Wytwórnia: Day Music

Last; Denial; Anxiety; Downfall; Please Remember My World; Afterwards; Acceptance

Muzycy: Michał Ciesielski, fortepian; Piotr Gierszewski, gitara basowa; Adam Golicki, perkusja


Last

Confusion Project

Michał Ciesielski to pianista, kompozytor i aranżer z Gdańska, obecnie mieszkający w Brukseli. Absolwent Akademii Muzycznej w Gdańsku, gdzie uzyskał dyplom z kompozycji i gry jazzowej. W latach 2018-2022 mieszkał w Pekinie, wykładając fortepian jazzowy w Beijing Contemporary Music Academy. Jest liderem Confusion Project – tria, z którym koncertował na trzech kontynentach.

Album tej formacji „Last” (nie ostatni, a przedostatni) trafia teraz do naszych prenumeratorów wraz z wydaniem JAZZ FORUM 7-8/2026. O tej właśnie płycie, ale także o najnowszej, zatytułowanej „Identity”, która właśnie ukazała się nakładem nowojorskiej wytwórni Dot Time Records, no i oczywiście o historii zespołu Confusion Project, muzycznych korzeniach i inspiracjach, z pianistą Michałem Ciesielskim rozmawia Piotr Wojdat.

JAZZ FORUM: Confusion Project istnieje już ponad 13 lat. Jak oceniasz zmiany w Waszym języku oraz stylu muzycznym?

MICHAŁ CIESIELSKI: Kiedy spotkaliśmy się na pierwszej próbie w 2013 roku, byłem jeszcze studentem, podobnie jak basista Piotrek Gierszewski. Nasz perkusista Adam Golicki był już wtedy po studiach. Jeszcze byłem bardzo nieopierzony i pewne inspiracje, wiedza i świadomość tego, jak podchodzić do formuły grania w trio, jak pisać muzykę na ten skład – świadczyły o tym, że jestem na początku drogi.

Jakkolwiek z sentymentem patrzę na nasz pierwszy album, który popełniliśmy niespełna rok później, to mam wrażenie – i mam nadzieję, że nie jest to tylko moje odczucie, ale też słuchaczy – że ta muzyka dojrzewała i że jesteśmy teraz w zupełnie innym miejscu, niż byliśmy na starcie. Wychodziliśmy z inspiracji w stylu jazz fusion, stąd też nazwa Confusion Project. Nawiązuje ona z jednej strony do zakłopotania i nieprzewidywalności, ale z drugiej – fusion w nazwie nie było przypadkowe.

Punktem wyjścia były moje młodzieńcze fascynacje, na przykład Hiromi Uehara i to, co robiła ze swoim poprzednim składem – zanim wydała płyty z Anthonym Jacksonem i Simonem Philipsem. Później nasz styl ewoluował na skutek inspiracji każdego z członków zespołu. Różnimy się i słuchamy na co dzień trochę innej muzyki. Po dwóch płytach narodził się pewien pierwiastek ilustracyjności i programowości w muzyce, który zdecydowaliśmy się konsekwentnie rozwijać.

Wychowałem się na muzyce filmowej. Do dzisiaj uwielbiam słuchać soundtracków pisanych przez Johna Williamsa. Pociągało mnie to, w jaki sposób muzyka staje się narratorem i opowiada pewną historię pozamuzyczną w zupełnie abstrakcyjny sposób – bo muzyka instrumentalna jest w zasadzie abstrakcyjną formą sztuki. Album „Primal” był właśnie takim pierwszym podejściem do tego, żeby takie spojrzenie połączyć z językiem jazzu i muzyki improwizowanej w formule tria.

Od tamtego momentu te elementy mniej lub bardziej pojawiają się w naszej twórczości, więc to na pewno jest coś, co się zmieniło w czasie istnienia zespołu. Poza tym pozostawiam pole do wyciągania własnych wniosków słuchaczom czy recenzentom – trudno jest mi obiektywnie spojrzeć na swoją własną muzykę.

JF: Dzień przed naszą rozmową słuchałem płyty „How To Steal A Piano” i jednocześnie nowego albumu, który niebawem się ukaże. A także „Last”, dołączonego do tego numeru JAZZ FORUM. Rzeczywiście przeszliście daleką drogę. Skąd się pojawiły takie prog-jazzowe inspiracje? O kwestiach ilustracyjnych, filmowych już mówiłeś, ale jest też ten element – może nie prog rockowy, ale właśnie prog-fusion-jazzowy.

MC: Po pierwsze, mam wrażenie, że to jest kwestia nomenklatury i tego, z czym kojarzą się słowa jazz fusion, które jest pojęciem z założenia niezwykle szerokim, bo to po prostu fuzja jazzu z czymś innym, prawda? Może to być fuzja jazzu z muzyką filmową, klasyczną, rockową i tak dalej. Natomiast utarło się takie spojrzenie na jazz fusion, jako na styl, który królował gdzieś w latach 80. czy 90. – Chick Corea Electric Band i tym podobne.

JF: No i w 70. – Miles Davis, Herbie Hancock, Mahavishnu Orchestra…

MC: No właśnie. To, co my robimy, jest trochę czymś innym. Sformułowanie prog-jazz jest pozbawione skojarzeń z tamtą stylistyką, do której mam ogromny szacunek – był to niezwykle ważny moment w historii muzyki jazzowej. Natomiast kiedy mówiliśmy ludziom, że gramy jazz fusion, to później dziwili się na koncertach, że to, co gramy, to w zasadzie nie jest to, czego się spodziewali.

Prog-jazz jest wolny od tych skojarzeń. To raz. A dwa – rzeczywiście każdy z nas, słucha bardzo szerokiego spektrum muzyki. Adam jest bębniarzem z ogromnym doświadczeniem również w gatunkach pozajazzowych i świetnym perkusistą – rockowym, popowym, gospelowym i tak dalej. Takim muzykiem jest też Piotr.

U mnie w latach młodości często przewijały się takie zespoły jak Pink Floyd, Procol Harum, Emerson, Lake and Palmer. I gdzieś to zamiłowanie do tłustych, mówiąc kolokwialnie, groove’ów się przewija.

Jestem też ogromnym fanem tego, co w ostatnich latach proponuje Tigran Hamasyan – fuzji jazzu i folku – bo tam jest bardzo dużo pierwiastka ormiańskiego – oraz oczywistych fascynacji prog-metalem. Rezultat jest fenomenalny. Nie ukrywam, że pewnie bardziej w podświadomy niż świadomy sposób, ale ta muzyka ma na pewno wpływ na to, co piszę i jak podchodzimy do formuły grania w trio.

JF: Tigran Hamasyan rzeczywiście jest wyjątkowym artystą, który z połączenia klasyczno-jazzowych inspiracji z muzyką etniczną z Armenii tworzy nową jakość. Rozumiem cię doskonale, że może być ważną inspiracją. Kontynuując jednak naszą rozmowę – mamy album „Last” z 2021 r., który otrzymują prenumeratorzy naszego czasopisma. Jak odbierałeś go po premierze? Jak patrzysz na niego teraz?

MC: To ciekawe pytanie, bo rzeczywiście inaczej patrzę na ten album teraz, niż wtedy, kiedy powstawał, i było to ciekawe doświadczenie – posłuchać go po kilku latach z pewnym dystansem. Uważam, że ta muzyka się broni. Oczywiście zawsze jest tak, że słuchając czegoś po dłuższym czasie, ma się poczucie, że tutaj można było pójść w inną stronę, teraz zagrałbym to inaczej. Ale przekaz zawarty na tym albumie i to, co nam przyświecało przy jego tworzeniu, jest czymś jak najbardziej na czasie, niestety.

I jeśli jest możliwość, aby zwrócić uwagę słuchaczy na pewne problemy, o których tą muzyką opowiadamy, jeszcze raz po kilku latach – to czemu by z tego nie skorzystać?

JF: Tytuł tego albumu można różnie interpretować. Zarówno jako ten ostatni, jak i związany z trwaniem.

MC: No tak, w zależności od tego, czy potraktujemy go jako czasownik, czy jako przymiotnik. To album, który – może protest album to za duże słowo – ale powstał na skutek naszych przemyśleń i rozważań na temat przede wszystkim kwestii środowiskowych, zmian klimatu i tak dalej, ale też generalnie zjawisk, które ostatnimi czasy dzieją się na świecie i które nie napawają optymizmem.

I szkoda, bo tych zjawisk jest coraz więcej. Żyjemy w czasach narastającej destabilizacji – politycznej oraz klimatycznej. Rozważania, które prowadziliśmy wtedy, pracując nad tą płytą, są jak najbardziej aktualne. Przesłanie tego albumu jest wciąż na czasie.

JF: Wydaje mi się, że ten wątek środowiskowy warto byłoby pogłębić. Czy mógłbyś powiedzieć więcej na ten temat? Z tego, co wiem, ten album ukazał się w wersji ekologicznej, z makulatury, w formie digipaku?

MC: Tak, zgadza się. Okładka była w stu procentach z makulatury. Tutaj należą się podziękowania dla naszego ówczesnego grafika Daniela Latscha za projekt, który naszym zdaniem doskonale się broni właśnie w tej formie. Wydruk ekologiczny rządzi się swoimi prawami – można było skorzystać wyłącznie z czarnego tuszu. I on wpadł na doskonały pomysł – moim zdaniem ta okładka świetnie funkcjonuje w wersji monochromatycznej.

Poza tym mieliśmy akcję pod nazwą #1CD1Tree, polegającą na naszej współpracy z portalem Tree-Nation, zrzeszającym różne inicjatywy reforestacji na całym świecie. Na tym portalu można przeczytać szczegóły każdego projektu, dowiedzieć się, jak wykorzystywane są środki w miejscach, gdzie nowe drzewa powinny się pojawić. Sadzenie drzew gdziekolwiek to nie zawsze dobry pomysł. To są inicjatywy mające na celu przywrócenie ekosystemów zniszczonych działalnością człowieka, angażujące i dające pracę miejscowej ludności. Dużo dobrego dzieje się za sprawą tego portalu i postanowiliśmy dołożyć swoją cegiełkę – a właściwie cegiełki naszych słuchaczy, którzy zdecydowali się kupić album. Na przestrzeni tych kilku lat udało się posadzić ponad dwa tysiące drzew z pieniędzy zarobionych na sprzedaży „Last”.

JF: O, to imponujące.

MC: Cieszę się, że coś takiego się udało. I jeszcze tej akcji nie zakończyliśmy, więc jeśli ktoś byłby zainteresowany takim wsparciem przez zakup naszej płyty – albo po prostu wejściem na ten portal czy inny, bo organizacji zajmujących się ochroną dzikiej przyrody nie brakuje – myślę, że to jest coś, czemu warto poświęcić trochę uwagi.

JF: A czy możesz przybliżyć, jak przebiegała sesja nagraniowa do tego albumu? Płyta została wydana w 2021 roku, więc przypuszczam, że sesja odbyła się wcześniej. Czy to było w czasie covidowym, czy jeszcze wcześniej?

MC: To było w czasie covidowym. Sesja odbyła się bodajże jesienią 2020 roku, czyli w pierwszym roku pandemii. Pamiętam, że materiał powstawał w dużej mierze w czasach lockdownu – wysyłaliśmy sobie nagrania, każdy ze swojego domu dogrywał się do poszczególnych utworów. Zamiast spotykać się w sali prób, przez pewien czas pracowaliśmy w rozproszony sposób. Ten pierwszy rok covidu to były czasy, kiedy obostrzenia były dosyć chaotyczne – i ciężko kogokolwiek za to winić, bo to była nowa sytuacja na skalę światową. W zależności od aktualnych przepisów albo siedziało się w domu, albo docierało na próbę. No i ta sesja odbyła się w takim momencie, kiedy udało się bez większych problemów spotkać w studiu Custom34 w Gdańsku na parę dni i nagrać ten album.

JF: „Last” to obecnie przystawka przed daniem głównym, czyli premierą Waszej nowej płyty „Identity”. Dlaczego po trzynastu latach zdecydowaliście się właśnie w ten sposób nazwać swój album? Czy należy to postrzegać jako podsumowanie tego okresu? Jak interpretować ten tytuł?

MC: Myślę, że podsumowanie tego okresu to poniekąd dobre określenie. Przyświecały nam dwa powody, żeby nazwać ten album „Identity”, czyli „tożsamość”. Pierwszy to tożsamość kulturowa. Trzonem płyty jest cykl pięciu mazurków, które napisałem na przestrzeni ostatnich lat i które wspólnie przygotowaliśmy z chłopakami. To nasz hołd dla kultury, z której wyrośliśmy i która – często nieświadomie – przeniknęła do naszego muzycznego DNA.

Drugi powód to tożsamość zespołu. To co udało się nagrać na tej płycie jest esencją naszego stylu. Czujemy, że język, którym gramy na tym albumie, jest tak szczery i bezkompromisowy, jak tylko to możliwe w naszym przypadku.

JF: Część tego albumu to mazurki. I to jest forma, która była eksplorowana przez wielu polskich muzyków – chociażby przez Komedę czy Ptaszyna. Czy i jak szukałeś swojego języka w tej formie? W jakim stopniu inspirowałeś się innymi interpretacjami?

MC: To się wydarzyło dosyć naturalnie. Przesłuchałem oczywiście różne nagrania innych artystów, którzy brali na warsztat mazurki czy polską muzykę ludową – zarówno w kontekście etnicznym, jazzowym, jak i klasycznym. Ale starałem się nie zasłuchiwać się za bardzo w jednego wykonawcę, żeby nie zatracić własnej wrażliwości.

Tak się złożyło, że pomysł na cykl mazurków i pierwsze szkice kompozycji pojawiły się, kiedy jeszcze mieszkałem w Chinach. Od 2018 do 2022 roku żyłem tam i miałem okazję grać z muzykami z najróżniejszych stron świata – podziwiać, jak patrzą na muzykę i co wnoszą do tego dialogu.

Miałem przyjemność grać muzykę afrokubańską z muzykami z Kuby, latynoską z artystami z Ameryki Łacińskiej. Coraz mocniej nurtowały mnie pytania: „No dobra, a co ja mam do zaoferowania z polskiego podwórka? Co mam takiego, co jest wyjątkowe dla kultury, z której wyrosłem?” Te pytania to był pierwszy czynnik.

Drugi był taki, że równolegle do grania jazzu wpadliśmy z moją żoną – klasyczną skrzypaczką – na pomysł, żeby przygotować duetowy repertuar oparty na mazurkach. W Chinach jest duże zainteresowanie muzyką Fryderyka Chopina, a co za tym idzie – polską muzyką w ogóle. Zrealizowaliśmy bardzo udany cykl koncertów z mazurkami najróżniejszych kompozytorów – nie tylko Chopina i nie tylko Polaków. Jak się okazuje, po mazurki sięgali twórcy z wielu krajów. Pamiętam, że graliśmy np. Mazurek Sibeliusa.

Ćwicząc te akompaniamenty, siłą rzeczy czasami skręcałem w stronę improwizacji. Stwierdziłem, że to mogłoby być dobrym zaczynem do własnych eksploracji. Podsumowując – były zatem inspiracje starszymi kolegami jazzmanami i tradycją polskiego jazzu, były klasyczne kompozycje pisane w tej formie, ale też muzyka źródeł – mazurki podane w czysto ludowej postaci, oberki, kujawiaki. Wdzięczną pracą było robienie researchu, żeby z tą estetyką się trochę bardziej przegryźć.

JF: Nowy album zostanie wydany przez nowojorską wytwórnię. Czy możesz powiedzieć nieco więcej na temat sesji nagraniowej? Kiedy ten album się ukaże? Wiem, że premiera koncertowa odbędzie się podczas Warsaw Summer Jazz Days.

MC: Cieszę się, że tak się stało. Rzeczywiście to był łut szczęścia na kilku płaszczyznach – organizator Warsaw Summer Jazz Days odezwał się do mnie zupełnie niezależnie, nie wiedząc jeszcze wtedy, że nowa płyta się szykuje.

Idealnie się więc zbiegło z tym, żeby ten koncert stał się naszą premierą na żywo. Tego samego dnia będzie można przy okazji nabyć fizycznie nowy album. Natomiast na streamingach i do ogólnej dystrybucji trafi on 3 lipca, czyli kilka dni później.

Sama sesja odbyła się na początku lutego tego roku, w miejscu, które jest naszym ulubionym studiem na mapie Polski – Monochrom w Gniewoszowie, pod granicą polsko-czeską. Z ogromną radością wróciliśmy tam nagrywać. Wcześniej rejestrowaliśmy tam album „Primal”, a w zeszłym roku – wspólny album z wokalistką Simoną De Rosą. Do tego miejsca cudownie się wraca. Współpraca z Ignacym Gruszeckim, który jest realizatorem w tamtym studiu i zajął się realizacją, miksem oraz masteringiem, to zawsze doświadczenie niezwykle przyjemne. Jest to człowiek o wyjątkowym, czujnym uchu i niezwykłej wrażliwości. Niektóre rozwiązania na tej płycie są efektem właśnie tej współpracy.

JF: Jako artysta intensywnie działałeś w wielu krajach. Koncertowaliście m.in w Europie i Azji. Które z tych miejsc wywarło na Tobie największe wrażenie i szczególnie wpłynęło na Ciebie. Na to, jakim teraz jesteś artystą.

MC: Ciężko jest porównać miejsca, w których spędziło się parę dni w ramach trasy koncertowej, z tymi, gdzie przeżyło się kilka lat. Powstał nawet taki album – mój solowy – „Share Location” w 2019 roku, który jest właśnie zbiorem muzycznych pocztówek z miejsc, w których byłem. To muzyczna odpowiedź na pytanie o to, które z nich zapadły mi w pamięć i stały się inspiracją.

Wydaje mi się, że choć niezwykłymi miejscami były dla mnie na przykład Kazachstan czy Mongolia, gdzie grałem na festiwalu bodajże w 2019 roku, to ponad cztery lata spędzone w Chinach na pewno bardzo na mnie wpłynęły.

Jeśli chodzi o ludzi – trudno nawiązać bliższe relacje przez kilka dni. A w Chinach przez te cztery lata nawiązałem najbliższe przyjaźnie, które do dziś staram się pielęgnować pomimo odległości. Muzycznie rozwinąłem się tam mając okazję grać z tamtejszymi artystami. Więc to miejsce gdzieś noszę w sobie i z pewnością będę starał się do niego od czasu do czasu wracać.

Nic jednak nie wskazuje na to, żeby miało się to stać w najbliższych miesiącach, bo skupiamy się na tej nowej płycie i jej promocji w Polsce i Europie. Kto wie – może w przyszłym roku uda się zawitać też na trasę do Azji.

JF: Jakie masz najbliższe plany poza działalnością Confusion Project? Realizujesz też inne projekty. Wydaje mi się, że działasz również jako wykładowca.

MC: Już nie. Miałem przyjemność przez kilka lat być pedagogiem na Akademii Muzycznej w Gdańsku. Logistyka mojego życia znowu się troszkę zmieniła – teraz, kiedy rozmawiamy, jestem w Brukseli – więc ta przygoda z Akademią zakończyła się parę lat temu.

Szczerze mówiąc, zadajesz mi to pytanie w momencie, kiedy naprawdę dziewięćdziesiąt dziewięć procent moich mocy przerobowych jest skupionych na nowej płycie Confusion Project. Dużo się wokół niej dzieje. Chciałbym tutaj pozdrowić i podziękować Paulinie Mazur, która zajmuje się promocją i PR-em tej płyty w Polsce i co rusz dzwoni do mnie z informacją, że czeka mnie kolejny wywiad. Tych działań jest sporo, a część muszę robić samodzielnie – chociażby próbując zorganizować trasę promującą album. Na chwilę obecną nie mamy menadżera i robimy to wszystko własnym sumptem, więc jest to bardzo pochłaniające.

Poza tą płytą czeka mnie parę koncertów solowych – w Polsce i Belgii, na przestrzeni najbliższych miesięcy. Będzie też kilka współprac artystycznych z różnymi muzykami, którzy obdarzyli mnie zaufaniem, jeśli chodzi o przygotowanie ich kolejnych nagrań – pod względem aranżacji i dokończenia kompozycji, których szkice mi zaprezentowali. Prawdopodobnie dojdzie do kilku sesji nagraniowych w tym lub przyszłym roku z artystami, z którymi mam przyjemność współpracować od pewnego czasu. Ale o tym będę w stanie powiedzieć więcej za jakiś czas.


Autor: Piotr Wojdat

  MKIDN stoart       stoart       stoart     psj      ejm