Wytwórnia: Krzysia Górniak

Meditation; Sea Salt on My Lips; Talking Rain; Moments; The Storm Is Looming Ahead; Strawberry Kisses; Spring; Friendship; Emotions

Muzycy: Krzysia Górniak, gitara; Michał Jaros, kontrabas; Marcin Jahr, perkusja; Malwina Hendzel, Małgorzata Kucharek, skrzypce; Jagienka Jaskólska, altówka; Zuzanna Konstantynowicz, wiolonczela


String Orchestra

Krzysia Górniak

Krzysia Górniak już od 30 lat przeciera szlaki dla kobiet-instrumentalistek na polskiej scenie jazzowej. Z okazji tego jubileuszu ukazuje się płyta zawierająca jej kompozycje w aranżacjach na trio jazzowe złożone z Michała Jarosa na kontrabasie i Marcina Jahra na perkusji oraz orkiestrę smyczkową. Album ten otrzymują prenumeratorzy naszego pisma wraz z najnowszym numerem.

O historii powstania tej płyty, poszczególnych etapach życia naszej gitarzystki, a także planach, fascynacjach i zamierzeniach z Krzysią Górniak w redakcji JAZZ FORUM rozmawia Marek Romański:

JAZZ FORUM: Tą orkiestrową płytą obchodzisz 30-lecie pracy twórczej – jak wyliczyłaś sobie ten jubileusz? Co uznajesz za początek scenicznej kariery?

KRZYSIA GÓRNIAK: W 1995 r. rozpoczęłam swoją pierwszą pracę z orkiestrą Teatru Muzycznego Roma przy spektaklu „Błękitny zamek” Romana Czubatego w reżyserii Jana Skotnickiego, zagrałam około stu przedstawień. Ta praca dała mi pewną perspektywę, pozwoliła zrozumieć, na czym polega bycie muzykiem w orkiestrze, szczególnie w orkiestrze teatralnej. Zrozumiałam, że raczej nie chciałabym tego robić zawodowo. Czułam, że moja osobowość jest otwarta na kreatywność i poszukiwanie własnego brzmienia, podczas gdy gra w orkiestrze polega przede wszystkim na wykonywaniu zapisanego materiału i jego wiernym powtarzaniu. Mimo to była to bardzo wartościowa praca i cenne doświadczenie – współpracowałam wtedy z dwoma lub trzema dyrygentami, co wiele mnie nauczyło.Zresztą w ogóle możliwość bycia otoczonym orkiestrą, słuchania jej brzmienia od środka to niesamowite doznanie – zupełnie inne niż wtedy, gdy jesteś na widowni.

Jednak zaczęłam grać publicznie wcześniej, jeszcze jako uczennica szkoły na Bednarskiej. Udzielałam się już wtedy na jamach, cały czas byłam obecna w warszawskim środowisku. To był czas edukacji, łapania kontaktów. Bardzo często bywałam w klubie Akwarium przy ulicy Emilii Plater. To mnie kształtowało – koncerty w Sali Kongresowej, wieczory w Akwarium. Na pierwszym koncercie jazzowym byłam w wieku 16 lat na Jazz Jamboree – grał Michael Brecker. Od tego zaczęła się moja przygoda z jazzem.

JF: Jak się czujesz z tą trzydziestką?

KG: Nie odbieram tego jubileuszu jako momentu zamknięcia – przeciwnie, to raczej etap otwarcia. W ciągu ostatnich dwóch lat wiele się wydarzyło i wkroczyłam w nową fazę swojej działalności twórczej. Pojawiła się także płyta, która jest pretekstem naszego spotkania. Ten album stanowi dla mnie podsumowanie blisko trzydziestu lat pracy artystycznej i obecności na scenie – to domknięcie pewnego rozdziału, a zarazem symboliczne otwarcie kolejnego.

JF: Kiedy i w jakim momencie powstał pomysł o nagraniu w tak dużym składzie instrumentalnym?

KG: Pomysł na ten album sięga już roku 2015. Wtedy ukazała się płyta „Tribute To Nat King Cole” nagrana z Maciejem Miecznikowskim i z udziałem Atom String Quartet, wydana przez DUX. Znalazły się na niej nowe wersje pięknych utworów śpiewanych przez Nata Kinga Cole’a, w oryginalnych aranżacjach na wokal, dwie gitary, kontrabas, perkusję i instrumenty smyczkowe. Zagraliśmy z tym materiałem kilka koncertów w filharmoniach, z tego co pamiętam z Orkiestrą Polskiej Filharmonii Kameralnej w Sopocie pod dyrekcją Wojciecha Rajskiego, Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Świętokrzyskiej w Kielcach pod dyrekcją Macieja Tarnowskiego, Orkiestrą Symfoniczną im. Karola Namysłowskiego w Zamościu pod dyrekcją Tadeusza Wicherka. I tam zrodził się ten pomysł. Ponieważ potrzebowaliśmy do dwóch setów koncertowych dodatkowych dwóch utworów, dyrektor Wojciech Rajski zaproponował, żeby zagrać moje kompozycje. Stanęło na utworach Friendship i Emotions, które zostały zaaranżowane przez Artura Jurka, a koniec końców trafiły też na mój najnowszy album.

Kiedy zaczęłam grać te kompozycje najpierw z orkiestrą w Sopocie, a potem w Kielcach i Zamościu, zrozumiałam, że brzmią bardzo ciekawie w takim opracowaniu i warto byłoby zrobić taki program – tak, żebym mogła wystąpić ze smyczkami. Bardzo mi się to brzmienie podobało i było też niezwykle inspirujące, jeśli chodzi o improwizowanie. To było jak miękki podmuch wiatru. Czułam się, jakby mnie orkiestra otulała. To jest zupełnie inne granie niż na przykład w kwartecie. My próbujemy w jazzowym kwartecie uzyskać taką miękkość za pomocą na przykład Rhodesa. Wprawdzie ostatnio głównie gram w trio, ale jeśli mam kwartet, to wtedy właśnie tę miękkość wprowadza instrument klawiszowy.

JF: Ta orkiestra na płycie to tak naprawdę kwartet smyczkowy, który nagrywał swoje partie na poszczególne ścieżki stosując nakładki. Z tego powstało wrażenie dużego zespołu.

KG: Teraz jest to możliwe. W studiu po prostu można wielokrotnie nagrywać i dublować konkretne ścieżki. Oczywiście to nie do końca brzmi, jak prawdziwa orkiestra smyczkowa. Obecnie większość nagrań jest jednak w ten sposób realizowana. W pewnym sensie oszukujemy ucho słuchacza poprzez budowanie tej gęstej faktury. Z drugiej strony – w ten sposób ma się większą kontrolę nad samym nagraniem i jego post-produkcją. Coś za coś. Choć uważam, że w tym konkretnym przypadku to zupełnie nie przeszkadza. Praktycznie tego nie słychać. Oczywiście chciałabym w przyszłości mieć nagranie live z koncertu z orkiestrą.

JF: Sporym wyzwaniem musiał być miks całości, skorelowanie tych wszystkich ścieżek?

KG: To prawda. Miksem i masteringiem zajmował się Jeremiasz Hendzel. To już kolejna płyta, którą razem robimy. Wcześniej przez wiele lat pracowałam z Winicjuszem Chróstem. „Memories” z 2020 był jego ostatnim albumem. Winek odszedł przed jego wydaniem. Wcześniej odszedł Grzesiek Grzyb, z którym grałam przez kilka lat. Odszedł też mój przyjaciel, z którym miałam wieloletnią relację i tamta płyta była zamknięciem pewnego etapu w moim życiu.

I wtedy zaczęłam współpracę z Jeremiaszem, on ukończył album „Memories”. Jeremiasz jest młody, ma nowoczesne podejście i świetne ucho. W przypadku miksu tak rozbudowanego składu smyczkowego potrzeba przede wszystkim umiejętności reżysera dźwięku, ale też trzeba doskonale wszystko słyszeć. On to ma, więc praca przebiegała sprawnie. Do tej pory zrobiliśmy razem płytę „Astrolabe” (2022), a także album z kolędami (2021). Okazało się, że ten ostatni ma najwięcej odsłuchań w serwisie Spotify. Od początku grudnia, aż do końca stycznia był na topie w serwisach streamingowych i na playlistach. (śmiech) W 2025 r. nagraliśmy także dwa mini albumy solo guitar „Touch” i „Wings” dla niemieckiej wytworni G2 Records & Publishing.

JF: Piszesz, że dobór utworów na tę płytę jest dla Ciebie opowieścią o różnych etapach Twojego życia. Spróbuj o nich opowiedzieć.

KG: Cześć aranżacji długo leżała w szufladzie. Istotną inspiracją był prof. Klaudiusz Baran, były rektor Uniwersytetu Muzycznego im. F. Chopina w Warszawie, który dwa lata temu zachęcił mnie do realizacji i nagrania projektu, uznając, że to bardzo ciekawy materiał i szkoda, aby pozostawał niewydany.

Cztery utwory – Meditation, Moments, The Storm Is Looming Ahead i Spring zostały opracowane przez Andrzeja Mikulskiego, z którym współpracowałam w czasie, kiedy grałam z Maciejem Miecznikowskim. Dwa – Friendship i Emotions – zostały zaaranżowane przez Artura Jurka, także w tamtym czasie, a pozostałe trzy aranże napisał Michał Jaros i powstały w zeszłym roku.

Wszystkie kompozycje, jakie znalazły się na albumie „Krzysia Górniak String Orchestra”,mają swoją historię we wcześniejszych wydaniach.

Album rozpoczynamy od kompozycji Meditation, której pierwsza wersja ukazała się w 2016 na płycie „Moments”, a skomponowałam ją rok wcześniej. Jest w tonacji d-moll, którą bardzo lubię. Zaczynamy duetem gitary z wiolonczelą i stopniowo dołączają kolejne smyczki – to powolne wprowadzenie słuchacza w brzmienie orkiestrowe. Sekcja rytmiczna zaczyna grać dopiero w drugiej minucie utworu. „Meditation” otwiera album budując napięcie między gitarą a brzmieniem kameralnej orkiestry smyczkowej, co daje kompozycji przestrzeń do zadumy i kontemplacji.

Potem zmieniamy klimat na dynamiczny, przechodzimy do Sea Salt on My Lips – kompozycji z albumu „Memories”. Tu już jest mocniejsze uderzenie smyczków na trzy. Pojawiają się motywy folklorystyczne oberka. To kompozycja inspirowana żeglowaniem. Sól morska na moich ustach – chyba nie ma żadnych wątpliwości, o co tu chodzi. Ja uwielbiam żeglować, to jest moja wielka pasja.

Trzeci utwór, Talking Rain, ukazał się pierwotnie na płycie „Feelings” (2012). Uwielbiam jego aranżację. Michał Jaros napisał tu majstersztyk. Przepiękne są jego dopowiedzenia do tematu. Tam jest lekka polirytmia. Napisałam ten utwór dla mojego taty, gdy leżał w szpitalu po zawale. To był październik, padał deszcz ze śniegiem. Chciałam mu coś przynieść do tego szpitala, żeby sobie posłuchał. Nagrałam temat na gitarze solo. Wersja ze smyczkami dotyka głęboko, także w improwizacjach, nagranych na żywo, bez dogrywek.

Moments – otwierał album o tym tytule. Tam na perkusji grał świetny, szybki rytm Grzesiek Grzyb. On miał ten swój słynny ride, który unosił wszystkich, którzy z nim grali.

Wersję na tej nowej płycie rozpoczyna piękna, smyczkowa opowieść. Dopiero później wchodzę z triem jazzowym i całość rozwija się podobnie jak tamto nagranie. Tu nie ma takich mocnych zwrotów akcji, jak w przypadku Sea Salt on My Lips, Talking Rain, czy nawet Meditation.

W The Storm Is Looming Head aranż smyczkowy świetnie dopowiada to wrażenie sztormu, to jest opowieść o czasie przed burzą, która w końcu przychodzi, a po niej jest oddech i uspokojenie.

Strawberry Kisses to pierwszy utwór na płycie „Memories”. Jest w rytmie na pięć. Uwielbiam improwizować w nieregularnych rytmach, a tutaj Michał Jaros napisał do tematu kontrapunktujące partie smyczków, które przywodzą na myśl letnie, beztroskie przedpołudnie pełne zabaw i gier. Wszystkie te skojarzenia zawierają się w tym utworze. „Strawberry kisses” to czas truskawek – czerwiec. W aranżacji jest dużo lekkości, muzycznych igraszek i dobrego humoru.

Spring – tutaj smyczki grają filmowo, długie opowieści w tle. Nie ma tam żadnych fajerwerków, wszystko jest ładnie zagrane, to spokojnie opowiedziana historia, rodzaj oddechu, odpoczynku po zabawie. Kompozycje Friendship i Emotions, pochodzą z zamierzchłych czasów – bo aż z 2008 r. (śmiech) W pierwszej z nich pizzicato grają smyczki i jest ciekawy dialog z kontrabasem. Fantastycznie gra sekcja Michał Jaros-Marcin Jahr. Z Marcinem współpracuję od wielu lat – najpierw był zastępstwem za Grześka Grzyba, kiedy on miał inne obowiązki. A później wszedł już na całego do mojego zespołu. Z Michałem Jarosem znamy się jeszcze ze szkoły na Bednarskiej. Czyli tytuł kompozycji Friendship ma też odzwierciedlenie w naszym życiu. Ogólnie układ płyty jest taki – początek mocny, napięty emocjonalnie, a później robi się lżej, bardziej relaksująco.

JF: Twierdzisz, że tak rozbudowany, barwny zespół pozwala Ci się zatracić i pozbyć ego w trakcie tworzenia. Jak to należy rozumieć i jak to się ma do improwizacji, czyli z kolei własnego, indywidualnego głosu opartego na intuicji?

KG: Przez ostatnie lata mocno pracowałam nad uwalnianiem własnego Ego – egotycznego umysłu. W pewnym momencie zaczęłam zauważać, że Ja jako Świadomość to jest coś innego niż mój umysł, który wciąż mówi w tle. Podczas grania, a szczególnie improwizacji, im cichszy jest umysł, tym lepiej to wychodzi. Wyłączenie tego, który w nas mówi, jest wielką sztuką podczas medytacji, ale gdy improwizujemy, staje się to naturalne, wówczas umysł jest cichy i wyrażamy się poprzez emocje, poprzez czucie, intuicję. Zauważyłam, że Ego, aby przetrwać potrzebuje paliwa, ciągle porównuje i ustawia nas w kontekstach, choćby, „gdzieś jest lepiej niż tu”, lub „ktoś jest od nas lepszy”, coś zdobył, coś zagrał, coś wydał. To powoduje ciągłe nienasycenie i „życie we śnie”. Podążając za imaginacjami często tracimy z oczu to, co tu i teraz, a to jest antytwórcze. W Polsce – i szerzej, w całym świecie muzycznym – nieustannie podlegamy ocenie. Najpierw trzeba być najlepszym w swoim środowisku, a potem i tak porównuje się nas do artystów zagranicznych, europejskich czy amerykańskich.  Łatwo wpaść w jedną ze skrajności – albo zwątpić w siebie, albo popaść w rodzaj samouwielbienia. Obie sytuacje są fałszywym obrazem rzeczywistości. 

JF: Ale jednak musiałaś mieć jakieś inspiracje.

KG: Oczywiście, ja wyrosłam ze starej szkoły – John Abercrombie, Pat Metheny, Bill Frisell i John Scofield. Ta święta „czwórca” była zawsze moją największą inspiracją. Przesłuchałam większość ich płyt, grałam ich solówki, starałam się dopowiadać swoje partie do ich nagrań. Nawet niedawno zrobiłam sobie przegląd twórczości Abercrombie’ego – to są przepiękne rzeczy. Ostatnio dużo słuchałam gitary solowej, czy bossa novy, choćby Bebel Gilberto, lubię też kreatywny polski jazz – to jest muzyka, która pozwala mi komfortowo spędzić dzień, bardzo mi w tym pomaga. Nadal dużo słucham i wciąż się inspiruję – kiedy jednak zabieram się za swoje utwory, to staram się zostawiać to gdzieś z boku i wchodzić we własny, muzyczny świat.

JF: Czy miałaś jakieś koncerty z tym repertuarem?

KG: Jeszcze nie. Niedawno pojawiła się propozycja z Grodziska Mazowieckiego. Płyta nie ukazała się jeszcze oficjalnie – kiedy to nastąpi, będę ją rozsyłać do orkiestr i proponować koncerty. Oczywiście czekam na propozycje – jesteśmy przygotowani i z przyjemnością zagramy ten materiał.

JF: W 2022 roku ukazał się Twój album „Astrolabe” inspirowany portugalskim fado, a może szerzej – charakterystyczną dla Portugalczyków nostalgią saudade. Udział w niej wziął portugalski wokalista Rui Teles.

KG: Tę muzykę tak naprawdę poznaję dzięki Ruiemu i jego osobowości. Bezpośredni kontakt z Portugalczykiem najpełniej pozwala zrozumieć, skąd bierze się sposób, w jaki oni grają i czują muzykę. Nasza współpraca trwa od 2017 roku. Na pierwszej płycie „Astrolabe” znalazło się kilka autorskich utworów, nowa wersja mojej kompozycji Sweet Almonds w stylistyce bossa novy – do której zrealizowaliśmy teledysk – a także kilka portugalskich klasyków. Jest tam również piękna ballada Porto Sentido, wykonywana w duchu fado z elementami jazzu oraz wspólna kompozycja Macieja Wieżyńskiego, Ruiego Telesa i moja – Nascente do Fado. Słowa i melodię napisał Rui. To opowieść o „wschodnim fado” – o jego przyjeździe do Polski, która z portugalskiej perspektywy jest Wschodem. Swoją decyzję o przeprowadzce znad oceanu określa mianem „wschodniego przeznaczenia”.

Dziś mieszka na Mazurach, prowadzi portugalski food truck, ma tu żonę i dwójkę dzieci. Portugalczycy są z natury nostalgiczni, wyczuwam w nich także – bardzo polski – rys pewnej niezgody na siebie. Oboje umiemy cieszyć się życiem, choć mam wrażenie, że on jest w tym bardziej powściągliwy niż ja. Łączy nas żeglarstwo i miłość do wody – w jego duszy słychać ocean.

W marcu wchodzimy do studia z nowym materiałem i nagrywamy drugą płytę projektu „Astrolabe”. Mam nadzieję, że nowy album ukaże się latem lub jesienią tego roku. Jeden z utworów jest już dostępny w Internecie – My Indian Summer to nowa wersja mojej kompozycji, zaaranżowana na wokal Ruiego. To ciepła bossa nova, do której nakręciliśmy teledysk, pływając na drewnianym katamaranie Otakoo, zbudowanym przez mojego partnera, Pawła Kowalskiego.

JF: Astrolabe, astrolabium to przyrząd używany w nawigacji, może być także symbolem tęsknoty za przestrzenią, wyrazem potrzeby zachowania właściwego kierunku swojego życia.

KG: Tak jest, tak może być. To jest nawigacja. Każdy z nas nawiguje, nawiguje na azymut, ale jak go wyznaczać? Jak już wspomniałam, bardzo lubię żeglować i żywioł wody jest mi bliski, lubię też spędzać czas w naturze. Nie tylko żegluję na wodzie, lecz ukończyłam kurs nurkowania i nie wyobrażam sobie życia bez pływania. Zrozumiałam to już w czasach studenckich, kiedy mieszkałam w Grazu. Miałam wtedy blisko do Chorwacji, Włoch czy Grecji – i często tam bywałam. Dziś pływam po Zatoce Puckiej, Zalewie Zegrzyńskim i Mazurach drewnianą łodzią polinezyjską PJOA. W ubiegłym roku przeszła gruntowny remont, a jej kadłub przemalowałam na turkusowo. Jest piękna.

JF: Nawiązałaś współpracę z niemiecką firmą G2 Records & Publishing, w której ukazały się – jak dotąd – dwie Twoje EP-ki „Touch” i „Wings” – obie zagrane na gitarze klasycznej solo.

KG: Wszystko zaczęło się na jazzahead! w Bremie, o czym dobrze wiesz, bo byłeś wtedy z nami. (śmiech) Stoisko z G2 było obok naszego, polskiego. Przedstawiciel tej firmy przyszedł posłuchać mojego autorskiego materiału podczas showcase’u. Po koncercie zaczęliśmy rozmawiać. Powiedział, że projekt bardzo mu się podoba i brzmi świetnie, ale nie wpisuje się w profil stylistyczny jego wytwórni. Zaproponował jednak, abym nagrała album solowy na gitarę, ponieważ specjalizują się właśnie w takich realizacjach. Oficyna ma co prawda dział jazzowy, ale koncentruje się głównie na mainstreamie.

W efekcie nagrałam materiał na gitarę klasyczną i akustyczną solo. To doświadczenie zainspirowało mnie do powrotu do mojej pierwszej gitary, którą mam już od około 35 lat. To Admira Artistaz serii Artesanía (model koncertowy), która przez wiele lat leżała nieużywana z powodu pęknięcia – naprawiliśmy ją całkiem niedawno. Kiedy więc pojawiło się to zlecenie, miałam wrażenie, jakby ta gitara czekała właśnie na ten moment. (śmiech)

JF: Czyli zagrałaś solo i do tego w stu procentach akustycznie – jak się czujesz w takim entourage’u?

KG: W momencie nagrania wszystko wydawało mi się łatwe. Swoją przygodę z gitarą zaczynałam właśnie od takiego grania – na gitarze klasycznej. Choć od lat nie zajmowałam się tym zawodowo, czułam, że to wciąż we mnie jest, że dojrzewa i chce wreszcie wybrzmieć.

Dopiero później, kiedy materiał był już nagrany, uświadomiłam sobie, jak wiele mnie to kosztowało. W trakcie pracy tego nie odczuwam – adrenalina i determinacja w realizacji projektu sprawiają, że jestem całkowicie skupiona i odcinam się od zmęczenia. Ono przychodzi dopiero potem. Czasem trwa to miesiącami. Żeby móc zacząć coś nowego, muszę po prostu poczekać, aż odzyskam siły.

JF: W jakim momencie dla Ciebie rozmawiamy? Jak widzisz siebie jako gitarzystkę, kompozytorkę, liderkę zespołów, kobietę wreszcie?

KG: Dziś postrzegam siebie przede wszystkim jako osobowość twórczą, która wyraża się poprzez instrument – gitarę – ale także poprzez komponowanie i wydawanie własnej muzyki. Od wielu lat prowadzę również Fundację Diuna, dzięki której możliwa jest realizacja tych wszystkich projektów.

Gdybyś zapytał mnie o to kiedyś, odpowiedziałabym, że jestem najpierw gitarzystką, potem kompozytorką i aranżerką. Dziś ta perspektywa się zmieniła. Każda moja płyta stanowi zamknięty, spójny etap – z własną energią emocjonalną i odrębną opowieścią.

Wielu muzyków jazzowych opracowuje standardy i wykonuje je później na koncertach – to jedna z dróg funkcjonowania w świecie jazzu i wyrażania siebie poprzez tę tradycję. Ja natomiast posługuję się językiem własnych kompozycji, fraz i improwizacji, które tworzą moją osobistą narrację.

Rozmawiał: Marek Romański


  MKIDN stoart       stoart       stoart     psj      ejm