Wytwórnia: Polskie Radio Katowice PRK CD 0149
The Rebel Hero; Thoughts; NaTension; Old Lady and a Shed; As It Always Was; The Royal Guard; Top Secret (Bonus Track)
Muzycy: Martyna Bieszczad, saksofon altowy i sopranowy; Filip Krauz, trąbka, flugelhorn; Mateusz Ozga, fortepian; Jakub Kozłowski, kontrabas; Gabriel Antoniak, perkusja
Zwycięzcy Konkursu Bielskiej Zadymki Jazzowej im. Jana Ptaszyna Wróblewskiego w 2025, finaliści Jazzu nad Odrą, – zespół Fleeting Monument, czyli nowa siła młodego polskiego jazzu. Idą jak burza, a do muzyki podchodzą w sposób zaskakująco dojrzały i otwarty, inspirując się największymi. Sprzeciwiają się trendom i drogom na skróty, są bezkompromisowi w swoim myśleniu o sztuce, ale bardzo demokratyczni jeżeli chodzi o grę i kompozycję. Najważniejsze są dla nich prawdzie emocje, a jazz jest drogą, żeby je pokazać. Na scenie interesuje ich tylko szczerość.
O debiutanckiej płycie, którą otrzymują wraz z nowym numerem prenumeratorzy JAZZ FORUM, muzyce i historii zespołu z Martą Kulą rozmawia saksofonistka Martyna Bieszczad.
JAZZ FORUM: Opowiedz proszę, jak wyglądał proces formowania się zespołu – gdzie się poznaliście i dlaczego akurat w takiej konfiguracji chcieliście ze sobą grać?
MARTYNA BIESZCZAD:Moment kształtowania się zespołu Fleeting Monument to także czas formowania się naszej przyjaźni. Jesteśmy nie tylko piątką muzyków grających ze sobą, ale też piątką przyjaciół. Część z nas poznała się wcześniej, część podczas studiów. Jest to parę odrębnych historii, ale wszystkie drogi prowadziły na Akademię Muzyczną w Katowicach.
Ja z Gabrysiem (perkusistą Gabrielem Antoniakiem) znam się już od 2017 roku, poznaliśmy się wtedy na warsztatach jazzowych w Puławach i od tego momentu zawsze mieliśmy kontakt, wymienialiśmy się inspiracjami. Potem okazało się, że Filip (trębacz Filip Krauz) też był na tych warsztatach i dzięki temu, już na studiach, złapaliśmy bardzo dobry kontakt. Sam zespół powstał na potrzeby zagrania recitalu dyplomowego Filipa. Spotkaliśmy się wtedy w trochę innym składzie, ale już w tamtym momencie zdecydowaliśmy, że założymy zespół i wiedzieliśmy, z kim chcielibyśmy go tworzyć w przyszłości. Wsparł nas w tej drodze profesor Piotr Wojtasik, który po dyplomie Filipa zachęcił nas, żebyśmy pojechali na festiwal Jazz nad Odrą. I tak zaczęła się historia zespołu Fleeting Monument.
JF: Zaczęła się bardzo dobrze, zostaliście finalistami Jazzu nad Odrą, czego Wam bardzo gratuluję. Potem przyszły kolejne sukcesy, ale zanim o nich – opowiedz po kolei o każdym z członków zespołu. Co takiego jest w grze każdego z Was, że to właśnie w tej konfiguracji tak dobrze się rozumiecie muzycznie?
MB: Zaczynając od trzonu naszego zespołu, czyli sekcji rytmicznej: Gabryś Antoniak jest naszym perkusistą i pomysłodawcą wielu utworów. Podrzuca nam nie tylko stylistyczne rozwiązania, ale także inspiruje w znaczeniu coachingowym. Dzięki niemu nie boimy się być „bezwzględni” w muzyce, robić rzeczy w naszym stylu, czasem może trochę dziwacznym i innym. Idziemy własną drogą i nie boimy się nietypowych rozwiązań. Z tego też wynika nasz styl komponowania, bo każdy zawsze coś od siebie dokłada do poszczególnych utworów. W naszym zespole jest miejsce na propozycje od każdego, ale często to Gabryś wsadza kij w mrowisko i proponuje rozwiązania w stylu „a może zrobimy na przekór, zupełnie inaczej?”. Zazwyczaj z koncepcji, która rodzi się w czyjejś głowie, w wyniku naszej burzy mózgów powstaje coś kompletnie nowego i Gabryś jest zapalnikiem tych zmian. To bardzo twórcze. Ale nie on jeden oczywiście!
Kuba Kozłowski, który gra na kontrabasie, również wnosi mnóstwo fantastycznych pomysłów i riffów. Pamiętam sytuację z próby, kiedy przyniosłam napisany przez siebie temat utworu The Rebel Hero i w pewnym momencie Kuba zaczął grać wspaniały riff na basie. Gabryś zaproponował, by wykorzystać właśnie ten riff w przyniesionej przeze mnie piosence i tak urodziła się ta kompozycja. To jest nasz zespołowy sposób komponowania. Często wywracamy utwory do góry nogami i robimy rzeczy kompletnie inaczej, niż początkowo zakładaliśmy.
JF: To dobrze, że jako zespół macie taką otwartość w sobie, bo często jest tak, że ten kto przynosi aranż, to jednak chce, by główna myśl została zachowana, obstaje przy swoim. Wy potraficie iść na ustępstwa.
MB: Tak, ogólnym założeniem naszego zespołu jest to, żeby się otwierać i słuchać nawzajem. Staramy się jak najmniej ustalać i jak najmniej przywiązywać do formalnych ram utworu. Jeśli coś nas zaskoczy, to jesteśmy otwarci, żeby pójść w tym kierunku. Na szczęście na tyle wszyscy sobie ufamy, że to się udaje. Muzyka często nas zaskakuje i podążamy za nią – myślę, że to jest właśnie esencja grania jazzu, o to w nim chodzi. Jest to też rodzaj odwagi – na przykład występując na konkursie nie mamy wszystkiego zaplanowanego od A do Z, wystawiamy się na dużą próbę i powstaje pytanie – czy to się uda? Ale mimo to podejmujemy to ryzyko, słuchamy się nawzajem i sobie ufamy.
JF: A propos zaufania, wróćmy do opowieści o członkach zespołu, bo zostało ich jeszcze dwóch.
MB: Filip Krauz gra na trąbce i wnosi do zespołu mnóstwo swojej wrażliwości i pomysłów. Uwielbiam grać z nim partie unisono, bo uważam że brzmieniowo świetnie się uzupełniamy. Jeśli chodzi o instrumenty dęte, to naszą rolą jest dodać koloru kompozycjom. Filip jest bardzo ważnym członkiem grupy, bo to od jego dyplomu wszystko się zaczęło. Razem zakładaliśmy Fleeting Monument. Filip spiął całą koncepcję – gdyby nie on, to być może nikt z nas nie miałby odwagi zebrać tej grupy ludzi. Odgrywa zatem nie tylko ważną rolę muzyczną, ale też formalną w zespole.
Gra z nami jeszcze pianista Mateusz Ozga. On jest spoiwem całego zespołu. Każdy z nas ma bardzo indywidualny i mocny charakter. Mimo że gramy do wspólnej bramki, czasami trudno jest dojść do konsensusu. Założeniem zespołu jest otwartość na zmiany i pomysły innych, ale jest to bardzo trudne, jesteśmy tylko ludźmi. To właśnie Mateusz zawsze znajduje ostateczne rozwiązanie, potrafi załagodzić każdy konflikt i najlepiej podsumowuje sytuację, w której się znajdujemy, działa jak mediator. Nie wyobrażamy sobie współpracy z innym pianistą – Mateusz rozumie doskonale nas wszystkich, podłapuje pomysły, jest bardzo odważny w swojej grze, wnosi dużo charakteru.
JF: Wśród inspiracji, które słychać w Waszej grze, wybija się oczywiście Wayne Shorter, ale usłyszałam też wyraźnie podczas Konkursu Bielskiej Zadymki Jazzowej Waszą fascynację Bradem Mehldauem. Czy każdy z Was słucha podobnej muzyki i spotykacie się w tych inspiracjach, czy raczej zupełnie na odwrót – słuchacie różnych wykonawców i dzięki temu brzmienie zespołu Fleeting Monument jest trochę eklektyczne?
MB: Każdy z nas ma różne inspiracje i swojego instrumentalnego bohatera, ale co do estetyki zespołu Fleeting Monument, zgadzamy się w stu procentach i mamy jej wspólną wizję. Często słuchamy razem muzyki i o niej dyskutujemy – i to jest wspaniałe. Jeśli chodzi o Wayne’a Shortera, inspiruje nas on przede wszystkim jako człowiek, artysta. Miał niesamowite podejście do muzyki, był odważny i pewny siebie w grze; jego koncerty były zaskakujące, pełne interakcji, ale to zawsze muzyka stała na pierwszym miejscu. Miał ogromną pokorę wobec sztuki. To bardzo inspirujące.
JF: Ważne dla waszego zespołu jest granie w sposób autentyczny, sprzeciwiacie się perfekcjonizmowi – także produkcyjnemu. To chyba też jest coś, co wzięliście od Wayne’a Shortera?
MB: Definitywnie. Oczywiście nie chcemy przez to powiedzieć, że perfekcjonizm w muzyce jest zły. Po prostu wszyscy w zespole jesteśmy bardzo emocjonalnymi ludźmi i zależy nam na tym, by docierać do publiczności właśnie poprzez pokazywanie naszej wrażliwości. Wspólnie zdecydowaliśmy, że „czynnik ludzki” będzie dominował w naszej muzyce. Wyszło to właściwie u nas dosyć naturalnie, tak po prostu gramy. Dużo ze sobą rozmawiamy i to też ma wpływ na naszą muzykę. Chcemy odważnie pokazywać siebie, ze wszystkimi niedoskonałościami, wbrew obecnym trendom. Dążąc do perfekcjonizmu zabilibyśmy emocje, które towarzyszą nam na scenie. Emocje z definicji nie są idealne, są ludzkie, dzieją się tu i teraz. Tak samo jak jazz, który jest muzyką danej chwili. Tego nauczył nas Wayne Shorter. Z tym wiąże się nazwa naszego zespołu – Fleeting Monument. „Monument” jako coś doniosłego, ważnego – dla nas tym czymś jest jazz, a „fleeting” podkreśla ulotność chwili, bycie tu i teraz, granie o czymś istotnym w danym momencie.
JF: Jesteście absolwentami szkoły muzycznej. Wasza edukacja opierała się na muzyce klasycznej i jazzie. Ale jesteście też bardzo młodymi ludźmi, dociera do Was muzyka spoza kanonu szkoły. Zastanawiam się, czy potrzeba autentyczności nie wyniknęła bezpośrednio z tego, co dzieje się np. w świecie muzyki pop – żyjemy w czasach auto-tune’a i coraz szerszego użycia sztucznej inteligencji przy produkcji muzyki.
MB: Tak, dla mnie nasza gra to rodzaj manifestu. Sprzeciwiamy się temu, co obecnie dzieje się na rynku muzycznym. Wszystko teraz jest perfekcyjne i wycyzelowane, takie podejście zdominowało rynek muzyczny. Jazz daje nam natomiast przestrzeń do poszukiwań ludzkiej strony muzyki, żywego czynnika, emocji, wrażliwości. Jako Fleeting Monument chcemy przypomnieć o źródle jazzu, który wziął się przecież m.in. od bluesa i był potrzebny ludziom, by wyrażać swój ból i emocje. Chcemy przypomnieć – często sobie! – o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi. Sposób naszej gry jest egzemplifikacją nas, tu i teraz, na scenie i chcemy się tym naszym nieidealnym światem dzielić.
JF: Rozwój muzyki jazzowej wynikał z akceptacji błędów, grania „złych” nut i sprawdzania dokąd one zaprowadzą. Czy to dlatego, jako uczniowie szkoły muzycznej, zainteresowaliście się jazzem? Szukaliście większej swobody wykonawczej?
MB: Zdecydowanie tak było. Mówię tutaj za siebie. Ukończyłam 12 lat klasycznej szkoły muzycznej i bardzo chciałam zrobić coś na przekór systemowi, który wciskał mnie w określone ramy. Narzucony często rodzaj interpretacji utworu nie satysfakcjonował mnie artystycznie. Chciałam eksplorować, szukać czegoś więcej. Zainteresowałam się jazzem, którego forma ekspresji mnie zaabsorbowała. Granie jazzu było i wciąż jest dużym wyzwaniem, co dla mnie – jako młodej osoby szukającej celu w życiu – ma duże znaczenie! Chcę się rozwijać. Szukam czegoś więcej w muzyce i cieszę się, że jazz dał mi możliwość ucieczki od narzuconych przez szkołę form ekspresji i interpretacji muzyki.
JF: Porozmawiajmy o Waszej debiutanckiej płycie, która trafi do rąk czytelników JAZZ FORUM wraz z tym numerem. To album, który został zarejestrowany podczas Waszego recitalu w trakcie Konkursu Bielskiej Zadymki Jazzowej. Jesteście zadowoleni z tego nagrania?
MB: To płyta nagrana live, znalazło się na niej miejsce i na błędy, i na wspaniałe rzeczy, które wydarzyły się podczas tego koncertu – niektóre nas samych zaskoczyły! Wszystko, o czym mówiłam w tym wywiadzie, znajduje odzwierciedlenie na naszej debiutanckiej płycie. Nie jest to album perfekcyjny – to rejestracja konkursowych emocji i naszej muzycznej rozmowy, która wydarzyła się w tamtym momencie na scenie. Szczerze mówiąc – debiut w formie płyty koncertowej jest wyjściem ze strefy komfortu, bo to oznacza pokazanie siebie dokładnie takim, jakim się jest – bez dodatkowych nagrań i poprawek. Myślę, że to odważne z naszej strony, tym bardziej, że dzień po Konkursie mieliśmy możliwość skorzystania ze studia nagraniowego i zarejestrowania tego materiału na nowo. Uznaliśmy jednak, że muzyka na tym straci, a nie zyska. Ta płyta to zapis konkretnego momentu, konkursowych emocji, energii płynącej z estrady. Właśnie tacy, prawdziwi, chcemy się pokazać słuchaczom.
Rozmawiała: Marta Kula, dziennikarka muzyczna Radia 357