Pączek-Bronikowski z krakowskiego Jazz Band Ballu, pianiści Piotr Kałużny, Michał Stygar, Henryk Krzeszowiec, puzonista Lothar Dziwoki, czy gitarzysta basowy Ryszard Machel. Tych ludzi pamiętam, bo nie sposób ich sztuki nie zapamiętać. Było też paru innych mających predyspozycje do grania jazzu, ale nie poszli tą drogą. Nie mogłem ich przekonać do tego gatunku muzyki, nie mogłem też tworzyć klanu jazzmanów w orkiestrze, której nazwa brzmiała Orkiestra Rozrywkowa PRiTV.

W Polsce dokonania katowickiej orkiestry kojarzy się głównie z występami na festiwalach, akompaniowaniu licznym popowym solistom (z Krzysztofem Krawczykiem na czele) i występach w telewizyjnych recitalach. Niewielu wie, że dokonania orkiestry Miliana były bardzo mocno doceniane poza granicami Polski. Wiele utworów było sprzedanych na targach MIDEM firmom zajmującym się tzw. library music. Produkowali bądź kupowali nagrania, które potem miały służyć za ilustracje muzyczne do filmów czy programów telewizyjnych – takie udogodnienie dla producentów z mniejszym budżetem. Nagrania katowickiej orkiestry – obok dokonań innych polskich zespołów radiowych (i wielu innych polskich artystów, nierzadko występujących pod pseudonimami) – można znaleźć m.in. na płytach firm Apollo Sound i Coloursound. To jedyne, unikatowe edycje utworów, które w Polsce przetrwały jedynie na taśmach w archiwum Polskiego Radia (choć niebawem stan ten powinien ulec na szczęście zmianie).

Punkty kolejne?

Ważnych momentów w karierze Jerzego Miliana było więcej i nie sposób je pomieścić w artykule o takiej objętości. Trzeba jednak wspomnieć, nakłaniając do dalszej lektury, o wielkim sukcesie Miliana-wibrafonisty na Festiwalu Jazzowym w Pradze w 1965 roku (vide CD „Blues For Praha”) czy kilkuletniej działalności Tria Jerzego Miliana (albumy „Bazaar” i wydany po latach koncertowy zbiór „Semiramida”). Warto także zwrócić uwagę na ostatni studyjny album Jerzego Miliana – nagrane w pojedynkę, kameralne „Milianalia”, w zgrabny sposób zbierające w jednym miejscu zamiłowanie Miliana do eksperymentów, jego wibrafonowy kunszt oraz humor, który towarzyszył mu od początków kariery – zarówno w samych kompozycjach, ich tytułach, pikantnych limerykach, jak i sztukach plastycznych.

Działalność Orkiestry Rozrywkowej PRiTV pod dyr. Jerzego Miliana dobiegła końca w 1991 roku. Wtedy rozwiązano odgórnie wszystkie cztery orkiestry o profilu rozrywkowym, pozbawiając także pracy muzyków: Andrzeja Trzaskowskiego, Henryka Debicha i Zbigniewa Górnego. Pisało o tym JAZZ FORUM, zastanawiając się nad słusznością tego ruchu. Polska wpisała się wówczas w ogólnoeuropejski trend usuwania dużych zespołów z listy płac rozgłośni radiowych. Dziś tego z pewnością szkoda.

Działalność orkiestr, poza akompaniowaniem solistom i nagraniom muzyki instrumentalnej (dziś przecież zupełnie nieobecnej – niestety – w mediach), była także prawdziwą szkołą dla niezliczonej liczby muzyków. Teraz muszą sobie radzić sami. Choć skoro do łask wracają big bandy, to może i na duże rozrywkowe składy przyjdzie czas? Póki co orkiestra reaktywuje się na 80. urodziny Jerzego Miliana, by „zagrać dla Szefa” i złożyć mu muzyką najpiękniejsze życzenia.

Michał Wilczyński





Płyta miesiąca

Jarrett - Peacock - DeJohnette

After The Fall

  • Ocena - 5
Linki
Z galerii

Leszek Możdżer

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm