Domakine; Sofka na tatko; Viena loza; Temna e magla padnala; Patrunino; Osumnato; Paidushkino; Kito, Mari, Kito; Stankena; Vecherai Rado; Shepherd’s Dance
Muzycy: Jacek Grekow, dudy, kaval, akordeon; Anna Klebus, śpiew; Jan Mlejnek, tambura, klarnet; Mateusz Bielski, kontrabas; Merse Varga, tapan, darbuka
Sarakina to jeden z najciekawszych zespołów na polskiej scenie folkowej i etno-jazzowej. Od ponad dwóch dekad z powodzeniem łączy muzykę bałkańską z elementami improwizacji. Grupa jest laureatem nagrody Folkowego Fonogramu Roku Polskiego Radia (za albumy „Sarakina” i „Junctions”), a nawet podbiła serca szerszej publiczności, zdobywając 4xTAK w programie Must Be The Music. Ich twórczość była prezentowana na scenach od Irlandii po Bułgarię.
Po wydaniu sześciu albumów Sarakina prezentuje najnowszą płytę „Suspended In The Mist”, którą otrzymają wraz z aktualnym numerem prenumeratorzy JAZZ FORUM. To powrót do korzeni, a zarazem fascynująca podróż do regionu Meglen w północnej Grecji i Sarakini – miejsca, od którego zespół wziął swoją nazwę.
O inspiracjach i swojej drodze artystycznej opowiada nam lider zespołu, multiinstrumentalista Jacek Grekow. Pytania zadaje, i notuje: Piotr Wojdat.
JAZZ FORUM: Zacznijmy tę rozmowę od nowego albumu Sarakiny „Suspended In The Mist”. Wydaje się, że to tytułowe zawieszenie we mgle jest dla Waszego zespołu symboliczne. Jakie emocje i stany staraliście się uchwycić na tej nowej płycie?
JACEK GREKOW: To jest już nasza siódma płyta i cały czas balansujemy w tej przestrzeni muzyki folkowej, etno-jazzowej. Są elementy folkloru, kompozycji i improwizacji. Ta płyta, przynajmniej dla mnie, jest szczególna. Za jej sprawą wracam do korzeni, odnoszę się w ten sposób do mojego pochodzenia. Mój ojciec pochodzi z północnej Grecji, z mniejszości bułgarskiej, chociaż niektórzy nazywają ją macedońską.
Przez te wszystkie albumy odkrywałem siebie. A ten najnowszy jest dla mnie szczególnie ważny. A to dlatego, że cytuję utwory pochodzące z tego regionu – Meglen. W Grecji nazywa się on z kolei Almopią. Te melodie, pieśni, które opracowaliśmy i zaaranżowaliśmy, są autentyczne. To melodie moich przodków.
JF: Te pieśni są śpiewane w dialekcie bułgarskim. Z drugiej strony poświęcacie uwagę regionowi Meglen w północnej Grecji, który z kolei znajduje się przy granicy z Macedonią Północną. Istny kocioł…
JG: Tak, to w sumie bardzo zagadkowo brzmi. Północna Grecja z Macedonią, a tu jeszcze dochodzi dialekt bułgarski. To jest też związane z wojnami bałkańskimi, kiedy się zmieniały granice, a ludzie kultywowali swoje zwyczaje i do dzisiaj w swojej kulturze trwają. W północnej Grecji właśnie mieszkają mniejszości, które kiedyś jeszcze rozmawiały po bułgarsku. Niektórzy mówią, że to jest macedoński. Ja raczej uważam, że to bułgarski. To jest ludność, która została zhellenizowana. Obecnie młode pokolenie prawie w ogóle nie rozmawia w tym dialekcie, ale ze starszymi można się dogadać. Oni zresztą nie ze wszystkimi chcą rozmawiać, bo przez wiele lat bali się w ten sposób komunikować publicznie. W domach było to możliwe, ale na zewnątrz tego zabraniano. Ta sytuacja ma swoje odzwierciedlenie w pieśniach. Oni nie śpiewali do tej muzyki, tylko ją grali. Dopiero w ostatnich latach trochę się to zmieniło. Okazało się, że śpiewają w dialekcie bułgarskim. To jest dla mnie duże odkrycie. Mimo że granice się przesunęły, to kultura wciąż jest w tych ludziach.
JF: Powrotem do korzeni jest także to, że od miejscowości Sarakini w regionie Meglen powstała nazwa zespołu.
JG: Zespół istnieje już od 26 lat. Ta nazwa wzięła się od wioski mojego ojca – Sarakini. Kiedyś to było Sarakinovo. To górska wioska, gdzie ludzie rozmawiali po bułgarsku. Obecnie mówią głównie po grecku. Dla mnie ta płyta to powrót do tych ludzi, do kontaktu z nimi, który w pewnym stopniu został utracony. A ten album jest pomostem do tamtej kultury i pieśni. A do tego mamy do czynienia z muzyką taneczną opartą na melodiach ludowych.
JF: Z drugiej strony w tej muzyce jest też sporo melancholii i nostalgii. Może wybrzmiewa w tym przypadku to tytułowe zawieszenie we mgle?
JG: Warto powiedzieć w ogóle, skąd ta mgła się wzięła. Meglen, czyli nazwa tego regionu w Grecji, wywodzi się podobno od mgły. Po bułgarsku „magła” to jest mgła. To jest bardzo stara nazwa tego regionu. Jesienią i zimą nie ma tam za bardzo śniegu, ale są mgły. Wybrałem tę nazwę, bo chciałem podkreślić, że Sarakina wraca do tych korzeni i zatrzymuje się we mgle. Chcieliśmy poczuć tę muzykę i okolicę.
JF: Jak wyglądało przygotowanie do wydania „Suspended In The Mist”? Zakładam, że zanim przystąpiliście do nagrania, przez dłuższy czas zbieraliście pieśni i melodie z Meglen.
JG: Przygotowania trwały około dwa lata. Do realizacji tego pomysłu zainspirowali mnie moi koledzy w Sofii. Studiowałem w Bułgarii, często tam jeżdżę i mam stamtąd żonę. Moi znajomi zabrali mnie kiedyś do klubu tanecznego i okazało się, że są tam grane melodie z północnej Grecji. Mówili, że to jest temat dla mnie i że muszę to zobaczyć. Poszedłem z nimi. Zacząłem się tych tańców uczyć. I oni nawet mieli taki taniec Sarakino mome, który miał być z mojej wioski. Jeden z moich kolegów powiedział, że dobrze by było, żebyśmy coś takiego nagrali. To był dla mnie impuls do lepszego poznania tej muzyki. Zależało mi również, aby zagrać swoją wersję tych melodii. Zacząłem słuchać coraz więcej zespołów, które teraz grają w regionie Meglen (Almopia) na imprezach, weselach czy potańcówkach. Tam codziennie coś się dzieje. Imprezy zaczynają się o 23.00 wieczorem, a kończą się o 4.00-5.00 nad ranem. Całe wioski do tego tańczą. Zbierając ten materiał, starałem się wybrać przede wszystkim standardy z tamtego regionu. Z drugiej strony dążyłem do tego, żeby były to utwory zróżnicowane rytmicznie.
JF: Łączycie różne inspiracje folkowe z Bułgarii, ale też z innych krajów na Bałkanach?
JG: Interesuje nas Bułgaria i Macedonia. To są państwa sztucznie rozdzielone pod względem politycznym. A ja muzyką staram się to wszystko połączyć, mimo że są w konflikcie.
JF: A do tego mamy konflikt między Macedonią Północną a Macedonią w Grecji.
JG: Formalnie się dogadali w związku z tą nazwą, podpisali umowę. Ale oczywiście jest tam ten kocioł bałkański.
JF: Oprócz folku bałkańskiego w muzyce Sarakiny słychać wpływy z naszych rejonów, powiedzmy Europy Środkowo-Wschodniej.
JG: Tak, pojawiają się inspiracje związane z muzyką klezmerską, klasyką. To nie jest prosty folk czy etno jazz. Przynajmniej tak było na poprzednich albumach.
JF: Pojawiają się też elementy jazzu i improwizacji. Jak te inspiracje wtopiły się w tradycyjne pieśni z Meglen?
JG: Można powiedzieć, że te kompozycje mają zazwyczaj taką konstrukcję: najpierw jest temat, potem improwizacja i znowu temat. Tak też tę muzykę grają tamtejsze zespoły. Wyobraźmy sobie, że utwory, które na płycie trwają kilka minut, w rzeczywistości rozciągają się do kilkunastu minut. A wynika to z tego, że takie jest zapotrzebowanie – ludzie chcą tańczyć. Zazwyczaj jest tak, że zaczynają od tematu, a potem improwizują. Solówki są zatem na porządku dziennym. Obecnie tamtejsze zespoły grają na takich instrumentach jak klarnet, trąbka i perkusja. A my użyliśmy jednak nieco innych. Postawiliśmy na instrumenty bardziej archaiczne, czyli dudy, flet kaval i tambury. One pojawiły się jeszcze przed klarnetami czy trąbkami. Wydaje mi się, że przez to bardziej wróciliśmy do oryginalnego brzmienia tej muzyki.
JF: Czy mógłbyś powiedzieć więcej o tych tradycyjnych instrumentach?
JG: Nasz zespół gra na ludowych instrumentach bałkańskich. Do tego dochodzą te nowoczesne, czyli akordeon, kontrabas, klarnet. A z tych ludowych, to jest flet kaval, dudy zwane też gajdami, tambura oraz tupan, czyli duży bęben z dwoma membranami.
Kaval to bardzo ciekawy instrument, bo z jednej strony jest bardzo prosty konstrukcyjnie. To zaostrzona rura, bez ustnika fletowego. Nie jest to flet prosty, ani poprzeczny, tylko flet na którym się gra pod kątem 45 stopni. Dmucha się w krawędź, podobnie jak w butelkę. Ma otwory na osiem palców. To instrument chromatyczny, przez trzy oktawy można grać chromatycznie we wszystkich tonacjach. Dosłownie tylko kilku dźwięków brakuje. Ze znanych muzyków grających na kavalu warto wymienić Theodossiego Spassova. To bułgarski jazzman, zainteresowany również muzyką ludową. Z pewnością przyczynił się do popularyzacji tego instrumentu i udowodnił, że może on żyć własnym życiem poza folkowym kontekstem.
Drugi instrument to są dudy. One mają skalę nony, od G1 do A2. I one umożliwiają granie chromatyczne – to w ogóle jest fenomen tych prostych instrumentów. Bez problemu gra się na tym instrumencie w różnych tonacjach: D-dur, d-moll, C-dur, c-moll, itd. Zazwyczaj, jak się kupuje dudy, to są one kilkutonacyjne. A te są chromatyczne.
Jest jeszcze jeden instrument, czyli tambura. To ludowa, ośmiostrunowa gitara. Ona ma cztery górne struny z gitary. Są podwójne, więc dobrze brzmią akordy. Ten instrument jest zbliżony do greckiego buzuki. Ma małe pudło rezonansowe, długi gryf i jasne brzmienie.
Z kolei tupan, czyli bęben, mam 20-calowy. Są dwie membrany – jedna z nich to stopa. A druga membrana jest rezonansowa. Ona powinna brzmieć wysoko. Uderza się w nią cienką pałką i brzmi trochę jak werbel. Ten instrument perkusyjny synkopuje.
JF: Czy mógłbyś przybliżyć, jak przebiegała sesja nagraniowa, kiedy się odbywała oraz gdzie nagrywaliście swój siódmy album?
JG: Wszystkie albumy nagrywaliśmy z Tadeuszem Mieczkowskim. Ten zarejestrowaliśmy w pierwszych dniach lipca w studiu S4 Polskiego Radia w Warszawie. Sesje trwały trzy dni. Byliśmy rozstawieni w trzech różnych pomieszczeniach i zagraliśmy razem. Każdy utwór nagraliśmy w kilku wariantach. A we wrześniu spotkaliśmy się z Tadeuszem i miksowaliśmy materiał.
JF: Otrzymaliście wyróżnienie za Folkowy Fonogram Roku, braliście udział w programie Must Be The Music. Jak jesteście w stanie godzić ten autentyczny i momentami surowy bałkański folk z potrzebą dotarcia do szerszej publiczności?
JG: Wszystkie poprzednie albumy Sarakiny były bardziej autorskie. Więcej w nich było kompozycji, które bazowały na folklorze. Tym razem jest odwrotnie. Większość to utwory oryginalne, tradycyjne. Tylko ostatni z nich jest mojego autorstwa.
Moje działania nigdy nie były podyktowane chęcią dotarcia do szerszej publiczności. Ważniejsze było granie muzyki, która nam wychodzi i którą lubimy. Jest ona trochę inna od tej granej na Bałkanach. Cały czas ją prezentuję w radiu w Sofii, czy znajomym. Wiele osób widzi w niej inny wariant tej muzyki. Nie podłączamy się do kanonu związanego z tego typu graniem. Próbujemy pokazać w tym coś swojego, innego. Kolejna kopia tej muzyki nie miałaby według mnie sensu.
JF: Rzeczywiście ten autorski sznyt w Waszej muzyce jest bardzo wyraźny. Ciekaw jednak jestem, jak tę twórczość odbierają słuchacze w różnych częściach Europy. Mieliście już okazję grać w wielu miejscach. Jak postrzegają Waszą muzykę w Bułgarii, a jak np. w krajach Europy Zachodniej?
JG: Jeśli chodzi o Europę Zachodnią – dosyć często graliśmy w Wiedniu. Przez pewien czas też tam mieszkałem i studiowałem. Pozostały z tamtego czasu kontakty, co zaowocowało koncertami na festiwalach. Austria jest swego rodzaju krajem pośrednim między Polską a Bałkanami. Tam jest dużo emigrantów z byłej Jugosławii. Oni cały czas szukają takiej muzyki. Zapotrzebowanie na tego rodzaju dźwięki jest większe niż np. w Polsce. Tutaj bardziej popularni są wykonawcy w rodzaju Gorana Bregovicia, czyli kapele dęte i cygańskie.
Z kolei na Bałkanach kojarzyli nas trochę z wariacją muzyki klezmerskiej. Ale myślę, że ta nowa płyta będzie jednak inaczej odbierana. Bardziej trzymamy się tradycji, są konkretne tematy. Za sprawą dud czy kavala brzmienie jest etniczne. Słychać też trochę nowoczesności w tej muzyce za sprawą kontrabasu czy perkusji.
JF: Oprócz występów z zespołem Sarakina, możesz się pochwalić również swoimi dokonaniami solo. A rozpiętość Twoich zainteresowań jest bardzo szeroka. Masz na koncie album „Balkan Grooves” z muzykami jazzowymi z Bułgarii, a z drugiej strony nagrałeś też płytę z muzyką klasyczną na akordeon. Sięgasz po kompozycje barokowe Domenico Scarlattiego, ale nie stronisz też od muzyki współczesnej Erika Satie’ego.
JG: Oprócz płyt z Sarakiną, mam jeszcze trzy inne albumy. Pierwszy to „Kyrillikata”, nagrana w 1997 roku w Wiedniu. To była muzyka na dwa akordeony i głos operowy. Odniosła spory sukces, była też puszczana w radiu. Ze względu na to, że mam wykształcenie klasyczne, później sięgałem po taki repertuar. Akordeoniści właśnie grają takie rzeczy, jak muzyka barokowa czy romantyczna. To jest repertuar studenta akademii muzycznej. Ale i tak najlepiej się czuję w folku czy etno jazzie.
Do nagrania „Balkan Grooves” zaprosiłem dwóch znakomitych bułgarskich muzyków. Wystąpił Peyo Peev na gadułce, czyli ludowych skrzypcach. Oprócz niego był też Hristiyan Tsvyatkov na gitarze. To są muzycy zawodowi, rozpoznawalni i grający bardzo różną muzykę – zarówno folkową, jak i jazzową. Są też mocni w bałkańskiej improwizacji. To było dla mnie duże wyzwanie, żeby z nimi zagrać. Napisałem muzykę, a oni się podłączyli ze swoimi improwizacjami i aranżem. Myślę, że efekt jest naprawdę zadowalający.
JF: Jakie miejsca na Bałkanach polecasz odwiedzić wszystkim tym, którzy chcieliby bliżej poznać muzykę folkową i etnojazzową?
JG: W Bułgarii większość jedzie nad morze. Może z 10-20% udaje się w góry. W okresie letnim warto jednak odwiedzić lokalne festiwale, tzw. sabory. To jest ciekawe dla słuchacza czy muzyka – można zobaczyć, jak ci muzycy grają i tańczą. Nie ma żadnych plakatów, promocji. To są akcje spontaniczne. Ale jest też bardzo popularny Festiwal Folkloru w Kopriwszticy, który odbywa się raz na 5 lat. Zbierają się wtedy muzycy z różnych regionów Bułgarii. To jest fascynujące. A Słoneczny Brzeg to beton, dyskoteki nocne i alkohol. Bardziej gustuję w dzikich plażach, mniej obleganych. Z kolei w Macedonii poleciłbym Ochrydę. To wspaniałe miasto i jezioro, które warto zobaczyć na własne oczy.
JF: Opowiedz o rytmach na Waszej nowej płycie.
JG: Standardowy rytm na Bałkanach to 7/8. Ale to jest taka podstawa. Takie 3 2 2 w jednym takcie. Mamy go na płycie w utworach o numerach 1, 2, 4. Drugim popularnym rytmem jest też 7/8, ale w wariancie 2 2 3. Piąty utwór z płyty, Patrunino, to bardzo nietypowe 11/8 z 3 4 4 w jednym takcie. Z ciekawszych rytmów mamy utwór dziewiąty o tytule Stankena. Pierwsza część utworu to 13/8 z podziałem 5 3 5. To jest taniec bardzo wolno tańczony, tancerze trzymają się za ramiona. A później ten rytm przyspiesza i przechodzi w 11/8 z podziałem 4 3 4. W utworze 11, Shepherd’s Dance, również wiele ciekawego się dzieje. Jest rytm 9 plus 7 w jednym takcie, czyli w sumie mamy 16/8. To nie jest łatwe do zagrania.
JF: Na koniec – czy możesz opowiedzieć o swojej ścieżce edukacyjnej?
JG: Moja droga edukacyjna była pokrętna. Do matury chodziłem do technikum elektrycznego i tam lutowałem płytki, tranzystory. Nawet telewizor złożyłem. To mnie fascynowało. Z drugiej strony – chodziłem do szkoły muzycznej w Białymstoku. Do I i II stopnia. Później był dylemat dotyczący tego, co robić dalej. Ale muzyka szła mi jeszcze wtedy bez polotu. Chęci były większe niż umiejętności. Poszedłem nawet na jakieś przesłuchania z akordeonu i otrzymałem sugestię, żeby lepiej pójść na tę matematykę. Bardzo to przeżyłem. Stwierdziłem, że ucieknę stąd i pojadę na studia do Sofii. Zawsze mnie ciągnęło na Bałkany. Pojechałem tam na studia informatyczne.
Jak zobaczyłem to słońce i te góry, to się otworzyłem muzycznie. Zacząłem sam grać muzykę. Z kolegami pojechaliśmy do Wiednia, graliśmy na ulicy chyba przez miesiąc. Potem poszedłem na egzamin do tamtejszego konserwatorium i go zdałem. Trzeba było zagrać na akordeonie Bacha czy Scarlattiego. Tak się zaczęła moja przygoda z muzyką w Wiedniu, gdzie studiowałem pięć lat. W tym czasie skończyłem też informatykę w Sofii.
W Wiedniu zacząłem myśleć o wykorzystaniu instrumentów, które widywałem w Bułgarii, czyli fletu kaval i dud.
Rozmawiał: Piotr Wojdat