Aktualności




JUSTIN HAYWARD: Spirit of the Western Sky

Paweł Urbaniec



Z brytyjskim gitarzystą i wokalistą zespołu The Moody Blues rozmawia Paweł Urbaniec

– Chciałbym zacząć od atmosfery Swindon lat 50. – czasów i miejsca, w którym się wychowałeś.. Pamiętasz jeszcze, jaka była twoja filozofia i cele artystyczne, gdy stawiałeś pierwsze kroki w biznesie muzycznym? Czy już od samego początku czułeś, że chcesz być gitarzystą i autorem piosenek?

– Po części można tak powiedzieć. Czułem, że chcę tworzyć muzykę i że gitara to coś, co kocham. Wiedziałem, że chcę być gitarzystą natomiast jeśli chodzi o śpiewanie, to w tamtym czasie nie miałem o tym pojęcia. Wszystko się zmieniło w momencie, kiedy zobaczyłem w telewizji Buddy’ego Holly’ego i odkryłem jakieś bodźce, które prawdopodobnie mogły na mnie zadziałać. Wiedziałem też, że nigdy nie mógłbym być kimś takim jak Elvis Presley czy moi prawdziwi bohaterowie – artyści pokroju Nat King Cole i inni ponieważ jestem białym chłopcem z klasy średniej ze Swindon… Natomiast Buddy Holly to było to, czego szukałem. W Swindon radziłem sobie całkiem nieźle na tyle aby jeszcze w czasach szkolnych dostać wzmacniacz Vox i fajną gitarę. Moi rodzice byli nauczycielami o nowoczesnym podejściu i sposobie myślenia. Byli bardzo postępowi, co ułatwiało mi bardzo realizację moich pasji i zapędów artystycznych…

– I jak zgaduję, wspierali cię bardzo w twoich dążeniach…

– Tak. Byli inni niż typowi rodzice w tamtych czasach. Zachęcali mnie, a także mojego brata i siostrę abyśmy robili to co chcemy robić w życiu. Naprawdę mnie wspierali. A ja bardzo chciałem zostać muzykiem. Moi rodzice nie mieli nic przeciwko, chcieli tylko abym ukończył szkołę. I tak zrobiłem, a ponieważ moi rodzice byli nauczycielami, byli w stanie mi to nieco ułatwić i doradzić jak zdawać takie egzaminy. Może za wiele się w szkole nie nauczyłem, ale podchodziłem do tematów na zasadzie takiej, że gdy nie znasz odpowiedzi, po prostu mówisz to co wiesz. W każdym razie, nie było to trudne. W pewnym momencie grupa  coverowa, z którą byłem związany w tamtym okresie dostała ofertę wyjazdu do Niemiec i koncertowania tam przez cały rok. Ponieważ nie było to coś co chciałem robić, więc opuściłem tamten zespół i dostałem robotę u ówczesnej gwiazdy popu i rockabilly – Marty’ego Wilde. To właśnie on doradził mi abym zaczął pisać swój własny materiał. Mówił, że to jedyny sposób aby przetrwać w tym biznesie.

– Jak mocno zachęcał Cię do działania?

– Powiedział mi, żebym nie wahał się tworzyć a z czasem rozwinął swój własny styl bo w przeciwnym razie w perspektywie wieloletniej nikt nie będzie mnie słuchał. Wtedy zacząłem tworzyć własne utwory. A po otrzymaniu kontraktu na bazie mojego pierwszego demo zacząłem myśleć również o śpiewaniu.

– Z czasem zacząłeś postrzegać siebie bardziej jako gitarzystę, autora piosenek czy wokalistę?

– W moim odczuciu tak naprawdę to nigdy nie byłem szczególnie dobry w każdej z tych opcji. Myślę, że wówczas moim celem było po prostu tworzenie własnych piosenek i dążenie, aby przekonać do nich słuchaczy.

– Jakie to uczucie być ważną częścią sceny muzycznej lat 60. i 70.? Czy pamiętasz wiele z tamtych czasów, czy może wszystko to  dziś jedynie krótkie sceny z pamięci przez które przeskakujesz raczej szybko?

– To było wspaniałe uczucie, aczkolwiek nie pamiętam za wiele bo sprawy toczyły się wówczas w zawrotnym tempie. Jest jednak sporo zdjęć i filmów z tamtych czasów stąd wiem, że tam byłem. Pamiętam natomiast, że kiedy dzięki Marty’emu przybyłem po raz pierwszy do Londynu świat muzyczny wydawał mi się naprawdę mały. Oczywiście w tym czasie The Beatles byli już liderami ale i tak patrząc od strony zjawiska kulturowego było to środowisko niewielkich rozmiarów, towarzystwo gdzie nie musiałeś być nikomu przedstawiany, ludzie się po prostu znali. Było tam może jakieś dwieście – trzysta osób w tym muzycy, managerowie, technicy i oczywiście ich partnerki. Większość muzyków było wspierana przez swoje dziewczyny, które pracowały w klubach i tak to się wówczas toczyło.

– Z czasem jednak zdobyłeś należne ci uznanie w branży i wiele prestiżowych nagród. Doceniono Twoje umiejętności i wkład w komponowanie utworów, które dziś stanowią istotny fundament w historii rocka. Co według Ciebie składa się na dobrą piosenkę? Czy masz jakiś klucz, unikatowy proces tworzenia? A może wszystkie utwory powstają w sposób całkowicie naturalny?

– Ja mogę tworzyć tak naprawdę tylko to pod kątem czegoś, co mnie interesuje. Tak jak powiedział Picasso, inspiracja musi zastać cię przy pracy. Może nie jestem facetem, który budzi się rano z jakimś pomysłem i robi z tego notatki czy coś podobnego, ale muszę narzucić sobie pewną dyscyplinę, usiąść i pograć na gitarze, dopiero wtedy jestem w stanie stworzyć coś sensownego.



Czy po tylu latach jest jeszcze coś do odkrycia gdy pracujesz nad muzyką, grasz na gitarze albo śpiewasz?

– To jest jak posiadanie w domu własnej oazy, coś na wzór pokoju, gdzie nikt inny poza tobą nie może do niego wejść. Czasami nawet moja żona i reszta rodziny uważają to za niepokojące. I nawet jeśli nie zadają mi pytań, to wiem, że czasami zastanawiają się nad znaczeniem pewnych piosenek. Oni nie wiedzą do końca, skąd się to wzięło i o czym traktuje, bo utwór muzyczny jest niczym magiczna przestrzeń do której się udajesz. Bez regularnego pisania piosenek moje życie byłoby puste, nie byłbym kompletną osobą. W pewnym sensie jest to nieco smutne – podziwiam bowiem wielu ludzi z bogatymi osobowościami, które tego robić nie muszą. Ale ja tego po prostu potrzebuję. Tak, masz rację. Myślę, że każdorazowo jest w tym wciąż sporo do odkrycia.

– To również coś, co da się odczuć słuchając twojego ostatniego albumu – „Spirits Of The Western Sky”. W mojej opinii to bardzo osobista płyta, bardziej osobista niż twoje pozostałe.

– To prawda. Moje wczesne płyty były w swojej wymowie bardziej czymś w stylu społecznego komentarza. Ta ostatnia z kolei traktuje o personalnych przeżyciach i sprawach bardziej emocjonalnych.

– Dlaczego tym razem ta właśnie tematyka okazała się dla Ciebie ważniejsza niż inne inspiracje?

–  Ponieważ zdałem sobie sprawę jak ważne są dla mnie sytuacje i ludzie których znam i kocham. Mężczyźni i kobiety. Na  „Spirits Of The Western Sky” nie chodzi tylko o romantyczną miłość, ale również o przyjaźń. Zdałem sobie sprawę jak cenne są te relacje. Z pewnością dotyczy to również większości z nas. Chcemy być blisko takich osób tak długo jak tylko możemy. Więc pomyślałem że to już czas, aby wyrazić coś o tych osobach co sprawi że będą o tym pamiętać. Ja dokładnie wiem o kim mówię w każdej z tych piosenek. Wszystkie te utwory to również wyraz mojej osobowości. Zawsze starałem się nie być częścią jakiejś mody czy trendu.

– To prawda, jednakże przez te wszystkie lata, odkąd zacząłeś tworzyć muzykę aż do tej chwili obecnej próbowałeś wielu różnorodnych stylistyk. Na twoim koncie jest mnóstwo utworów rockowych i progresywnych, są aranżacje symfonicznych czy niemal klasyczne, są też klimaty w stylu muzyki pop. Jak dużym wyzwaniem jest znaleźć tą idealną równowagę i zebrać razem tak różne inspiracje,  czasami w jednym utworze? To wszystko są ciekawe kombinacje, częstokroć unikatowe.

–  To prawda. Choć przyznam, że czasami różnie mi to wychodziło. Mieliśmy szczęście, a raczej ja zawsze miałem to szczęście do wytwórni płytowych, że mogłem pracować w myśl zasady: „Ty rób co chcesz, a my to wydamy”. Jedynie w The Moody Blues okresu lat osiemdziesiątych był taki moment, kiedy po sukcesie komercyjnym  „Your Wildest Dreams” mówiono nam, że to jest właśnie to czego nam trzeba i musimy tworzyć w tym właśnie stylu. Chyba niemal każdy muzyk chce stworzyć wielki hit więc oczywiście i ja byłem dumny z tych osiągnięć. Myślę, że z wyjątkiem tego krótkiego okresu Polygram nigdy nas do niczego nie zmuszał. Nawet jeśli wytwórnie płytowe z oczywistych powodów finansowych ekscytowały się sukcesem singli to przez całą resztę mojej kariery powiązanej z Polygram, Decca czy Eagle Rock miałem pełną swobodę robienia tego, co chcę. Łączenie stylistyk nie stanowi dla mnie wyzwania ale  uważam, że z tego powodu po części stworzyliśmy z The Moody Blues kawałki, które czasami nie były zbyt dobre. To nie do końca zadziałało. Jest wiele utworów, które bym po prostu pominął.

– To ciekawe, co powiedziałeś w kontekście pełnej swobody współpracy z wytwórniami płytowymi. Swojego czasu w złotym okresie The Moody Blues przykładaliście ogromną rolę do grafiki przez co mieliście bardzo drogie okładki albumów. To musiało wiele kosztować bossów wytwórni...

– No cóż, kazali nam za to zapłacić. Ale nie, to nie kosztowało ich aż tak dużo. Powiedzieli nam, że możemy mieć co i jak chcemy, ale będzie to kosztowało jeden szyling więcej za każdą okładkę przez co dostaniemy nieco mniejsze wynagrodzenie. Na szczęście po założeniu Treshold Records mogliśmy już w pełni kontrolować nasze publikacje i decydować co i jak wydajemy.

– Miałeś wiele wzlotów i upadków w swojej  długiej historii z The Moody Blues, ale niezależnie od tego dwaj legendarni członkowie zespołu – Graeme Edge i John Lodge wciąż występują z Tobą na scenie. Macie razem niesamowitą chemię. Co jest źródłem takiej wzajemnej zgodności i fascynacji w waszych występach na żywo po tak wielu latach spędzonych na scenie? Jest wielu legendarnych muzyków, którzy nie są w stanie przywrócić dziś magii w swoich występach.

–  Dziękuję. W sumie to nie wiem, z czego to wynika i jak długo to potrwa… ale zbliżamy się chyba ku końcowi. Anglicy mają powiedzenie, że duch wprawdzie ochoczy ale ciało słabe. Ja jestem tak naprawdę najmłodszy w zespole, a mam 72 lata. Przychodzi czas, kiedy pewne rzeczy nie są już na miejscu, a ich dalsze robienie staje się groteskowe. Czuję, że zbliżamy się gdzieś do końca, ale kluczem będzie tu zdrowie i dyspozycja Graema Edge. Nawet jeśli nigdy nie był on jakoś szczególnie widoczny jako perkusista, to jest głosem tego zespołu, a jego rozsądek, decyzje, porady i wsparcia są absolutnie nieocenione. Tak długo jak on tam jest, ja również zostanę.



– Rozmawiamy przy okazji Twojego solowego koncertu trasy „The Wind Of Heaven” w Hamburgu. Czy tworząc i koncertując jako artysta solowy to inny rodzaj presji, niż ma to miejsce w zespole-instytucji pokroju The Moody Blues?

– Nie sądzę. Mam to szczęście, że przez te wszystkie lata koncertowania byłem w stanie nawiązać wiele znajomości z ludźmi w branży. Byłem dla nich miły i użyteczny, dzięki czemu wszyscy zarobiliśmy też sporo pieniędzy. Więc jestem teraz szczęściarzem, że mam możliwość robienia tego co chcę. Nie widzę w tym różnić i jakiejś szczególnej presji. Akustyczny charakter obecnej trasy „The Wind Of Heaven”  to jest to, co zawsze chciałem robić odkąd zobaczyłem Tima Hardina na jego koncercie w Londynie – był tylko on, gitarzysta akustyczny i basista. Pomyślałem wtedy, że to brzmi intymnie i nad wyraz pięknie. Potem widziałem też Simon & Garfunkel w Londynie w późnych latach 60. . Było ich tylko dwóch i było to wciąż magiczne. Taka formuła mnie zawsze intrygowała a teraz sam mam możliwość stworzenia czegoś w podobnym charakterze.

– Czy jest jakieś największe osiągnięcie w twojej karierze czy wolisz raczej nie myśleć o sobie w tych kategoriach?

–  To ciekawe i poniekąd dość dziwne, ponieważ w The Moody Blues nigdy nie byliśmy celebrytami i osobami szczególnie rozpoznawalnymi na ulicy. Może z wyjątkiem lat osiemdziesiątych, kiedy przez jakiś czas ludzie mówili „O! ty jesteś tym facetem z The Moody Blues!”  Coś w tym typie. Ale był kiedyś taki dzień, kiedy graliśmy w Madison Square Garden dwa razy w tym samym dniu. Nikt nie wiedział, kim jesteśmy, znali tylko naszą muzykę. I wtedy pomiędzy tymi dwoma występami jednego wieczoru dostaliśmy nagrodę „Golden Tickt”, ponieważ nikt inny nie sprzedał tyle biletów na dwa występy w jeden dzień. Ja i Ray Thomas wyszliśmy wtedy na ulicę i zobaczyliśmy wszędzie nasze zdjęcia i nazwiska, które były wielkie na piętnaście stóp. I powiedzieliśmy wtedy do siebie, że może daliśmy radę... To był chyba ten moment. Wcześniej nigdy o tym nie myśleliśmy, bo na samym początku to my kupowaliśmy po parę biletów na własne koncerty i po prostu je rozdawaliśmy, a ludzie nie wiedzieli, kim jesteśmy. Dopiero gdy już byliśmy na scenie nagle orientowali się, że to my im je daliśmy! Ciekawe doświadczenie w kontekście tego, co nastąpiło już kilka lat później.

Rozmawiał: Paweł Urbaniec





  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm