Wytwórnia: Soliton STM 008

Waltz, Please; Unhumanization; Questions with No Answers; Equilibrium; Multitasking Doesn’t Exist; Meditation; Painful Rainbow; Dzień i noc

Muzycy: Filip Żółtowski, trąbka; Szymon Zawodny, saksofon altowy; Wojciech Wojda, fortepian, syntezator, głos; Mikołaj Stańko, perkusja; Natalia Capelik-Muianga, śpiew (8)


Humanity

Filip Żółtowski Quartet

Filip Żółtowski Quartet, zespół z Trójmiasta, nagrał debiutancką płytę „Humanity”, którą dzieli się z prenumeratorami JAZZ FORUM w pierwszym tegorocznym numerze naszego czasopisma. O historii powstania grupy, inspiracjach i recepcie na dotarcie do młodych słuchaczy opowiada lider kwartetu – trębacz i kompozytor Filip Żółtowski.

JAZZ FORUM:  Wszyscy członkowie Twojego kwartetu związani są z Akademią Muzyczną w Gdańsku.

FILIP ŻÓŁTOWSKI: Klawiszowiec Wojciech Wojda, perkusista Mikołaj Stańko i ja wciąż jeszcze jesteśmy studentami, natomiast saksofonista Szymon Zawodny od kilku lat posiada stopień doktora i wykłada na naszej uczelni. Zresztą to właśnie Szymon jako ostatni dołączył do zespołu.

JF: Jak doszło do tego, że poznałeś Wojciecha i Mikołaja? Zdaje się, że wasze pierwsze spotkanie miało miejsce jeszcze przed rozpoczęciem studiów?

FŻ: Do ukończenia II stopnia szkoły muzycznej kształciłem się w kierunku klasycznej gry na trąbce. Już wtedy zetknąłem się z przedstawicielami polskiej sceny jazzowej. Miało to miejsce w 2015 lub 2016 roku podczas warsztatów jazzowych w Puławach. Właśnie wtedy poznałem Wojtka i Mikołaja i złapaliśmy całkiem fajny kontakt. Po zakończeniu warsztatów nasze drogi lekko się rozeszły – ja wróciłem do szkoły do Katowic, oni do Gdańska i ponownie spotkaliśmy się już na studiach.

JF: Jak uczeń klasy instrumentu klasycznego trafił na warsztaty jazzowe?

FŻ: Powodów było kilka. Głównym był chyba fakt, że na etapie gimnazjum i liceum mocniej zainteresowała mnie fuzja muzyki jazzowej i elektronicznej. Na topie był wtedy Robert Glasper i jego albumy „Black Radio” i „Black Radio 2” oraz Kendrick Lamar i jego „To Pimp A Butterfly”, gdzie wpływy jazzu też są mocno słyszalne. Wzbudziło to moją ciekawość. Drugą przyczyną było to, że w szkole uczniowie zasadniczo dzielili się na dwa obozy – ludzi kochających klasykę i mocno jej oddanych oraz takich, którzy poza miłością do klasyki chcieli spróbować czegoś innego. Należałem do tej drugiej grupy, a przerwy i czas pomiędzy normalnymi lekcjami i zajęciami z instrumentu spędzaliśmy wspólnie słuchając muzyki, przynosząc znalezione w Internecie nagrania, dyskutując i nawzajem się inspirując. Trochę też graliśmy, ale głównie było to słuchanie muzyki i dzielenie się odkryciami. Był w tym też element rywalizacji – kto znajdzie ciekawszą, bardziej niesamowitą muzykę niż koledzy. Wspominam ten czas jako niezwykle ekscytujący i inspirujący.


Filip Żółtowski, Wojtek Wojda, Szymon Zawodny, Mikołaj Stańko
fot. Grzegorz Beńko

JF: A po ponownym spotkaniu na uczelni pojawił się pomysł, by z kolegami z warsztatów założyć zespół?

FŻ: Najpierw zbudowałem coś w rodzaju muzycznej więzi z każdym z nich z osobna. Mam tu na myśli Wojtka i Mikołaja, bo Szymona uważałem za muzyka o dużo większych umiejętnościach i jego dołączenie było właściwie ukoronowaniem tworzenia kwartetu. To właśnie z kolegami poznanymi w Puławach najmocniej dyskutowałem o pewnych pomysłach, tym co i jak chcemy robić, i z czasem uznałem, że zestawienie nas w jednym składzie może przynieść ciekawe efekty. Pomyślałem też o Szymonie, bo okazało się, że podobnie jak ja pochodzi ze Śląska i kilka lat wcześniej uczęszczał do tej samej szkoły muzycznej. Jak wspomniałem – naszego saksofonistę traktowałem jako bardziej doświadczonego, po prostu lepszego od nas muzyka. Z tego powodu dołączenie do zespołu ośmieliłem się mu zaproponować dopiero, gdy z Wojtkiem i Mikołajem mieliśmy w miarę konkretny pomysł na brzmienie i kształt zespołu.

JF: A jak ta wasza wizja wyglądała? Wspomniałeś, że jedną z Twoich inspiracji był Robert Glasper, a wcześniej wymieniałeś również takie nazwiska jak Brad Mehldau i Steve Coleman.

FŻ: Brad Mehldau inspiruje mnie swoim brzmieniem, ale przede wszystkim podejściem do komponowania. Zauważyłem, że u niego tematy mogą być bardzo trudne wykonawczo, ale nie odbiera im to pewnej melodyjnej jasności. Słuchacz nie ma wrażenia, że to jest jakaś bardzo skomplikowana, zagmatwana muzyka. Z kolei Steve Coleman i jego Five Elements to trochę matematyczne podejście, pocięta rytmika,elementy hip-hopu. Oba te wpływy staram się przetwarzać po swojemu i zawierać w moich utworach. Jeśli chodzi o czerpanie z produkcji hip-hopowych, to mistrzem jest nasz perkusista Mikołaj, którego fascynacją jest J Dilla. Zresztą jazz zawsze czerpał z tego, co jest aktualnie na topie, nie ma więc nic dziwnego w przenikaniu tych wpływów, tym bardziej, że hip-hop u swoich początków także wiele zawdzięcza muzyce jazzowej.

JF: Jestem zaskoczony, że jako trębacz nie wymieniłeś nikogo grającego na trąbce.

FŻ: Bo chodziło o moje inspiracje w pisaniu muzyki, ale oczywiście słucham trębaczy i szalenie sobie cenię twórczość takich muzyków jak Ambrose Akinmusire czy Christian Scott. Każdy z nich prezentuje nieco odmienną filozofię muzyki, ale z pewnością obaj są wybitnymi artystami. Wciąż są stosunkowo młodzi, mają już jednak spory dorobek i wywierają wpływ na kolejne pokolenia instrumentalistów, zwłaszcza młodych, dla których Miles Davis czy Dizzy Gillespie są już trochę postaciami z prehistorii. Zarówno Ambrose, jak i Christian, pomimo dość odważnych eksperymentów formalnych, potrafią grać tak, by ich muzyka była bardzo emocjonalna, a nie pozostawała tylko technicznym popisem. Jako trębacz też dążę do grania w taki sposób, by dźwięki, które mnie poruszają, poruszały słuchaczy. Oczywiście, może się zdarzyć, że będą u nich budzić zupełnie inne odczucia niż u mnie, ale nie uważam, by było to coś niewłaściwego.

JF: Debiutanckie albumy bywają zbiorami kompozycji z okresu, kiedy artysta nie miał jeszcze śmiałości, by przedstawić swoją muzykę słuchaczom, często są to utwory, które kilka lat przeleżały w szufladzie. Jak było z materiałem na „Humanity”?

FŻ: To zupełnie nie ten rodzaj historii, o którym wspomniałeś. Od skomponowania utworów do nagrania płyty minął nieco ponad rok. Pisać zacząłem w lutym 2020 roku, z zespołem rozpoczęliśmy pracę około sierpnia, a w marcu 2021 album był już nagrany. „Humanity” powstało więc bardzo szybko, także dlatego, że miałem gotowy koncept albumu. To połączenie życia i technologii odzwierciedlone zestawieniem żywych instrumentów i wyprodukowanych, czy mówiąc kolokwialnie „ukręconych” brzmień wrzuconych do instrumentu klawiszowego. Staraliśmy się, aby także okładka płyty oddała ten zamysł, a szczególnie postarał się o to oczywiście jej autor – Stefan Głośnik.

Odnosząc się jeszcze do twojego pytania – ciekawą rzecz powiedział mi Sławek Jaskułke. Nie ma sensu pisać do szuflady, przecież to jest nasza praca i trzeba pokazywać ją ludziom, skąd inaczej będą wiedzieć, co gramy? A to, że jesteśmy młodzi? Każdy kiedyś był młody, ale czy John Coltrane, Charlie Parker albo Miles Davis będąc w tym wieku uważali się za zbyt młodych, by grać i nagrywać? Czy chowali się przed słuchaczami? Wręcz przeciwnie – starali się jak najszybciej i jak najlepiej pokazać jak największej publiczności. Mam oczywiście świadomość, że jestem na początku drogi i ile brakuje mi do najlepszych, ale gdyby ta płyta przeleżała rok, dwa w szufladzie prawdopodobnie okazałaby się już zupełnie nieaktualna, bo ja i zespół bylibyśmy już w zupełnie innym miejscu.

Dodam, że w trakcie ogrywania materiału bardzo wiele wniósł Szymon, bo Wojtek, Mikołaj i ja podeszliśmy do tych utworów w sposób chyba typowy dla młodych muzyków – chcieliśmy grać głośno, do przodu, żeby aż huczało. Szymon, który przeszedł przez wszystkie stopnie edukacji klasycznej, wprowadził do naszej muzyki więcej wysublimowania, bardziej ją zniuansował, sprawił, że niektóre rzeczy po prostu lepiej działają. Jako bardziej doświadczony od nas instrumentalista po prostu to wiedział. Muszę tu zaznaczyć, że każdy z kolegów wniósł wiele od siebie. Wszyscy lubimy dość podobne rzeczy, ale jednak różnimy się i każdy dodaje coś innego. Bardzo mi się to podoba.


fot. Grzegorz Beńko

JF: Młode pokolenie chyba dość rzadko sięga po jazz w jego klasycznych odmianach. Uważasz łączenie muzyki elektronicznej z jazzową improwizacją za dobrą receptę na dotarcie do młodszych słuchaczy?

FŻ: Na pewno coś w tym jest. Nie nagrywałbym muzyki, która mnie samemu nie odpowiada, a uważam się jednak za przedstawiciela tych młodszych odbiorców jazzu. Wydaje mi się, że dodawanie brzmień elektronicznych, niemal klubowych, do jazzowego rdzenia jest też trochę znakiem czasów. Muzycy jazzowi na przestrzeni dziesięcioleci wiele razy czerpali pomysły z innych gatunków. Raz były to gitary i jazz-rock, gdy popularność zyskiwał funk – pojawiały się charakterystyczne pulsacje basowe, mamy fusion, w którym też pojawiają się syntezatory, ale nieco inne niż te współczesne. Zdarza się, że obecni twórcy usiłują kopiować brzmienia z lat 70. i 80. – zazwyczaj brzmi to trochę archaicznie.

Chciałem uniknąć takiego wrażenia w muzyce mojego zespołu, sięgnąłem więc po rozwiązania, które są nam współczesne, a jako że jestem nasiąknięty też muzyką elektroniczną, zajmuję się również jej produkcją, było to dla mnie bardzo naturalne. Myślę, że wielu słuchaczy w moim wieku również przyjmie te dźwięki jako coś zupełnie normalnego, a nie jako udziwnianie na siłę muzyki kwartetu.

Rozmawiał:
Rafał Zbrzeski (Radio Kraków)


  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm