Wytwórnia: Soliton 1722
Take the Lift; Jagoda Interlude; Jagoda; Hidden Toys; Nostalgia; Linebreaker; Nardis; Awaken Desires; Blue Sus; One Finger Snap
Muzycy: Tomasz Zyrmont, fortepian; Sean Khan, saksofon altowy; Ben Hazleton, kontrabas; Filippo Galli, perkusja
Pianista i kompozytor, absolwent katowickiej Akademii Muzycznej oraz londyńskiej Guildhall School of Music and Drama. Od lat buduje pomost między polską wrażliwością a brytyjską sceną jazzową. Po latach eksperymentów z fusion i formacją Groove Razors, Tomasz Zyrmont powraca do korzeni z nowym, w pełni akustycznym projektem.
Album „London Manifest”, wydany nakładem trójmiejskiego wydawnictwa Soliton, otrzymują wraz z niniejszym numerem prenumeratorzy JAZZ FORUM. To intymny zapis blisko dwóch dekad życia w brytyjskiej metropolii, opowieść o miejscach, spotkaniach i emocjach, które ukształtowały jego dzisiejszy język muzyczny. Rozmawiamy o kulisach powstania nowego kwartetu, różnicach między polską a brytyjską sceną oraz o tym, jak połączyć jazzową tradycję ze współczesnym rytmem wielkiego miasta.
Z Tomaszem Zyrmontem rozmawia: Piotr Wojdat
JAZZ FORUM: Pretekstem do naszej rozmowy jest Twój nowy album zatytułowany „London Manifest”. Jak należy rozumieć tytuł tej płyty?
TOMASZ ZYRMONT: „London Manifest” to moja trzecia płyta, a zarazem pierwsza wydana pod własnym nazwiskiem. Ze względu na akustyczny skład, jest to projekt o zupełnie innej specyfice niż poprzednie. Tytuł odnosi się do miejsca, w którym mieszkam i tworzę od ponad 17 lat – to właśnie tutaj zebrałem refleksje i emocje, które stały się fundamentem tego albumu. Płyta jest manifestem mojej obecności w Londynie – mieście niezwykle inspirującym i dynamicznym, ale bywa, że i bardzo wymagającym. Łącząc autorskie kompozycje ze standardami jazzowymi, chciałem opowiedzieć o tych wszystkich doświadczeniach i spróbować na nowo określić w nich samego siebie.
JF: Czy możesz przybliżyć skład swojego zespołu? Jak doszło do Waszej współpracy?
TZ: Najdłużej, bo już od kilkunastu lat, znam się z nietuzinkowym saksofonistą altowym Seanem Khanem. Wielokrotnie spotykaliśmy się w różnych składach oraz podczas wspólnych jam sessions w centrum Londynu. Zachwycam się jego frazowaniem oraz swobodą ekspresji, gdyż ma on swój wyjątkowy język. Na kontrabasie towarzyszy nam Ben Hazleton – doświadczony muzyk pochodzący z Walii, który nie boi się eksperymentów. Jego szerokie horyzonty – od gry na tabli po fascynację kulturą Bliskiego Wschodu i praktykę jogi – czynią go fascynującym człowiekiem, a jako basista dysponuje brzmieniem, które idealnie mi odpowiada. Najmłodszym ogniwem kwartetu jest pochodzący z Włoch perkusista Filippo Galli. Poznaliśmy się przy innym projekcie i od razu doceniłem jego świeżość oraz energię. Filippo jest bardzo aktywny na londyńskiej scenie, a jego kolorystyka gry doskonale współgra z moją wizją zespołu.
JF: Jak powstawała płyta „London Manifest”? Opowiedz proszę o przebiegu Waszej sesji nagraniowej.
TZ: W ubiegłych latach nagrywałem częściej na różnych instrumentach klawiszowych, jednak ostatnio postawiłem ponownie na brzmienia akustyczne i fortepian. To dla mnie swoisty powrót do korzeni, ponieważ właśnie ten instrument studiowałem zarówno w Polsce, jak i w Londynie. Dzięki temu moje kompozycje zaczęły nabierać bardziej lirycznego charakteru. Grając z moimi muzykami, coraz wyraźniej słyszałem, jak chciałbym to wszystko zaaranżować. Pisałem nowe utwory i przedstawiałem je na próbach, aż w końcu, mniej więcej trzy lata temu, pojawił się pomysł, żeby ruszyć z nowym kwartetem pod własnym nazwiskiem. W 2023 roku zagraliśmy kilka koncertów, między innymi w Polsce, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że trzeba ten materiał zarejestrować. Planując „London Manifest”, stwierdziłem, że oprócz najnowszych rzeczy nie może zabraknąć kompozycji z przeszłości – takich jak Take the Lift czy Blue Sus. Po wspólnym ogrywaniu materiału nadszedł czas na studio. Kilka miesięcy wcześniej zastanawialiśmy się nad wyborem miejsca i ostatecznie zdecydowaliśmy się na współpracę z West London University Studios. Album został tam nagrany latem 2025 roku w ciągu kilku dni. Potem materiał powędrował do zaufanego producenta i klawiszowca, Arkadiusza Nawrockiego, szefa Lordfader Studio w Warszawie, którego odwiedziłem osobiście. Następnie zacząłem szukać wydawcy. Byłem na tym etapie bardzo otwarty, brałem pod uwagę wytwórnie brytyjskie, ale cały czas czułem, że warto przypomnieć się polskiej publiczności. Wybór padł na trójmiejski Soliton – ich oferta wydała mi się najciekawsza, także pod względem portfolio wydawniczego. Płyta ukazała się 22 stycznia 2026 roku. Pierwszy singiel, Linebreaker, zadebiutował w London Music Radio w audycji Jazz Incorporated Show, w dniu naszego koncertu na London Jazz Festival, natomiast koncertowa premiera materiału odbyła się w legendarnym londyńskim 606 Club.
JF: Powiedziałeś, że na Twojej płycie znajdują się kompozycje autorskie odnoszące się między innymi do różnych wspomnień czy wydarzeń z życia. Czy możesz rozwinąć ten temat?
TZ: Zacznę od Take the Lift, czyli kompozycji otwierającej płytę. Jej korzenie sięgają jeszcze czasów przed moim wyjazdem z Polski, choć wtedy powstał tylko zarys, nad dalszą częścią i aranżacją pracowałem już w Londynie. Ogrywałem ten materiał w różnych składach i uznałem, że będzie idealnym wyborem na album – zwłaszcza że kojarzy mi się z życiową zmianą i przeprowadzką do Wielkiej Brytanii. Zazwyczaj to właśnie od niego zaczynamy nasze koncerty.
Jagoda z kolei to utwór dedykowany mojej żonie, nawiązujący do naszej relacji i wspólnego odkrywania Londynu. Podobny, osobisty charakter ma Hidden Toys, który odnosi się do moich ulubionych zakątków miasta, a w rezultacie jest zadedykowany mojemu synkowi. Z kolei Nostalgia przywołuje wspomnienia z przeszłości i odwołuje się do moich polskich korzeni. To bardzo spokojna ballada, którą wykonujemy w trio, bez udziału saksofonisty.
Linebreaker to jedna z moich najnowszych kompozycji, napisana zaledwie rok temu, która mocno osadza się w stylistyce i rytmie życia współczesnej metropolii. Kompozycja opiera się na zmiennym metrum, ma w sobie silną pulsację i groove, ale oferuje też chwilę wytchnienia.
Następnie mamy Nardis – czyli hołd dla Milesa Davisa. Wiedziałem, że na płycie nie może zabraknąć moich ulubionych standardów, które nierozerwalnie łączą się z moim pobytem tutaj. Moja aranżacja jest bardziej groove’owa niż oryginał, a dzięki wprowadzeniu nowych akcentów i orientalnego kolorytu oddaje wielokulturowość Londynu.
Awaken Desires to utwór, który pierwotnie grałem z zespołem fusion, jednak w studiu postawiłem na spontaniczne solo na fortepianie. Opowiada on o potrzebie eksploracji i rozbudzonych artystycznych pragnieniach. Autorską całość zamyka Blue Sus, napisany aż szesnaście lat temu podczas zajęć w Guildhall School of Music and Drama. Moim celem było wtedy stworzenie bluesa, który w nieszablonowy sposób łamie klasyczne zasady gatunku.
JF: Jak słuchałem tego utworu, to od razu poczułem, że jest naładowany pozytywną energią.
TZ: Myślę, że wynika to z oparcia całej harmonii na akordach susowych – takie było moje pierwotne założenie i stąd też wzięła się nazwa utworu Blue Sus. Osadzony groove i aranżacja sprawiają, że utwór wykonuje się z ogromną werwą, także na scenie.
Z kolei One Finger Snap, który wieńczy płytę, to kompozycja Herbie’ego Hancocka. Wybór ten jest formą podziękowania dla artysty będącego dla mnie – i całego zespołu – wielką inspiracją. Ten utwór stanowi idealną klamrę spinającą album, podkreśla nasze jazzowe korzenie i spaja całość materiału.
JF: Wspomniałeś o Milesie Davisie i Herbie’m Hancocku. Kto jeszcze Cię inspiruje?
TZ: Na czele mojej listy inspiracji na pewno znalazłby się Mulgrew Miller. Tego wybitnego pianistę cenię przede wszystkim za unikalny puls, czytelne harmonizacje – bez przeładowania – oraz za elegancję w połączeniu tradycji z nowoczesną narracją. Ze współczesnych legend jazzu zawsze zachwycał mnie Kenny Garrett, z którym miałem zresztą okazję porozmawiać w Londynie. Wśród brytyjskich znakomitości wymieniłbym Kenny’ego Wheelera za piękne kompozycje i brzmienie, a także Dave’a Hollanda za niepowtarzalny i stabilny styl gry oraz sposób, w jaki uskrzydla swój zespół.
Polskiej publiczności bez wątpienia polecam także londyńskich pianistów Jasona Rebello i Gwilyma Simcocka oraz saksofonistę tenorowego Tony’ego Kofi, z którym miałem przyjemność zagrać. Z młodej brytyjskiej sceny jazzowej – saksofonistkę Emmę Rawicz lub bardziej eksperymentalny nu-jazzowy projekt Blue Lab Beats. Generalnie staram się być bardzo otwarty i na co dzień słucham wielu różnorodnych gatunków.
JF: Jak oceniasz londyńską scenę muzyczną z perspektywy kilkunastu lat funkcjonowania w tym środowisku? Przypuszczam, że masz na ten temat sporo przemyśleń. Ciekawi mnie, jak wspominasz swoje początki i co zmieniło się w tym miejscu do dziś.
TZ: Londyńska scena jazzowa od samego początku urzekła mnie swoją gościnnością. Odniosłem wrażenie, że jest to środowisko niezwykle przyjazne i otwarte na nowych twórców – zapewne wynikało to z faktu, że na starcie bardzo dużo jamowałem. Wiele cennych znajomości nawiązałem również podczas studiów w Guildhall School of Music & Drama.
Wyjątkową aurę Londynu tworzą artyści z całego świata; nie jest to scena hermetyczna, lecz stale tętniąca życiem i podlegająca naturalnej rotacji. Fakt, że ludzie nieustannie tu przyjeżdżają i stąd wyjeżdżają, czyni to środowisko niezwykle interesującym.
Ten buzujący klimat to efekt świeżości oraz ogromnego muzycznego rynku pracy. Londyn to potężna metropolia, w której mnóstwo się dzieje – od licznych musicali i orkiestr, po prestiżowe uczelnie. Dzięki temu muzycy mogą liczyć na pewną stabilność, co z kolei daje przestrzeń na eksperymenty, ale też miejsce dla artystów nurtu mainstreamowego.
Scena łączy klasyczne elementy jazzu z rytmami afrodiasporycznymi, kulturą klubową i wpływami gatunków takich jak hip-hop, acid jazz, afrobeat czy grime. Słyszalne są tu silne tradycje gitarowe, bogate aranżacje instrumentów dętych oraz kreatywne wykorzystanie elektroniki. Ogromna liczba kolektywów i miks stylów nadają londyńskiej scenie niepowtarzalności.
Gdybym miał porównać Londyn do innych scen, w tym przede wszystkim do polskiej, to muszę przyznać, że u nas w kraju poziom jest również bardzo wysoki. Nie chciałbym oceniać, gdzie jest lepiej, a gdzie gorzej. W Londynie z pewnością łatwiej o kontakt z muzykami z najdalszych zakątków globu, co sprzyja częstszemu nawiązywaniu międzynarodowych współprac. To miasto, które po prostu nigdy się nie zatrzymuje.
JF: Jak z Twojej perspektywy wygląda kondycja polskiej sceny jazzowej na tle tej londyńskiej? Jak często udaje Ci się teraz bywać w kraju i jakie zmiany dostrzegasz w rodzimym środowisku muzycznym po latach.
TZ: Oczywiście na bieżąco obserwuję rodzimy rynek muzyczny, w tym poczynania kolegów z Akademii Muzycznej w Katowicach czy artystów z mojego rodzinnego Gorzowa Wielkopolskiego, gdzie mamy naprawdę silną reprezentację. Śledzę też to, co dzieje się w Szczecinie, w którym mieszkałem i aktywnie występowałem przez kilka lat. Cały czas utrzymuję kontakty i widzę, jak dynamicznie wszystko się rozwija. Ciekawą różnicą jest to, że o ile w Anglii życie jazzowe koncentruje się głównie w Londynie, o tyle w Polsce jest ono znacznie bardziej rozproszone na wiele prężnych ośrodków.
Polska scena jest postrzegana jako niezwykle mocna i kreatywna, co znajduje odzwierciedlenie w jej renomie tutaj, w Wielkiej Brytanii. Wielu moich tutejszych znajomych dopytuje o możliwości koncertowania w naszym kraju. O ile dawniej kojarzono głównie Tomasza Stańko, o tyle dziś świadomość brytyjskich muzyków jest znacznie większa – wysoko cenią oni zarówno polski jazz, jak i naszych klasyków. W polskiej muzyce tkwią specyficzny duch i głębia, którą moi koledzy świetnie eksplorują. Choć Londyn bywa bardziej ekspresyjny i nowoczesny w brzmieniu, to nasi artyści coraz częściej zaznaczają swoją obecność na tutejszych festiwalach czy podczas wydarzeń w topowych klubach.
Wracając do samej kondycji jazzu w kraju – postęp, zaangażowanie i liczba wydawanych albumów są imponujące. Pod wieloma względami polski rynek nie tylko nie ustępuje brytyjskiemu, ale wręcz może stanowić dla niego wzór. Widzę gigantyczną różnicę w porównaniu do czasu, gdy wyjeżdżałem z kraju. Wtedy Londyn wydawał się symbolem nowoczesności, dziś te różnice niemal całkowicie się zatarły, głównie dzięki ogromnej kreatywności i ambicjom polskich muzyków.
JF: Jakie masz plany na najbliższą przyszłość?
TZ: Aktualnie promocja albumu nabiera dużego tempa, między innymi dzięki wsparciu NTG All Stars. Płyta trafiła już do sprzedaży na rynek brytyjski. Po raz pierwszy działania marketingowe dotyczące mojej płyty są tak szeroko zakrojone. Równolegle przygotowuję się do nadchodzących koncertów z kwartetem. Zaczynamy 8 maja w moim rodzinnym Gorzowie Wielkopolskim. Uwielbiam tam wracać, bo to właśnie w tym mieście stawiałem swoje pierwsze jazzowe kroki. Jednocześnie intensywnie pracujemy nad ustaleniem kolejnych terminów występów w Londynie.
W głowie mam już plany na nowe nagrania. Zastanawiam się, czy przybiorą one formę solową, czy ponownie postawię na kwartet. Moim wielkim marzeniem jest również zaproszenie gości z Polski, by połączyć oba te bliskie mi światy muzyczne.
Rozmawiał: Piotr Wojdat