Legendarny i kontrowersyjny kontrabasista zmarł w Bremie 8 czerwca 2026 roku.
Pogrzeb odbył się na Cmentarzu Oliwskim w Gdańsku 26 czerwca, poprzedzony mszą w pobliskim kościele św. Jakuba. Muzyczną oprawę w stylu barokowym zapewnił kwartet smyczkowy, ale już po zakończeniu mszy do organów zasiadł Józef Skrzek, by z udziałem Wojtka Staroniewicza (ss) złożyć hołd przyjacielowi improwizując Requiem dla Helmuta.
Wspominało Helmuta Nadolskiego wiele osób, które znalazły się na jego drodze artystycznej w ciągu dziesiątek lat. Gdy słuchałem tych wspomnień, po kolei otwierały się półprzymknięte bramy pamięci, a było ich coraz więcej i więcej, jako że poznałem Helmuta, gdy jeszcze byłem licealistą, a później doświadczałem jego różnorakich wizji w czasach, gdy był częścią Jazzowiska Trójmiasta.
Helmut, owszem, był kontrabasistą, ale przede wszystkim był performerem, potem wizjonerem (choć w tym wypadku kolejność można uznać za dyskusyjną), filozofem sztuki otwierającym nowe pola dyskursu. Waham się wobec tego, czy można w stosunku do niego użyć określenia „jazzman”, choć oczywiście, zwłaszcza w młodzieńczym okresie, za takiego mógł uchodzić. Potrafił z kolegami zagrać w jazzowym standardzie, ale nawet wtedy wydawało się, że formuła improwizacji wyznaczona przez harmonię i konwencję rytmiczną była dla Helmuta rodzajem zewnętrznego ucisku. Porzucając rygory jazzowego idiomu, już w latach 60. XX wieku Helmut Nadolski stał się prekursorem nieskrępowanej improwizacji, bynajmniej nie ograniczonej do samej muzyki, bo włączającej do dzieła inne dziedziny sztuki: poezję, teatr, film, performance.
Pamiętam pewne wydarzenie z roku 1964. Polska Federacja Jazzowa zaprosiła do Warszawy na dwutygodniowy kurs (dziś określa się to mianem warsztatów) młodych muzyków z całej Polski. Z Gdańska pojechała trójka: pianista Wiesław Skuba, ja jako początkujący pianista i Helmut. Mieszkaliśmy w schronisku młodzieżowym przy Krakowskim Przedmieściu. Poznałem na kursie kilku niewiele starszych ode mnie muzyków zakochanych w dixielandzie i jeden z nich zaprosił mnie, bym zagrał z jego zespołem w studenckim klubie. Zapytał też, czy może znam jakiegoś basistę, bo potrzebne zastępstwo. Pochwaliłem się, że w gdańskiej ekipie jest starszy kolega, wówczas już muzyk renomowany – Helmut Nadolski. Potem razem z Helmutem nieśliśmy jego kontrabas przez pół Warszawy, odbyliśmy krótką próbę, grając All of Me, Some of These Days i kilka innych utworów. Zanim zaczęliśmy „job”, Helmut wyciągnął z kieszeni przygotowaną wcześniej kredę i wyrysował na kontrabasowym gryfie „progi”, nie sprawdzając zresztą, czy prawidłowo oznaczają wysokość dźwięków. Byłem w swej naiwności przerażony, cóż sobie moi warszawscy koledzy pomyślą…
Odzyskałem humor, gdy zaczęliśmy grać, a Helmut dawał sobie radę z odczytywaniem funkcji utworów, jakie nam podsuwali co parę minut koledzy dixielandersi. Wstydziłem się zapytać Helmuta, gdy zainkasowaliśmy swoje 150 złotych każdy i znów taszczyliśmy kontrabas przez pół Warszawy – dlaczego tak zbulwersował nas, rysując na gryfie instrumentu owe „progi”. Dopiero po latach zrozumiałem, że byłem świadkiem jednego z pierwszych występów Helmuta jako performera. Nie wstydził się z dixielandersami grać tradycyjne kawałki, bo umiał, a awangardziści tak jak inni – potrzebują pieniędzy. Wyrysowane kredą kreski były natomiast symbolem ograniczeń, które należało przynajmniej zasygnalizować, skoro nie można było ich uniknąć.
Nie można jednak zapomnieć, że Helmut, kontestujący jazz w latach swoich twórczych poszukiwań, pobrał mocną jego dawkę w młodości. Znajdujemy jego nazwisko na liście członków założycieli gdańskiego jazz-klubu Alikwoty w roku 1958, gdy miał lat szesnaście. Już w wieku dziecięcym objawiał zdolność do interpretacji różnorakiej muzyki. W sopockiej szkole muzycznej rozpoczął naukę na klarnecie, nim przeniesiono go do klasy kontrabasu.
Początek lat 60. w Trójmieście to był okres znaczącego twórczego fermentu, odbijającego w lokalnym środowisku tendencje i przemiany stylistyczne światowego jazzu. Latem do klubu Żak przyjeżdżali grać na tarasie muzycy warszawscy (np. Namysłowski, Urbaniak, Stanczew), tworząc swingowo-mainstreamowe składy z miejscowymi, wśród których był również Helmut. W połowie lat 60. nie było jam session, na którym zabrakłoby Helmuta, który właśnie wtedy formował się jako performer i basista niepokorny. Jeszcze potwierdził swoją przynależność do ekstraklasy jazzowej, grając w Kwintecie Alka Musiała, albo wraz z zespołem Jazz Players odbierając III nagrodę na festiwalu Jazz nad Odrą ’65, by rok później rozpocząć konsekwentną budowę image’u proroka awangardy. W 1966 na Jazzie nad Odrą znalazł się w składzie Tria Andrzeja Przybielskiego. Rok później na tym samym festiwalu zagrał w składzie grupy Jerzego Lisewskiego.
Pierwszy sygnał o przejściu Helmuta do obozu awangardy to wydana po JJ ’69 płyta „New Faces In Polish Jazz”, gdzie w towarzystwie Andrzeja Przybielskiego (tp), Janusza Trzcińskiego (dr) i Jacka Bednarka (b) gra w utworze Żebrówka II . W Trójmieście było jednak za mało miejsca na awangardowe granie Helmuta, więc ten wybrał się w r. 1971 do Warszawy, gdzie nawiązał wieloletnią współpracę z Andrzejem Bieżanem (p) i Władysławem Jagiełłą (dr). Ten skład od 1972 roku występował jako Sesja 72, Sesja 73 itd. Zmiana orientacji była oczywista – trio zadebiutowało bowiem na Warszawskiej Jesieni. Nadolski nawiązał też współpracę z Janem Fryderykiem Dobrowolskim. Już w r. 1973 teatr Stara Prochownia wystawił przygotowane przez Sesję misterium „Cztery dialogi z sumieniem”.
To prowadzi nas w stronę współpracy Nadolskiego ze środowiskiem teatralnym i filmowym. Teatralizacja muzyki – to skrótowe hasło określa kolejne występy Sesji. Np. na Jazz Jamboree ’73 grupa wystąpiła wzmocniona o aktorski i wokalny udział Igi Cembrzyńskiej. Efektem tej współpracy stał się LP „Four Dialogues With Conscience”.
Nie mogło więc zabraknąć Helmuta Nadolskiego już na początku lat 80. w spektaklu Teatru Instrumentalnego „Proces” (opartego na powieści Kafki), prowadzonego przez Ryszarda Gwalberta Miśka przy Teatrze Muzycznym w Gdyni. Role mimiczne uczestników splecione były z rolami instrumentalistów – tym samym stawali się oni „muzytorami”.
Efektem popularności Nadolskiego w środowisku mediów wizualnych był w roku 1977 45-minutowy film jemu poświęcony, emitowany w telewizji belgijskiej. Reżyser Witold Leszczyński nakręcił zaś w r. 1977 „Rekolekcje” ze scenariuszem i muzyką Nadolskiego.
Mniej znanym fragmentem działalności Nadolskiego jest jego udział w r. 1971 w zespole Władysława Jagiełły, który tworzyli lider (dr), Nadolski (b), Stanisław Cieślak (tb), Tomasz Szukalski (ts). Skład zespołu nie był stabilny, a najbardziej nietypowym zestawem (dwa kontrabasy!) był taki: Nadolski i Bronisław Suchanek (b) plus Cieślak.
Osobnym rozdziałem drogi artystycznej Nadolskiego była współpraca z Grupą Niemen (Czesław Niemen, Józef Skrzek, Apostolis Anthimos, Jerzy Piotrowski), z którą w styczniu 1972 roku odbył trasę po Niemczech z zespołem Jacka Bruce’a i nagrał w Monachium wydany przez CBS album „Strange Is This World”. Owocem tej kolaboracji były też dwie polskie płyty (z udziałem trębacza Andrzeja Przybielskiego): „Niemen vol.1” i Niemen vol. 2”. Pierwszą z nich otwierało Requiem dla Van Gogha, które w całości skomponował Nadolski. Apogeum tego okresu był występ na koncercie „Jazz + Rock Now” z okazji Olimpiady w Monachium, na którym zespół Czesława Niemena dzielił scenę z Sekstetem Charlesa Mingusa i Mahavishnu Orchestra Johna McLaughlina!
W roku 1975 ukazał się nagrany przez Nadolskiego pod własnym nazwiskiem LP „Medytacje”, płyta w dużym stopniu definiującą multimedialne poszukiwania Nadolskiego na drodze synkretyzmu sztuk. Towarzyszyli Helmutowi Andrzej Nowak (organy kościelne), Czesław Niemen (Moog) i Olgierd Łukaszewicz (recytacja).
Kolejny etap działalności artystycznej Nadolskiego to współpraca w latach 80. z Czesławem Adamowiczem, obsługującym syntezatory. Rozpoczęła się w roku 1976, gdy do duetu Nadolski-Bieżan dołączył Adamowicz. Po śmierci Bieżana pozostał duet, który dawał koncerty głównie w kościołach i klubach, na bazie duetu powstała też okazjonalna Super Grupa Bez Fałszywej Skromności.
W roku 1983 na fali pozorowanej „odwilży” po stanie wojennym Adamowiczowi odblokowano paszport i duet dostał kontrakt do renomowanego klubu „Fabrik” w Hamburgu. Dla obu muzyków był to impuls do pozostania na Zachodzie. Nadolski pozostał w RFN, Adamowicz (który z Czesława stał się Chesterem) wyjechał do USA. Ale wcześniej w Niemczech zagrali kilka koncertów w klubach, także w kościołach. Zachowało się nagranie z koncertu poświęconego pamięci ks. Jerzego Popiełuszki. Od połowy lat 80. Helmut mieszkał na stałe w Bremie, odwiedzał jednak kraj i rodzinę. Nadal grywał okazjonalnie z Adamowiczem.
Wspomina Adamowicz: „Po koncercie w Zaduszki w Trójmieście około północy Helmut zaproponował, abyśmy uczcili Bieżana na cmentarzu, gdzie był pochowany. Przyjechaliśmy na cmentarz w Oliwie – ciemna noc, tysiące światełek, nikogo dookoła, siedzimy na ławce, i Helmut mówi mi ‘Słyszysz? tin, tin!’ Ja podziwiałem światła zniczy, a on słuchał dźwięków pękających szklanych zniczy, które dzwoniły o płyty marmurowe. Wówczas Helmut stwierdził: to Andrzej tak gra!’A to było właśnie na cmentarzu w Oliwie, gdzie teraz on będzie grał razem z Bieżanem na tych dzwonkach”.
Ostatni występ duetu miał miejsce w roku 2011 na pogrzebie Andrzeja Przybielskiego. Nie bez powodu – przez lata właśnie Przybielski był towarzyszem Nadolskiego w wielu projektach. Pamiętny był ich występ w roku 1981 w koncercie Poljazzu podczas JJ ’81. Ale duet Nadolski-Adamowicz przy różnych okazjach rozrastał się nie tylko o Przybielskiego, pamiętam np. koncert z roku 1982, w którym z duetem zagrał Tomasz Szukalski.
Tam, gdzie działo się cokolwiek poza konwencjami, nigdy Helmuta nie brakowało. Podczas Jazz Jamboree ’85 nagrano płytę Jubileuszowej Orkiestry Helmuta Nadolskiego. Wśród wykonawców obok lidera byli Iliana Alvarado (bezszelestny taniec), Andrzej Mitan (voc), Andrzej Przybielski (tp), Zdzisław Piernik (tu), Marcin Krzyżanowski (clo), Andrzej Bieżan (p), Tomasz Sudnik (synth), Krzysztof Knittel (garnki kuchenne), Michał Zduniak (dr).
Projekty Nadolskiego z upływem lat coraz mocniej szły w kierunku synkretyzmu literatury, sztuk plastycznych, medytacji, tańca, muzyki i wizualizacji. W XXI w. Nadolski wydał dwie płyty: „Muzyka morza” i „Kiedy umiera człowiek”. W czasie jubileuszu 70. urodzin i 50-lecia pracy artystycznej w Sopocie Nadolski podpalił swój kontrabas, ale ów skądinąd przewidywalny akcent nie był najmocniejszym elementem koncertu, bo show skradła rewelacyjnie śpiewająca owego wieczoru Hanna Banaszak. Od tej chwili dyskografia Nadolskiego powiększa się jedynie o nagrania archiwalne z lat 70. wydawane przez Stowarzyszenie Trzecia Fala.
Helmut Nadolski zasiał zdrowe ziarno niekonwencjonalnego myślenia o sztuce. Różne tego są dzisiaj efekty wśród idących tą drogą. Spojrzenie wstecz na dorobek odważnie kroczącego w awangardzie artysty pozwala odsiać ziarno od plew. Za to jesteśmy winni Helmutowi podziękowanie.
Zobacz również
Dyrygent, kompozytor, aranżer i pedagog, lider Big Bandu Uniwersytetu Zielonogórskiego, zmarł 14 lipca 2026… Więcej >>>
Wrocławski działacz jazzowy, krytyk, publicysta, zmarł 6 lipca 2026 roku w Szczecinie. Miał 75… Więcej >>>
Kanadyjski wokalista, frontman zespołu Blood, Sweat & Tears zmarł 24 czerwca 2026 roku w… Więcej >>>
Amerykański gitarzysta i wokalista łączący free funk i jazzową awangardę, zmarł 3 czerwca 2026… Więcej >>>