Wytwórnia: U Jazz Me
Poemat o hotelach; W listopadzie; Ptaki; Rise & Bloom; Potrzebuję; Strumień świadomości; Życzenia przed 40; Dziękuję; Potrzebuję (Live at Jassmine, Jazz Po Polsku, Warsaw Live Sessions, bonus track)
Muzycy: Bartłomiej „Eskaubei” Skubisz, rap; Marek Konarski, saksofon; Michał Szkil, fortepian; Piotr Lemańczyk, kontrabas; Dawid Fortuna, perkusja
Wraz z niniejszym numerem prenumeratorzy JAZZ FORUM otrzymują specjalną wersję albumu Late Night Poems „Rise & Bloom”, którego autorem jest raper, autor tekstów, pionier fuzji hip-hopu i jazzu, animator kultury Bartłomiej „Eskaubei” Skubisz. Wraz z czołowymi muzykami polskiej sceny jazzowej (Piotr Lemańczyk - b, Marek Konarski - sax, Michał Szkil - p, Dawid Fortuna - dr) stworzył on unikalną propozycję na styku jazzu i spoken poetry. Bonusem w tej wyjątkowej edycji jest nagranie z koncertu w warszawskim klubie Jassmine (Potrzebuję).
O tym albumie i swojej drodze twórczej opowiada w rozmowie z Markiem Romańskim sam Eskaubei.
JAZZ FORUM: Zanim przejdziemy do płyty „Rise &
Bloom”, opowiedz o swoich początkach. Pochodzisz z Rzeszowa, zaczynałeś pod
koniec lat 90.
BARTŁOMIEJ SKUBISZ: Tak, to był 1997 rok, kiedy zaczęły się moje pierwsze,
jeszcze bardzo humorystyczne podejścia, żeby w ten sposób zabić wakacyjną nudę.
W latach 90. na polskich osiedlach nie działo się wiele dobrego, raczej działy
się rzeczy złe i właśnie chcąc coś zrobić z czasem, trzeba było się różnych
aktywności chwytać. Grałem w koszykówkę, pisałem teksty, nagrywałem je na
magnetofon.
Pierwszy skład z moim kolegą założyliśmy wiosną 1998. Nie każdy miał wtedy
komputer w domu, Internet dopiero raczkował. Tworzenie produkcji muzycznych
odbywało się jeszcze w jakichś programach pod MS-DOS typu Fast Tracker.
W Polsce wszyscy uczyli się od siebie nawzajem. Nieliczne zagraniczne płyty docierały do sklepów. Nie zawsze były na nie pieniądze. Kolega miał mamę w Stanach, przywoził zawsze po wakacjach 50 nowych płyt. Pożyczaliśmy je i przegrywaliśmy na kasety. Pamiętam wywiad z zespołem Grammatik w jakiejś gazecie i oni wyliczali polskie zespoły hip-hopowe – wymienili też nasz, Aspekt, co bardzo nas ucieszyło. A tak naprawdę w każdym mieście był jakiś jeden zespół, może dwa. To były absolutne początki. Pierwsze koncerty. Uczyliśmy się rapować na własnych błędach. Trochę przypomina mi to sytuację, w jakiej polscy muzycy po wojnie stawiali pierwsze kroki w jazzie.
JF: Jakie miałeś wzorce?
BS: Byłem wtedy zapatrzony we wzorce amerykańskie. I myślę, że dobrze, bo tam było dużo jazzu. Na płytach formacji Gang Starr, jednej z moich absolutnie ulubionych, pojawiała się masa jazzowych sampli. Jazz do mnie docierał, gdy oglądałem filmy Spike’a Lee, czy słuchałem artystów skupionych wokół ruchu Native Tongues. Hip-hop dał światu dużo świetnej muzyki – De La Soul, Tribe Called Quest, Comon, J Dilla, The Roots i oczywiście DJ Premier, Guru – to są rzeczy, które mnie ukształtowały. Choć oczywiście nowojorski, surowy hip-hop uliczny też był w zakresie mojego zainteresowania. Zawsze wolałem Wschód niż Zachód, bardziej Nowy Jork niż LA. I mam wrażenie, że w jazzie też jest podobnie, jeżeli chodzi o mój gust.
Rzecz jasna słuchało się też polskich raperów. Jak wyszła w 1998 płyta Molesty „Skandal”, to wszyscy byli w szoku. Oczywiście, że w tych czasach najlepszym raperem był Tede, wtedy jeszcze znany jako TDF. Raczej nie inspirował mnie Kaliber i w ogóle psycho-rap, co ma też odzwierciedlenie w moich tekstach. Wśród polskich raperów zawsze wzorem dla mnie był Eldo. Cieszę się, że później mieliśmy okazję zagrać kilka koncertów, pojawił się też na dwóch naszych płytach z kwartetem Tomka Nowaka.
JF: Skąd się wziął u Ciebie cały ten jazz?
BS: Na pewno po części z hip-hopu, słuchając tych właśnie produkcji Native Tongues czy DJ Premiera, gdzie pojawiały się jazzowe inspiracje. Później, kiedy byłem już osłuchany z tą estetyką, zacząłem odkrywać też jazz sam w sobie. Ale prawdziwy początek miał miejsce, kiedy byłem początkującym dziennikarzem Akademickiego Radia Centrum w Rzeszowie przy Politechnice Rzeszowskiej. W tamtejszym klubie Akademia występował zespół Sistars. I ja poszedłem na ten koncert. W pewnym momencie ze sceny padło zapytanie ze strony dziewczyn, czy jest ktoś tutaj, kto freestyluje i wyszedłby na scenę zarapować. Ja absolutnie nie chciałem iść, bo we freestylu nigdy nie czułem się zbyt mocny.
Natomiast grupa moich znajomych, z którymi wtedy byłem, wiedziała czym się zajmuję i zaczęła skandować moją ksywę. Musiałem wyjść. I graliśmy utwór Siła Sióstr. Dobrze znałem ten numer, w którym oryginalnie udzielali się O.S.T.R. i Numer Raz. Wyimprowizowałem 16 wersów i chyba wyszło to nieźle, bo publiczność bardzo żywiołowo zareagowała. W tym doświadczeniu fundamentalne było to, że poczułem pierwszy raz moc stania na scenie ze świetnym zespołem. Poczułem jaka to energia, kiedy gra super band. Od tego momentu wiedziałem, że chcę grać z muzykami.
Poznałem pianistę i producenta Piotrka Walickiego, z którym założyliśmy pierwszy band i on nagrywał mi płyty z soulem, jazzem, a nawet z muzyką klasyczną. Skontaktował mnie ze Zbigniewem Jakubkiem – człowiekiem, o którym zawsze mówił w superlatywach. Zbyszek mi opowiadał te wszystkie historie, anegdoty – to było coś wspaniałego. Później zaprosiłem go na koncert z okazji 15-lecia rzeszowskiego hip-hopu, który był jednocześnie 15-leciem mojego rapowania. Przyszedł z keyboardem, zagrał z nami kilka utworów. Ja myślałem, że to jest największy zaszczyt, jaki mnie w życiu kopnął. I że już nic więcej nie muszę robić, że to już jest apogeum. A Zbyszek wtedy powiedział, że on ma wrażenie, że wykonałem poważny krok i że to jest dopiero początek. On widział wtedy to, czego ja w ogóle jeszcze nie widziałem.
Później organizowaliśmy razem koncerty Art Celebration. Kilka razy udało nam się wspólnie wystąpić, widywaliśmy się na Bieszczadzkich Warsztatach Muzycznych, jamowaliśmy. Na pierwszy koncert Art Celebration, który ze Zbyszkiem zorganizowaliśmy w Rzeszowie, zaprosiliśmy Tomka Nowaka, bo usłyszeliśmy, że jest jakiś trębacz, który wrócił z Londynu i grał wcześniej z ludźmi od Amy Winehouse czy z Jarkiem Śmietaną i Nigelem Kennedy. No i powstał utwór Pogadajmy, anonsujący ten pierwszy koncert, gdzie jest Bernard Maseli, Zbigniew Jakubek, DJ Eprom, Numer Raz, ja i Tomek Nowak właśnie. Kilka miesięcy później, w grudniu, Tomek zadzwonił do mnie z pytaniem, czy może byśmy coś razem zrobili. Wtedy świat jazzu stanął przede mną otworem i wszedłem w niego bez wahania.
JF: Byłeś członkiem projektu Vitold Rek & The Spark. Koncertowaliście za granicą, nie przeszkadzała ci bariera językowa?
BS: Udało nam się zagrać w Niemczech dwa albo trzy razy i kilka razy w Polsce. Był to projekt inspirowany powieścią „Solaris” Lema, więc oprócz moich tekstów mieliśmy też fragmenty tej książki, które były czytane po polsku i po niemiecku. Nagraliśmy również album „4 a.m.” jako Sophia Grand Club i to była po wielu latach pierwsza płyta, którą Witold nagrał w Polsce z polskimi muzykami. Koncertowaliśmy z tym materiałem. Poznaliśmy się podczas wywiadu w Rzeszowie. Zaprzyjaźniliśmy się. Witold nieraz bywał w moim domu, polubił się z moimi rodzicami.
Dużo się od niego nauczyłem, m.in. o graniu free. Wiesz, jak taki gość chce z tobą pracować, zaprasza cię też do swojego projektu, ty zapraszasz go do swojego – to masz poczucie, że nie jesteś tu przez przypadek. Takich ważnych, kluczowych osób było więcej w moim życiu – na przykład Michał Urbaniak, z którym miałem zaszczyt kilka razy wystąpić i który wierzył we mnie i mobilizował do działania. Czuję się szczęściarzem mogąc spotykać na swojej drodze tak wspaniałych muzyków.
JF: A my jesteśmy teraz szczęśliwi, że możemy przekazać naszym prenumeratorom specjalną edycję płyty „Rise & Bloom”. Utwór tytułowy to właściwie wiwisekcja natury artysty – zestaw pytań, jak sobie radzić z tym, że możliwości nie pozwalają na spełnienie ambicji, jak przeżywać małe i większe klęski, jak będąc wrażliwym mieć jednocześnie twardy tyłek, żeby to wszystko przeżyć.
BS: Dobrze odczytujesz ten utwór. Ma on jednak wbrew pozorom dosyć jasną wymowę. Bo rzeczywiście różne rzeczy się przydarzają, kiedy poruszamy się w materii muzyki niszowej. Wszyscy twórcy borykają się z różnymi trudnościami, na różnych poziomach. Natomiast ten utwór akurat mówi o tym, żeby tak czy inaczej rosnąć i rozkwitać. Ważne, żeby nauczyć się czerpać z tych małych rzeczy, budować siebie, pewność tego, co się robi, konsekwencję, upór.
Trzeba umieć to nasze ego odsunąć na bok. To, że nasze oczekiwania nie zawsze pokrywają się z odbiorem, nie powinno nas podłamywać, ale właśnie na zasadzie przekory utwierdzać w przekonaniu, że warto to robić dalej. Jak ktoś się wsłucha w tekst, to są tam konkretne cytaty – czerpać siły z bycia wciąż niedocenianym, budować siebie na absencji w rankingach, nie chcieć wyróżnień, chociaż ego by tak bardzo chciało. Cytuję w tym utworze Kubę Płużka, z którym grałem przez wiele lat. On mówił, żeby się nie ścigać, tylko właśnie kwitnąć, rosnąć i że do tego potrzeba czasu.
JF: Kiedy powstawały te utwory i w jaki sposób?
BS: Obie płyty Late Night Poems powstawały w bardzo krótkim czasie – na zasadzie kreatywnej pracy przed samym nagraniem. W przypadku albumu „Ostatni Dzień Lata” było to zupełnie bez przygotowania, miałem tylko teksty. Po prostu okazało się, że przy nagrywaniu muzyki do słuchowiska o Tomaszu Stańko zostało nam sporo czasu w studiu i płyta zaczęła powstawać na gorąco.
Natomiast „Rise & Bloom” to jest historia związana z Gorzowem Wielkopolskim i legendarnym Jazz Clubem Pod Filarami, który jest moim drugim domem. Nie tylko zresztą moim, bo np. Marka Konarskiego, który gra tam bardzo często, zresztą pochodzi z Gorzowa. Bardzo cenimy to, co robi Bogusław Dziekański, obaj jesteśmy wykładowcami Małej Akademii Jazzu. Chciałem nagrać płytę w tym klubie, żeby po prostu zapisać w historii fonograficznej to miejsce. Spotkaliśmy się z Michałem Szkilem na uczelni w Rzeszowie, nakreśliliśmy obaj szkice kilku utworów.
Przekazywałem Michałowi, o jaki klimat mi chodzi, jakie tempo, siadałem za bębnami, grałem mu groove. Michał do tego układał harmonię, akordy. Tak powstały dwa utwory, które ostatecznie znalazły sie na płycie – Poemat o hotelach i Dziękuję. Te szkice wysłaliśmy Markowi Konarskiemu – i on dopisał tematy.
Trzy gotowe kompozycje przyniósł Piotr Lemańczyk – W listopadzie, Rise and Bloom i Potrzebuję. Usłyszałem je dopiero w Gorzowie, tuż przed nagraniem i tam wybrałem do nich teksty. To była praca bardzo szybka, intensywna. Nie pierwszy raz w moim życiu okazało się, że mam ze sobą sześć czy siedem tekstów i w jakiś dziwny sposób jestem w stanie każdy z nich dopasować do któregoś utworu. (śmiech)
JF: Opowiedz o samym nagraniu.
BS: Mieliśmy dwa dni, ale nagraliśmy wszystko w jeden dzień. Zamieniliśmy klub na prowizoryczne studio nagrań. Przyjechał z nami Adrian Kasprzyk, nasz realizator z Rzeszowa. Przywiózł sprzęt nagraniowy, całe auto wyładowane gratami. Tam na miejscu jest świetny fortepian i doskonały zestaw perkusyjny.
Nie staliśmy wszyscy na scenie, wykorzystaliśmy całą przestrzeń sali koncertowej. Klub okazał się bardzo dobrym miejscem do nagrań, również pod kątem akustycznym. Nagraliśmy po dwie wersje każdego utworu, z wyjątkiem jednego, który miał tylko jeden „take”. Płyta powstała po kilku godzinach prób i paru godzinach nagrań na setkę. Myślę, że otoczenie, w którym byliśmy, ściany, nasi bohaterowie, którzy z tych ścian spoglądają, w jakiś symboliczny sposób nam pomogli. Cieszę się, że album ukazał się w pięknej szacie graficznej nakładem U JAZZ ME. Wsparcie wydawcy, Marcina „Groha” Grośkiewicza było nieocenione.
JF: W Poemacie o hotelach opowiadasz o życiu muzyka, o tym dlaczego wciąż to robisz, pomimo zmęczenia.
BS: Muzyka jest najważniejsza i sam akt zagrania, spotkania się z publicznością, z odbiorcą – ale też z kolegami na scenie. Uwielbiam poznawanie ludzi na miejscu, poznawanie lokalnych historii, samych miejsc. Jestem fanem miast małej i średniej wielkości. Mam utwór, jeszcze nieopublikowany, o tym czym jest jazz. On się zaczyna właśnie tak: „Jazz to małe kluby, brudne garderoby, ciasne sceny. To oddech ludzi, wyszarpane joby, Szczecin, Przemyśl”.
JF: W listopadzie brzmi jak studium depresji…
BS: Oczywiście – myślę, że nawet pomimo pewnej metafory to jest powiedziane dość wyraźnie. Przechodziłem długotrwały epizod depresyjny, a może nawet kilka takich epizodów. Skorzystałem z terapii, co w dzisiejszych czasach nie jest niczym nadzwyczajnym. To wszystko u mnie pojawiło się w okolicach czterdziestki, to taki newralgiczny czas. Różne czynniki miały na to wpływ i efektem tego były nagrania, w których pojawiało się trochę ciemniejszych odcieni. Taka była poprzednia płyta „Ostatni Dzień Lata” czy płyta formacji Skubisz/Lemańczyk Cooperation. Bo na płytach z kwartetem Tomka Nowaka raczej doominowały jasne rzeczy. Ten listopad jest dosyć symboliczny, bo to nie zawsze jest listopad, ale jednak często tak. Żyjemy w określonej szerokości geograficznej, w specyficznym klimacie i rzeczywiście ten brak światła, brak słońca w jakimś stopniu przyczynia się do różnych nastrojów.
JF: Potrzebuję to po części postulat do słuchacza, ale też prośba o rozmowę, o dialog, o szczerą reakcję.
BS: To jest piękna kompozycja Piotra Lemańczyka, z tekstem skierowanym do słuchacza, ale może jeszcze bardziej do bliskich mi osób. Potrzebuję wsparcia, rozmowy, która nie jest kurtuazyjna, takiej naturalnej, o którą nie trzeba prosić. Traktuję ten utwór także jako coś o wymowie uniwersalnej – nie tylko ja potrzebuję, każdy z nas potrzebuje. To jest o tym, żebyśmy byli życzliwi sobie i otwarci na swoje potrzeby, żebyśmy się wsłuchiwali w drugiego człowieka i dawali się mu wypowiedzieć.
JF: Czy taki dialog pojawia się również między Tobą a twoimi muzykami? Czy jest między wami jakaś interakcja rozumiana emocjonalnie, werbalnie, ale też i muzycznie?
BS: Na koncertach mamy połączenie, szczególnie z Markiem Konarskim. Z kolei kiedy Marek reaguje na moje słowa, to inni muzycy reagują na to, co on gra – to swego rodzaju reakcja łańcuchowa. Także w momentach bardziej otwartych, kiedy słowa są trochę rozwleczone, czasami wracają pewne konkretne frazy czy zdania dla podkreślenia, wtedy właśnie koledzy w bardzo ciekawy sposób reagują.
Na płycie są też dwie miniatury, czyli Ptaki i Życzenia przed 40, i to już jest malowanie dźwiękami. Mówiłem kolegom – „mam tu taki krótki tekst, on jest o tym i o tym, wyobrażam sobie to jako na przykład wschód słońca”.
JF: Wspomniałeś o Życzeniach przed 40. W tekście tego utworu opowiadasz o umiejętności zachwytu, bezinteresownej miłości, zdolności do zadawania pytań, przeżywania wzruszeń.
BS: Po Życzeniach przed 40 jest utwór Dziękuję. One są ze sobą powiązane, bo ten pierwszy jest właśnie o tym, żeby zachować te wszystkie rzeczy, o których powiedziałeś. A Dziękuję jest o wdzięczności za to, że mogę takie rzeczy przeżywać z moimi bliskimi, mając świadomość, że to nie będzie trwało wiecznie.
JF: Dlaczego to jest takie ważne?
BS: Dla każdego inne rzeczy są ważne. Teraz mam 44 lata, a zbliżając się do czterdziestki zacząłem odkrywać, uświadamiać sobie moje potrzeby, które nieraz odsuwałem na bok. Zacząłem cenić sobie spędzanie czasu w sposób dla mnie wartościowy, który daje mi satysfakcję, jakieś emocje, wzruszenia. I też w tym wszystkim ważne jest to, żeby ten czas spędzać z ludźmi, którzy nadają na podobnych falach. Cenię sobie kameralne spotkania, zacząłem odkrywać obcowanie ze sztuką. Wcześniej raczej nie spotkałbyś mnie w muzeach, na wystawach malarstwa, czy na łonie natury. Są to rzeczy, które bardzo mnie inspirują i pomagają mi w mojej twórczości.
JF: Na płycie w wersji dla naszych prenumeratorów
znalazła się także specjalna wersja live utworu Potrzebuję, nagrana w
klubie Jassmine.
BS: Ten utwór momentami staje się bardzo intensywny, wręcz dziki muzycznie i
koncert, który zagraliśmy w Jassmine we wrześniu ubiegłego roku, uważam za
najlepszy w historii tego zespołu. Mieliśmy świetne przyjęcie, klub był pełen
ludzi. Ja jestem zadowolony z każdego koncertu Late Night Poems, ale ten był
wyjątkowy. Wystarczy posłuchać choćby tej solówki Marka Konarskiego – on tam
wpadł w jakiś trans! Cały zespół zagrał rewelacyjnie, zaczyna się od pięknego
intra Piotra na kontrabasie, a kończy solem open w duecie właśnie Marka i
Dawida Fortuny.
Ten utwór jest najbardziej spektakularny z tego całego koncertu i pokazuje w najlepszy sposób energię koncertową zespołu. Dlatego bardzo chciałem, żeby się znalazł jako bonus dla prenumeratorów JAZZ FORUM i cieszę się, że Fundacja Jazz po Polsku go nam udostępniła.
Autor: Marek Romański