Wytwórnia: ECM 2450 (dystrybucja Universal)

Music selected and sequenced by Keith Jarrett from his improvised solo concerts in Japan, Canada and Europe in April – July 2014, part I - IX.

Muzycy: Keith Jarrett, fortepian

Recenzję opublikowano w numerze 6/2015 Jazz Forum.


Creation

Keith Jarrett

  • Ocena - 5

8 maja Keith Jarrett skończył 70 lat! Piękny jubileusz jednego z najwybitniejszych pianistów jazzowych, o ogromnym dorobku, który obejmuje nagrania jazzowe solo, w trio i z większymi zespołami, obszerne kompozycje pisane na orkiestrę i solistów, wykonania utworów muzyki klasycznej, m.in. Bacha, Haendla i Mozarta, nagrania i koncerty u boku innych wielkich liderów, jak Miles Davis i Charles Lloyd. Firma ECM wydała z tej okazji specjalny album, będący kompilacją solowych koncertów Jarretta z Toronto, Tokio, Paryża i Rzymu realizowanych w okresie od kwietnia do lipca 2014 roku. Wyboru tych fragmentów w określonej kolejności dokonał sam pianista. 

Nurt solowych recitali czy koncertów Jarretta ma długą historię rozpoczętą albumem „Facing You” w 1971 roku, kontynuowaną płytą „Solo Concerts” z Bremy i Lozanny z 1973 roku, której apogeum był słynny „The Köln Concert” z 1975 roku (najlepiej sprzedający się album jazzowy na fortepian solo w historii). Pianista improwizował w wielu ważnych miejscach na świecie, co znajdowało odzwierciedlenie w tytułach płyt m.in. „Paris (1990), „Vienna” (1991), „La Scala” (1995). 

Ta cała seria rozpoczęta na początku lat 70. dokumentuje osobny, właściwie nieznany wcześniej w tej skali gatunek improwizacji, gdzie tylko fragmentarycznie pojawia się timing. Nie to jest chyba najważniejsze. Bo Jarrett przywołuje wielokrotnie historię muzyki, zwłaszcza fortepianowej, najczęściej w przestrzeni szeroko pojętego romantyzmu, wywodzący się z poetyki schubertowskiej. Te odniesienia sięgają zresztą dalej i obejmują przestrzeń od Bacha i Haendla, po wiek XX, Bartoka, Strawińskiego, Szostakowicza, nawet minimal, który bywa – sąsiaduje także z bluesem i gospel. 

Być może solowe improwizacje Jarretta to refleks dokonywanych przez niego nagrań utworów muzyki klasycznej, w tym samym przekroju stylistycznym od Bacha do Bartoka i Szostakowicza. Jarrett będąc pod wrażeniem tamtych doświadczeń dopisuje swoiste postscriptum albo też próbuje dodać „ciąg dalszy” na zasadzie, co by było, gdybyśmy wyobrazili sobie improwizujących Bacha, Haendla, Mozarta, Bartoka i Szostakowicza! 

Warto zauważyć, że w pianistyce Jarretta prawie nie ma preparacji, jest on konserwatywnym pianistą przywiązanym do akustycznego instrumentu, choć ma za sobą burzliwą przygodę z fortepianem elektrycznym Fendera (Miles Davis Group). Jest też inny aspekt tej zagadkowej twórczości. Jeśli mówimy o historii muzyki, to przede wszystkim o utworach skomponowanych i ściśle zapisanych, które często powstawały w długim okresie, były przerabiane, udoskonalane, wykuwane w muzycznej materii w twórczym cierpieniu z ogromnym mozołem, z nadzwyczajnym niekiedy poświęceniem i wysiłkiem. Tego uczą m.in. biografie Beethovena, Chopina, czy Schumanna. Dzieło było cyzelowane tak, by ostatecznie zyskać kształt z punktu widzenia kompozytora doskonały, i tak jest ono traktowane przez nas dziś. Co więcej, od wykonawców żądamy wykonań równie idealnych, na miarę dzieł, które są interpretowane. 

Przy całym wielkim szacunku i uznaniu dla wielkości Keitha Jarretta, byłbym daleki od uznania jego improwizacji za skończone dzieła muzyczne, choć taka pokusa może się pojawić. Niech pozostaną dokumentem konkretnych wydarzeń, w konkretnych miastach i salach koncertowych, z udziałem tej, a nie innej publiczności, przy takiej, a nie innej dyspozycji psychofizycznej samego pianisty. Jarrett odbiera energię miejsca, czasu i zgromadzonej publiczności i przetwarza ją na dźwięki. To bardzo jazzowa i jednocześnie sięgająca jakichś bardzo dawnych źródeł (ludowych, religijnych) relacja. 

Jeśliby próbować jakoś najprościej scharakteryzować wybór dokonany przez pianistę, to dominują tu fragmenty wysoce refleksyjne, jako się rzekło quasi-romantyczne, gdzie wytrawne ucho melomana razić mogą zwroty banalne, nieuchronnie zmierzające w stronę muzycznego kiczu. Brak w wielu owych „parts” rytmu, pulsu, najszerzej pojętego timingu, stawia jednak pod znakiem zapytania jazzowość tych realizacji, mimo iż mamy do czynienia z jednym z najwybitniejszych żyjących pianistów jazzowych. 

Dyskusja zdaje się nie mieć końca, co tym bardziej wzmacnia pozycję Keitha Jarretta na scenie muzycznej i powoduje, że cały muzyczny świat składa mu gratulacje z okazji jubileuszu. 


Autor: Tomasz Szachowski

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm