Aktualności
Ayọ
fot. Artur Rawicz



PIĘKNY KONCERT AYỌ

Agnieszka Antoniewska



Joy Olasunmibo Ogunmakin, znana wszystkim jako Ayọ, odwiedziła w lutym trzy polskie miasta. Trasę Ayọ w Polsce zorganizowała agencja Good Music Productions. Koncerty odbyły się 17 lutego w Warszawie, 18 lutego w Zabrzu i 19 lutego w Poznaniu.

Nieczęsto widzi się Salę Kongresową wypełnioną do ostatniego miejsca. Kto by pomyślał, że artystka, która debiutowała trzy lata temu, przyciągnie takie tłumy. Ostatnio wielbiciele tej wokalistki słuchali jej na żywo w 2007 roku, gdy promowała swój debiutancki krążek „Joyful”
(poza szczęściarzami, którzy dostali się na koncert w Trójce 18 listopada ubiegłego roku), a skoro jest nowy album, jest i powód do kolejnego spotkania. Nie dziwi mnie więc, że zaczęliśmy się wiercić, gdy w dniu koncertu opóźnienie wydłużało się z minuty na minutę, a my musieliśmy długo i cierpliwie czekać. Gdy o 21:00 wyłoniła się z mroku kulis ta cudnej urody dziewczyna z gitarą, w kolorowej sukience, dżinsach, włosach gładko zaczesanych w koczek, wyglądała jak nastolatka.

Koncert rozpoczęła… uśmiechem – znakiem rozpoznawczym, goszczącym na jej ustach podczas wszystkich 13 piosenek tego wieczoru. Z uwagi na szalejącą na zewnątrz śnieżycę, Ayọ postawiła sobie za cel rozgrzać publiczność i swój plan zrealizowała już przy trzecim utworze koncertu, Get Out of My Way z albumu „Gravity At Last”, który wykonała jeszcze bardziej wyraziście niż na nagraniu studyjnym. Zaskoczeniem była swobodna improwizacja muzyków (Sherrod Barnes - g, Al Carty - b, Raymond Angry - keys, Jermaine Parrish - dr), zrodzona na poczekaniu z przeboju Slow Slow (Run Run), kiedy to Ayọ zaprosiła nas wszystkich w podróż do landu jej ojca. Choć pewnie nigdy nie zrozumiemy, co znaczy dla niej Afryka, po wysłuchaniu tego utworu możemy być pewni, że jest jej miejscem na ziemi. Poczułam wtedy, jak kojący, przytłumiony głos Ayọ pomaga mi się odprężyć, jak ustępuje moje napięcie w ciągu zaledwie kilku minut. Dawno czegoś podobnego nie doświadczyłam! Ożywiłam się już za chwilę przy Down on My Knees. Największy jak dotąd przebój artystki, przyniósł chyba publiczności najwięcej radości. Koncert zakończyły kilkuminutowe brawa, za które Ayọ dopieściła publiczność dwoma bisami – nostalgicznym Better Days i energicznym Lonely.

Zrozumiałam, że Ayọ to artystka jedyna w swoim rodzaju. Ale nie ze względu na afrykańsko-romskie pochodzenie (z domieszką polskiego!), a pewną bezpretensjonalność i wdzięk, którymi podbija świat. Jest barwnym ptakiem soulowej sceny muzycznej. Inspiracje czerpie z własnego, trudnego życia, o którym opowiada prostymi słowami, ale dzięki dojrzałości, która przez nie przebija, nie brzmią banalnie.

Chcąc pozostać szczerą, przyznam, że nie wiedziałam, jak zmieścić wszystkie emocje, które towarzyszyły mi przez te dwie godziny, w ułomne słowa. Na zakończenie napiszę więc po prostu – koncert był piękny.

Agnieszka Antoniewska

 




  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm