Coda

Brian Wilson

Daniel Wyszogrodzki


Współzałożyciel i lider zespołu The Beach Boys zmarł 11 czerwca 2025 w Beverly Hills w Kalifornii.

Geniusz. Wątpliwości co do tego faktu nie mają muzycy, a także uczestnicy ankiety magazynu „Rolling Stone” (kontrowersje tego rankingu zostawmy na boku), w którym album „Pet Sounds” grupy The Beach Boys zakwalifikowano na drugim miejscu płyt wszech czasów – pomiędzy „What’s Going On” Marvina Gaye’a i „River” Joni Mitchell.

Brian Wilson, który urodził się 20 czerwca 1942 roku w Inglewood w Kalifornii, był współzałożycielem i liderem zespołu, ale także jego sercem i mózgiem – twórcą stylu, architektem brzmienia, autorem repertuaru. A tylko na początku były to piosenki o słońcu, dziewczynach w bikini i samochodach. Brian Wilson szybko się rozwijał, a grupa ewoluowała wraz z nim. Miał 24 lata, kiedy powstała płyta „Pet Sounds” (1964), a to na niej znalazła się piosenka God Only Knows, uważana za jeden z najpiękniejszych utworów wszech czasów. I nazywana „amerykańskim Yesterday”, zwłaszcza od czasu, kiedy zachwycony utworem Paul McCartney wyraził żal, że to nie on go skomponował.

Byłoby śmiesznym uznać, że nazwa zespołu zawiera klątwę, z pewnością jednak kryje obietnicę. The Beach Boys to nazwa dobra dla boys bandu na jedno lato, może dwa. A zespół szybko przerósł wizerunek chłopców z deskami surfingowymi, jaki z uporem zamieszczano na okładkach wczesnych płyt. Nota bene tylko najmłodszy z braci, Dennis Wilson, surfował, Brian był kompletnie asportowy. Był ponad tym i poza tym, wkrótce zaczęło dotyczyć to również zespołu. Po fenomenalnym sukcesie albumu „Pet Sounds”, intensywnie pracowano nad sequelem, kontynuacją, a grupa miała wówczas potencjał, aby pójść jeszcze dalej – w muzyce, w nieposkromionej fantazji aranżacji wokalnych i orkiestracji. Brian Wilson nauczył się używać studia nagraniowego jako instrumentu i alienował się od zespołu, który w jego wyobraźni również stał się mechanizmem, którym kierował.

Cała ta moc skupiła się na jednym nagraniu, Good Vibrations – być może najdroższym nagraniu w historii (budżet wyniósł 50 000 dolarów w 1966 roku, dziś byłyby to miliony, a mówimy o trzech minutach). Ten wielki przebój miał stanowić centralny punkt płyty „Smile”, ale prace nad nią odrzucono, jako że perfekcjonizm Briana Wilsona w praktyce stał się przeszkodą w ukończeniu albumu. Zamiast tego powstał nagrany w pośpiechu album „Smiley Smile” (1967). Rozmach i wizję oryginalnej koncepcji możemy w części podziwiać dziś w dwóch mocno spóźnionych edycjach: „Brian Wilson Presents Smile” (2004) oraz The Beach Boys „The Smile Sessions” (2011). Perfekcjonista Brian Wilson musiał wrócić do porzuconego materiału i nagrać go po swojemu od początku na nowo.

W powszechnej opinii, potwierdzanej zresztą przez Beatlesów, bez „Pet Sounds” oraz Good Vibrations nie byłoby „Sierżanta Pieprza”. The Beach Boys podnieśli poprzeczkę do poziomu, który dla ich lidera stał się źródłem paraliżującego stresu. Zdiagnozowano u niego zaburzenia schizoaktywne, dzisiaj powiedzielibyśmy, że cierpiał na chorobę afektywną dwubiegunową – jego życie artystyczne, ale także osobiste, znaczone było przez kolejne fazy wzlotów i upadków. Podobnej sinusoidzie zaczął podlegać udział Briana Wilsona w pracach The Beach Boys – z nim i bez niego zespół nagrał trzydzieści płyt studyjnych i wydał kilka koncertowych. To był soundtrack Ameryki tamtych lat.

Raz jeden widziałem The Beach Boys na żywo – w New Jersey w 1983 roku. Świetny koncert rozszerzonego składu, był zarazem ostatnią trasą Dennisa Wilsona, perkusisty, który w grudniu tego roku utonął w wodach Pacyfiku. Niestety zabrakło Briana Wilsona. Nagrodą pocieszenia był gościnny udział Billy’ego Joela, który podjechał z Manhattanu, aby wystąpić z kalifornijskimi kolegami w kilku przebojach. Oczywiście tych starych…

Dzień po śmierci Briana Wilsona wymowne pożegnanie opublikował inny artysta, który od dekad tworzy nowy soundtrack Ameryki – Bruce Springsteen. „Brian Wilson był najbardziej odkrywczym głosem w całej muzyce pop, a jego zmysł do tworzenia harmonii wokalnych pochodził nie z tego świata. Był też wizjonerskim liderem najlepszego zespołu w Ameryce, The Beach Boys. Gdyby nie było The Beach Boys, nie byłoby Racing in the Street. Posłuchajcie Summer’s Gone z ostatniej płyty Beach Boysów ‘That’s Why God Made The Radio’ i płaczcie. Żegnaj, Maestro. Tutaj na E Street wszyscy cię kochamy i wszyscy pozostajemy twoimi dłużnikami”. Tyle od Bossa, ale Briana Wilsona żegnał cały muzyczny świat: Paul McCartney, Elton John, Bob Dylan.

Nie miałem ostatniej płyty The Beach Boys, mam wiele wcześniejszych. Natychmiast ją kupiłem i zagrałem Summer’s Gone w Radiu 357. Uroniłem łezkę, bo to kolejne małe cudo – ile takich perełek napisał i zaśpiewał Brian Wilson? A może właśnie nadszedł czas, by posłuchać owej fascynującej dyskografii od nowa, dokonać własnych odkryć, doznać nieoczekiwanych olśnień? I powiedzieć z przekonaniem: tak, Brian to geniusz.

Zmarł 11 czerwca 2025 w Beverly Hills w Kalifornii. Miał 82 lata. 



Zobacz również

Theo Jörgensmann

Niemiecki wirtuoz klarnetu zmarł 6 października 2025 w Brüel w wieku 77 lat. Więcej >>>

Jim McNeely

Amerykański kompozytor, aranżer, bandleader, pianista, zmarł 26 września 2025 w Nowym Jorku.  Więcej >>>

Hermeto Pascoal

Legendarny brazylijski kompozytor, multiinstrumentalista zmarł 13 września 2025 roku w Rio de Janeiro. Więcej >>>

Klaus Doldinger

 Niemiecki klarnecista, saksofonista, kompozytor i bandleader zmarł 16 października 2025 roku. Więcej >>>

  MKIDN stoart       stoart       stoart     psj      ejm   
Dokument bez tytułu