Wytwórnia: ECM 2168

 

Swept Away;
It’s Time;
One Thousand and Comes Up;
B Is for Butterfly;
Midnight Blue;
Moments;
Sirens of Titan;
Foujita;
Inside Her Old Music Box;
Shenandoah

 

Muzycy:
Eliane Elias, fortepian;
Marc Johnson, kontrabas;
Joe Lovano, saksofon tenorowy;
Joey Baron, perkusja

Swept Away

Marc Johnson/Eliane Elias

  • Ocena - 5

Płyta „Swept Away” zupełnie spokojnie mogłaby nazywać się „Tribute To Bill Evans Trio” i to nie jest bynajmniej zarzut. Mark Johnson, który był zawodnikiem ostatniej drużyny Billa Evansa, nie może i nie chce (co słuszne i zrozumiałe) wyzwolić się z tamtego sposobu stosowania współnarracji i dzielenia czasu. Może właśnie dlatego płyty z jego udziałem (niekiedy elektryczne na wskroś – patrz John Scofield, Bill Frisell) mają to coś, co sprawiało, że słuchający tria Billa Evansa przeżywali uniesienia niebotyczne i niewytłumaczalne. Od lat stanowiąc wzór białego grania na jazzowym kontrabasie, także i tutaj operuje wzorcowym brzmieniem, stabilnym i spokojnym timingiem, nienagannym wyborem nut tworzących specyficzną dla Marka Johnsona bassline, fundując przy tym bezpieczny fundament dla niegorszych od siebie partnerów.

Eliane Elias (prywatnie żona Marka Johnsona) z racji urodzenia nie może uniknąć brazylijskich wpływów, a to jedne z najlepszych wpływów w muzyce. Zatem jej nieukrywana fascynacja Billem Evansem przepuszczona przez filtr doświadczeń dzieciństwa i młodości wyzwala styl pianistyki synkretyzującej pozornie obce sobie tekstury, pianistyki nienagannej, ale i trochę łobuzerskiej, kiedy słuchacz zamiera w oczekiwaniu tego czegoś, co było tam zazwyczaj, a otrzymuje zupełnie nowe skojarzenie, niekiedy lepsze, a już z pewnością prowadzące ku rozwojowi stylu, ewolucji jazzu, pięknu muzyki.

Joey Baron to drummer o najlepszych możliwych konotacjach i tak szerokiej dyspozycji, że nie zdziwiłbym się, gdyby nagrał płytę z nowoorleańskim Preservation Hall Band, a zrobiłby to z pewnością możliwie najlepiej. Nonszalancki i równocześnie usłużny kontynuator rytmu, rozumiejący (w odróżnieniu od hipsterów współczesnej polityki), że „ministrare” to po łacinie „służyć”.

To właśnie trio zachwyca muzyką dozorowaną przez Manfreda Eichera (słychać ten dozór bardzo, szczególnie gdy nagle wydaje się, iż słuchamy starych nagrań Keitha Jarretta, a nie nowych nagrań Eliane Elias, ale mniejsza o to, nie ma w tym wszak nic złego, jazz to przecież kontynuacja), natomiast kwartet, a o nim za chwilę, powala na kolana.

Do tria dołącza Big Joe Lovano, który powinien nosić pseudonim „Dominator” (należy mu się z pewnością bardziej, niż rodzimemu atlecie). Wystarczy kilka nut, by każdy, powtarzam: każdy zespół zaczął brzmieć jak jego własny. Nie pokuszę się o analizę gry Joe’ego, czyniono to już wiele razy, natomiast uprzejmie donoszę, że Mistrz jest w formie maksymalnej, gra co chce i jak chce, chce dobrze, a całokształt jego wystąpień jest nieustannie fenomenalny i nie-do-opisania! Płyta romantyczna, jazzowa i piękna.

Autor: Piotr Baron

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm