Aktualności

Artykuł opublikowany w JAZZ FORUM 4-5/2020




Lolek i jazz

Marcel Woźniak



Tyrmand i jazz to synonimy – pisze w najnowszym numerze Jazz Forum autor biografii Tyrmanda Marcel Wożniak.

Tyrmand i jazz – to synonimy. Autor „Złego” zapisał się w historii gatunku na stałe jako animator i mentor dla całego pokolenia muzyków. Ale skąd jazz Tyrmanda? Przeczesywanie biografii pisarza to zawsze podróż pełna zwrotów akcji. Tyrmand kochał swoje życie i kochał to życie opisywać, dlatego w jego licznych felietonach, zapiskach i powieściach pełno odniesień do własnej biografii. Dzięki temu możemy próbować według danego klucza Tyrmanda odczytać. A tu tym kluczem jest jazz.

W słynnej książce „U brzegów jazzu” Lolek przywołuje wspomnienia, gdy w latach 20. jako kilkuletni podlotek snuł się po Warszawie za dużo starszym sąsiadem, Wackiem, a ten na harmonijce ustnej wygrywał znane mieszkańcom stolicy melodie. Wydane w 1970 roku w USA „Zapiski dyletanta” przynoszą reminiscencje związane z Paryżem: snując się po stolicy Francji Tyrmand wspomina sklepy płytowe i kabiny z odsłuchem, z których korzystał w 1938 roku, gdy studiował architekturę wnętrz. A przede wszystkim wraca myślami do paryskiego koncertu Duke’a Ellingtona.

Jeden z zapisków „Dziennika 1954” przywołuje koncert Adiego Rosnera we Lwowie jesienią 1939. Wspomnienia Franciszka Walickiego przenoszą nas do Wilna roku 1940, kawiarni „U Dormana” i zespołu Lowki Ilgowskiego. Powieść „Filip” to jazz słyszany we Frankfurcie nad Menem w roku 1943, słyszany nawet w niecodziennych okolicznoś­ciach: z niemieckim żołnierzem, puszczającym z patefonu na łódce Benny’ego Goodmana. W „U brzegów jazzu” Tyrmand opisuje, że gdy w 1945 roku usłyszał w Oslo St. James Infirmary, melodia natychmiast przywołała mu nuty Czarnej Mańki i innych ballad. I pojmie, że jest w ulicznej sztuce element magiczny, wspólny z muzyką znad Missisipi.

Jeden z pierwszych tekstów Tyrmanda w powojennej Polsce to „Co to jest jazz”, opublikowany na łamach „Ruchu Muzycznego”.  To wtedy, w drugiej połowie lat 40. Tyrmand proponuje warszawiakom jam session i pogadanki o muzyce w sali budynku YMCA, stając się ambasadorem nowego w Polsce ruchu. Bo z wojennych podróży Lolek przywozi do Polski bezcenne doświadczenia audiofilskie, słynne skarpetki i niezmienne dla niego wolnościowe dążenia: jazz, mówi, jest wolnością. Resztę historii doskonale znamy: koncerty, jak Studio 48, okres katakumbowy, a potem odwilż, Jam Session nr 1, Studio 55, pierwsze dwa festiwale sopockie. W książce „Obywatel jazz”Jerzego Rad­lińskiego tłumaczy, że kiedyś jazz o coś walczył i był „ruchem”. Przyznaje, że wielkim osiągnięciem jest polski jazz w filmie. Jedna z pierwszych notatek z USA, gdzie zjawia  się w 1966 roku, jest spisana po polsku i angielsku: „z Europą i Ameryką is like with modern jazz and dixieland”.

W USA dociera do Willisa Conovera i Gunthera Schullera. Pierwszy jest legendą jazzowych audycji w Głosie Ameryki, drugi – kompozytorem muzyki do filmu ze scenariuszem Tyrmanda – „Na­praw­­dę wczoraj”. Ścieżka dźwiękowa wygrywa nagrodę za muzykę na San Francisco Film Festival w 1964 roku. W publicystyce amerykańskiej do lat 80. stale używa metafory jazzu. Symboliczny finał przygody z jazzem, to ostatni wywiad, udzielony w 1985 roku Pawłowi Brodowskiemu (do przeczytania w tym numerze). Wspomina w nim m.in. kolegów, z którymi słuchał jazzu na basenie Legii. To wtedy na dźwięk trąbki jego oczy zapaliły się na biało po raz pierwszy.

Marcel Woźniak

Powieściopisarz, autor wydanej w 2016 i wznowionej w tym roku „Biografii Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka jak moje życie”. Jego nowa książka poświęcona Lolkowi ukaże się jesienią 2020.





  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm