Intro; Cannonbird; Pilnie potrzebna dobra wróżka; Zielono mi; Svantetic; Zarys
Muzycy: Tymon Okolus, puzon; Andrzej Frydko, trąbka; Leon Jakubek, fortepian, instr. klawiszowe; Piotr Golec, gitara basowa, kontrabas; Wojciech Lubczyński, perkusja; gościnnie Maciej Kądziela, saksofon altowy (6)
Wybrane nagrania zespołu Rebirth z debiutanckiej płyty „On Air” otrzymują na CD wraz z wydaniem JAZZ FORUM 9/2026 prenumeratorzy naszego czasopisma. Muzycy zespołu, który stał się objawieniem ostatnich miesięcy, konsekwentnie grali to, co kochali, z szacunkiem podchodząc do polskiej klasyki jazzu i odciskając na niej własne, charakterystyczne piętno. Sposób, w jaki wypłynęli na młodą scenę polskiego jazzu, budzi szacunek u całej swingującej braci. Rebirth to nie tylko zespół, to grupa kompanów zjednoczonych pod sztandarem „Jazz”. Można odnieść wrażenie, że receptą na sukces są u nich dwa słowa: pasja i konsekwencja. A co oni sami o tym sądzą?
Z pianistą Leonem Jakubkiem rozmawia Piotr Iwicki:
JAZZ FORUM: Słucham waszej muzyki z zainteresowaniem, a wręcz zdumieniem, że ktoś gra w Polsce w formule akustyczno-elektrycznej, a jednak stroniącej od fusion.
LEON JAKUBEK: Lubimy grać w różnych formułach, aczkolwiek tę, którą słychać na płycie, ukształtowała w większości tematyka – utwory Ptaszyna wymagają umiejętnego dobrania brzmień i efektów, by nie przyćmić zamysłu kompozytora. Nie stronimy od elektroniki i w przyszłości planujemy otworzyć się szerzej na ten aspekt, jednak cenimy czyste brzmienie instrumentów i staramy się wyciągnąć z nich jak najwięcej. O naszym brzmieniu stanowić może też to, że w większości jesteśmy po klasycznych szkołach muzycznych i do jazzu podeszliśmy troszkę inaczej – każdy z nas gra tę muzykę z zamiłowania i fascynacji nią. Spotkaliśmy się na warsztatach jazzowych w Chodzieży, to tam połączyło nas granie na jamach klasyków jazzu polskiego i międzynarodowego, tam zrodził się pomysł interpretowania tychże klasyków po swojemu. Jan Ptaszyn Wróblewski, który nawiasem mówiąc urodził się w moim rodzinnym mieście, w Kaliszu i chodził do tego samego liceum im. Adama Asnyka, zawsze był dla nas ważną postacią i pewnego rodzaju wzorem przy wspólnym graniu. Jego słynne „Trzy kwadranse jazzu” były dla nas bardzo inspirujące. Poszukując tematu na projekt, chcieliśmy ukierunkować się na polskich kompozytorów i rzucić na nich świeże światło, stąd nazwa Rebirth („odrodzenie”), która zresztą ma też jeszcze jeden wymiar w naszym zespole, ale to już kwestia na inną okazję. Gdy rozeszła się wiadomość o śmierci Ptaszyna, było dla nas jasne, że to jego twórczość stanie się trzonem naszej współpracy. Nasze brzmienie na tym krążku to bez wątpienia wypadkowa różnych czynników, w dużej części także właśnie postaci Jana Ptaszyna Wróblewskiego.
JF: Brzmienie twojego piana Fendera w pewien sposób określa stylistykę i sound grupy. Jak dzielicie ciężar odpowiedzialności za formację? Demokracja tak typowa dla jazzu czy jednak lider i jego kompani?
LJ: U nas jest pełna demokracja i nie ma jednego lidera, zawsze staramy się to zaznaczać. Jesteśmy jednym wspólnym organizmem, który bardzo dobrze się rozumie, ale i niejednokrotnie daje sobie konstruktywne uwagi i wchodzi w szczere dyskusje nad kierunkiem interpretacji danego utworu. Każdy wnosi serce i charakterystyczne brzmienie swoich instrumentów. Oprócz tego, że na płycie głównie gram na fortepianie, to mój Nord może zwracać uwagę, ponieważ uwielbiam swoją grą tworzyć tło w zespole. Mamy dwóch wspaniałych „dęciaków”: Tymona Okolusa na puzonie i Andrzeja Frydko na trąbce; doskonałego i wrażliwego na dźwięki perkusistę Wojtka Lubczyńskiego oraz najmłodszego, niesłychanie utalentowanego basistę Piotrka Golca, który stanowi jeden z filarów zespołu. Każdy z nas stanowi równie istotną warstwę zespołu, ja staram się swoim brzmieniem zespalać te warstwy ze sobą.
JF: Wiele się mówi o waszym koncercie z udziałem Macieja Kądzieli w Jassmine. Jest też na płycie w Zarysie. Ci, którzy tego słuchali, pieją z zachwytu. Nie myśleliście o zacieśnieniu współpracy?
LJ: Tak, koncert w Jassmine był jednym z naszych marzeń, które się spełniło. Był to jeden z naszych lepszych występów. Prestiż tego klubu, klimat, nagłośnienie, wszystko to spowodowało, że czuliśmy się wspaniale, grając ten koncert. Dodatkowo, los zesłał nam możliwość dzielenia sceny z Maćkiem Kądzielą. To było bardzo uskrzydlające doświadczenie i występ, który stanowił pewien kamień milowy dla naszej grupy. Jesteśmy za to Maćkowi bardzo wdzięczni. Co do zagęszczenia współpracy – jesteśmy na to otwarci i mamy nadzieję, że jeszcze nie raz będzie nam dane wspólnie wystąpić. Ten koncert pokazał, że szybko potrafimy się z Maćkiem zgrać i znaleźć wspólny język, mamy nadzieję, że było to widać na scenie. Niewątpliwie chcemy, by trzon kwintetu stanowił obecny skład, natomiast oczywiście chętnie podejmiemy wszelkie współprace.
JF: Zbyszek Hołdys, mój znakomity kolega i sąsiad twierdzi, że zespół musi być jak gang – jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Jak to z wami było?
LJ: Tak, w naszym przypadku to stwierdzenie idealnie się sprawdza. Z biegiem czasu staliśmy się bliskimi przyjaciółmi, można powiedzieć braćmi. To bardzo pomaga w zgraniu muzycznym. Już po pierwszym wspólnym jam session w Chodzieży spostrzegliśmy, że rozumiemy się w zasadzie bez słów i że ten skład ma duży potencjał, by wspólnie stworzyć coś fajnego. Jestem przekonany, że to powiedzenie – jeden za wszystkich wszyscy za jednego – będzie nam jeszcze towarzyszyć bardzo długo.
JF: Obecność Ptaszyna to chyba coś więcej niż tylko obecność jego głosu na płycie i hołd dla artysty?
LJ: Racja. Nie chcę mówić zbyt patetycznie i nieskromnie, stawiać nas w roli następców Ptaszyna, ponieważ nie uważamy byśmy byli jej godni. Nie jest to jednak jedynie hołd w postaci wykonywania kompozycji Mistrza. Jego śmierć bardzo nami wstrząsnęła, bo grywaliśmy wcześniej jego utwory, słuchaliśmy audycji i chodziliśmy na koncerty. Czekaliśmy z niecierpliwością na kolejne wakacyjne warsztaty Cho-Jazz i przede wszystkim na koncert, który Ptaszyn miał zagrać, ale niestety nie dożył już tego momentu i zmarł dwa miesiące wcześniej w wieku 88 lat. Poczuliśmy się w obowiązku, by poprzez muzykę oddać hołd tak wielkiemu człowiekowi. Jego kompozycje pozostaną w nas na długo, a wykonywanie ich w ramach tego projektu odegrało niesłychanie ważną rolę w muzycznym rozwoju każdego z nas. Ptaszyn, jak wcześniej wspomniałem, był tak jak ja, kaliszaninem.
W maju tego roku otrzymałem Stypendium Kulturalne z rąk Prezydenta Miasta Kalisza na realizację projektu o charakterze artystycznym i kulturalnym. Postanowiłem, że to idealny moment, by właśnie teraz przeznaczyć te środki na nagranie tego materiału. Dzięki stypendium udało się w części zrealizować nagranie płyty. Patronatem medialnym naszą płytę objęli: „Trójka”, JAZZ FORUM i „JazzPress”. Poza tym Polskie Radio jest licencjodawcą fonogramu i nasza płyta powstała we współpracy z tą instytucją, co słuchacze rozpoznają już w pierwszych dźwiękach Intro. Była to ostatnia audycja Ptaszyna, emisja z dnia 6 maja 2024 roku.
Chciałbym też podkreślić, że wyjątkową osobą, która towarzyszyła nam przy produkcji płyty, jest Jarek Wierzbicki. On nie tylko realizował nam sesję zdjęciową, to dobry duch i wsparcie artystyczne na całej drodze realizacji płyty.
JF: Podoba mi się wasze nagranie, bo choć są na nim pewne niedoskonałości, zadziorki, to jednak tego nie wyczyściliście, a przecież technologia daje nieograniczone możliwości. Czy dobrze odczytuję – przedstawiliście muzykę taką, jaką jest, bez makijażu?
LJ: Właściwie tak, taki był zamysł, aby ta płyta była jak najbardziej naturalna, z jak najmniejszą liczbą korekt. Jan Smoczyński w studiu Tokarnia 2.0 realizował naszą sesję nagraniową, po mistrzowsku wykonał mix oraz mastering i zrobił to bardzo szybko, bo nie było zbyt wiele poprawek. Jeden z utworów, Svantetic Krzysztofa Komedy, zagraliśmy tylko jeden raz podczas sesji i oprócz drobnych zabiegów w intro i zakończeniu został on umieszczony na albumie bez żadnej ingerencji w post-produkcji. Zależało nam na tym, zwłaszcza w tym utworze, którego formuła jest najbardziej otwarta ze wszystkich na tej płycie. Bardzo mile wspominamy też czas nagrywania tego materiału, przyjemne rozmowy i świetną współpracę z Jankiem Smoczyńskim – zarówno w samym studiu, jak i później po nagraniu. Dziękujemy, że było nam dane nagrywać właśnie tam. Jesteśmy również wdzięczni za recenzję i miłe słowa Janka, które z przyjemnością umieściliśmy na naszym wydaniu winylowym płyty, które ukaże się już 10 września.
JF: Kroczycie od festiwalu do festiwalu, od konkursu do konkursu. Jak bardzo te konkursy i laury są potrzebne w naszych czasach, gdy de facto pozycję zespołu określa popyt na bilety, płyty i liczba odtworzeń w sieci?
LJ: Myślę, że my po prostu robimy to, co kochamy, a te sukcesy przychodzą często niespodziewanie. Nie wywieramy w zespole zbyt dużej presji jeżeli chodzi o wygrywanie konkursów, czasami spontanicznie zgłaszamy się na jakiś przegląd czy festiwal. Oczywiście jest to bardzo miłe i schlebia nam, że jesteśmy nagradzani za to, co robimy, ale trzeba pamiętać, że nadal jesteśmy bardzo młodzi, dopiero uczymy się tej trudnej i pięknej sztuki grania. Przed większością z nas są studia i jeszcze wiele lat edukacji. Cieszymy się z każdego sukcesu, natomiast mamy świadomość, że jesteśmy dopiero na początku drogi. Oczywiście, w dzisiejszych czasach media są wszechobecne i pokazywanie się na konkursach jest istotne, ale chyba nie najważniejsze.
JF: Opowiesz o najbliższych planach i tych odleglejszych? Zapewne wielu czytelników i czytelniczek właśnie otwiera kalendarze i notesy…
LJ: Najbliższe plany to oczywiście koncert promujący naszą płytę, który gramy na jubileuszowej 10. edycji Love Polish Jazz Festival w Tomaszowie Mazowieckim 19 września. Podobnie jak w Jassmine, wystąpi tam z nami gościnnie Maciek Kądziela. Następnie zaprezentujemy się w Kaliszu w Centrum Kultury i Sztuki w sobotę 24 października. Będzie to dla nas ważny koncert, bo wracamy na scenę, na której otwieraliśmy I edycję Kalisz Ptaszyn Fest w rocznicę urodzin Jana Ptaszyna Wróblewskiego. Na tej samej scenie występowali wtedy m.in. Special Quartet – wielcy muzycy i przyjaciele Ptaszyna, z którymi grał całe życie. O kolejnych koncertach będziemy informować na bieżąco w naszych mediach społecznościowych (Instagram, Facebook). Aktualne informacje będą również dostępne na naszej stronie internetowej rebirthquintet.com.
JF: A fonograficznie coś się kroi, czy chwilowo promujecie to, co już jest?
LJ: Oczywiście promujemy nasze dziecko, nasze pierwsze wydawnictwo, z którego jesteśmy bardzo dumni. Winyle w limitowanej, numerowanej serii ukażą się 10 września. Natomiast płyta CD jest już do nabycia po koncertach, a także przez Internet na naszej stronie. W planie mamy swój autorski materiał, który chcielibyśmy zaprezentować publiczności w przyszłym roku, ale póki co nie będziemy zdradzać szczegółów.
JF: Czego życzy się zespołowi w trzecim roku jego istnienia?
LJ: Przede wszystkim tego, by płyta była dobrze odebrana przez środowisko muzyczne i naszych słuchaczy i aby nasze interpretacje utworów Mistrza pomagały kultywować pamięć o jego postaci – taki cel przyświecał nam od początku tego projektu. Dodatkowo, żeby publiczność szczelnie wypełniała sale koncertowe i z przekonaniem wspierała muzykę na żywo, wykonywaną przez ludzi, dla ludzi. W obecnych czasach jest to tym bardziej niezbędne. Myślę, że można nam również życzyć owocnej i kreatywnej pracy nad materiałem do naszej autorskiej płyty.
Autor: Piotr Iwicki