Wytwórnia: Agora S.A.

We Are the Jazz Brigade
Sadness
Stretchin’ in Szczecin EO
Sweet Kingdom
Stretchin’ in Szczecin
Amazing Grace
We Are the Jazz Brigade (full version)
Lady Spinner (live)

Muzycy: Freddie Hendrix, trąbka; Sylwester Ostrowski, Camille Thurman, saksofon tenorowy; Jakub „Mizer” Mizeracki, gitara; Miki Hayama, fortepian, Fender Rhodes; Albert Bover, fortepian; Endea Owens, Essiet Okon Essiet, kontrabas; Owen Hart jr, perkusja; Lucas Balbo, instr. perkusyjne


Ostrowski & Hendrix

We Are The Jazz Brigade

Jazz Brigade narodziła się w Szczecinie. Ojcem chrzestnym projektu jest Billy Harper, ulubiony muzyk saksofonisty Sylwestra Ostrowskiego, mentor trębacza Freddie’ego Hendrixa. Najpierw połączyła ich miłość do jazzu, potem przyjaźń. Po pięciu latach, z przerwą na pandemię, dziesiątkach koncertów w Polsce i zagranicą Hendrix i Ostrowski rozegrali się na dobre.

Fascynację amerykańskim jazzem słychać na ich nowej, wspólnej płycie „We Are The Jazz Brigade”. Ale jest w albumie i polska romantyczna melancholia, i nuta latynoskiego słońca. Podpytaliśmy muzyków, jak doszło do współpracy i co z niej wynikło.

FREDDIE HENDRIX

– Pamiętasz spotkanie z Sylwestrem?

– Oczywiście, że tak. Po koncercie podszedł do mnie z Anią Giniewską, przedstawił się i powiedział, że jest wielkim fanem Billy’ego Harpera. Wspomniał, że chciałby kiedyś ze mną zagrać, bo sam jest muzykiem. To było ciekawe doświadczenie, oto ktoś z Polski proponuje mi współpracę. Wymieniliśmy się więc adresami. Następnym razem, kiedy się skontaktowaliśmy, to było zaproszenie od Sylwestra, żebym wystąpił w jego rodzinnym Szczecinie.

– Zaprosił cię na nie lada koncert.

– To była dość zabawna historia, bo kiedy przyjechałem do Szczecina, to na miejscu już byli muzycy z Jazz at Lincoln Center. Sam kiedyś grałem w tym zespole przez jakiś czas i znałem wielu jego członków. Kiedy mnie zobaczyli, byli zdziwieni, co ja tu robię, dopytywali, czy wracam do zespołu. (śmiech) Odparłem, że nie, że jestem tu gościem Sylwestra Ostrowskiego. Tak zaczęła się ta piękna przyjaźń, która trwa do dziś. Jesteśmy jak bracia.

– A jak wyglądały początki waszej współpracy?

– Nie mieliśmy wspólnego materiału, więc Sylwester przygotował trochę muzyki, trochę przygotowałem i ja. Od razu wszystko się zgadzało, m.in. dlatego że nasz zespół składał się z wyjątkowych artystów, takich jak mieszkający w Polsce perkusista Eric Allen, japońska pianistka Miki Hayama, basista o nigeryjskich korzeniach Essiet Okon Essiet. Była też Dorota Miśkiewicz, która występowała z nami na początku. Wszyscy czuliśmy, że łączy nas coś wyjątkowego, postanowiliśmy dać szansę temu projektowi.

– W trakcie swojej kariery grałeś z całą plejadą wybitnych artystów. Wnosiłeś swój talent do ich muzyki, ale też sam się czegoś uczyłeś. Jakim doświadczeniem jest dla ciebie Jazz Brigade?

– Za każdym razem, kiedy poznajesz kogoś nowego, podejmujesz współpracę, to czegoś się uczysz. Każde doświadczenie się czymś od siebie różni. Zdarza się, że między artystami nie ma chemii, brakuje tego ludzkiego elementu. Tym razem, jak już mówiłem, połączyła nas natychmiastowa prawie przyjaźń. Sylwester traktuje mnie po królewsku. Nikt nie był dla mnie tak miły i serdeczny. Dlatego, kiedy tylko mogę, to gramy razem. Połączyła nas przyjaźń, pokazał mi swoje miasto, przedstawił rodzinie i przyjaciołom. Bardzo cenię w nim też to, że tak dobrze zna historię swojego kraju, rozumie i czuje tradycję. I to pod każdym możliwym kątem, od dziedzictwa Chopina, po aktualne wydarzenia polityczne. Jest też Sylwester pierwszorzędnym biznesmanem, wie, jak rozmawiać z ludźmi, jak sprawić, że to, co ma być zrobione, zostaje zrobione. I to na czas. Zdejmuje też z artystów troski podróży, bolączki trasy. Potrafi świetnie wszystko zaplanować i zorganizować.

– Podaj przykład.

– Proszę bardzo – zdarzyło mi się raz przegapić lot ze Stanów do Europy. Mieszkam w New Jersey, które jest oddalone od lotnika JFK o co najmniej godzinę drogi. Zamówiłem taksówkę, kierowca w ostatniej chwili skasował przejazd. Kiedy po dłuższej chwili pojawił się kolejny kierowca, okazało się, że jest starszym panem, który lubi jeździć niezwykle wolno… W końcu udało mi się dotrzeć na lotnisko, ale było już za późno. W panice zadzwoniłem do Sylwestra, a on z pełnym spokojem ogarnął najbliższy lot tak, że zdążyłem na czas. Spokój, opanowanie, te cechy czynią z Sylwestra świetnego lidera.

– Jak sam mówiłeś, Jazz Brigade to grupa artystów mających różne korzenie, wrażliwość, pomysł na muzykę. Jak ze sobą rozmawiacie, jak znajdujecie porozumienie w kwestiach muzycznych?

– To zależy, w którym miejscu współpracy jesteśmy. Na początku musimy wytłumaczyć, o co nam chodzi, opisać nasze pomysły. Grając czyjąś kompozycję musimy dokładnie wiedzieć, czy mamy być agresywni, stanowczy, czy może na odwrót – delikatni, ostrożni. Jednak w miarę, jak postępują prace, rozumiemy się coraz lepiej, szybciej, pewniej. Sądzę, że Sylwester założył Brygadę m.in. dlatego, że szukał wyzwania, jak stać się jeszcze lepszym muzykiem. Zaprosił mnie oczywiście przede wszystkim ze względu na Billy’ego Harpera, ale też dostrzegł we mnie dyscyplinę, spodobało mu się moje doświadczenie, styl gry. Wiedział, że może się ode mnie czegoś nowego nauczyć. A i ja się od niego nauczyłem.

– A czy występując przed amerykańską i przed europejską publicznością widzisz, czujesz jakieś różnice?

– To dwa różne światy. (śmiech) Przykro mi to mówić, ale amerykańska publiczność jest strasznie rozpieszczona, trudno ją zadowolić. Jednym z problemów Ameryki jest ignorancja. Wielu ludzi uważa, że doskonale zdają sobie ze wszystkiego sprawę. Fakt, iż mają dostęp do wszystkiego, daje im poczucie wygody. A z poczuciem wygody przychodzi poczucie wyższości. Jazz jest wysoce intelektualną formą wypowiedzi. Żeby go grać potrzebne są lata nauki. Trzeba stać się swego rodzaju profesjonalnym lekarzem, prawnikiem, specjalistą w swojej dziedzinie.

Niestety nie wszyscy to rozumieją, nie wszyscy doceniają. Przynajmniej nie od razu.

Ale nie chcę też za bardzo narzekać na Amerykę, bo kocham swój kraj. W Europie macie inne podejście do życia, żyjecie w mniejszym stresie, nie musicie pracować w dwóch, trzech miejscach na raz, żeby tylko przeżyć, kapitalizm nie niszczy was tak bardzo, jak Amerykanów. A to pozwala wam inaczej odbierać sztukę, inaczej się nią cieszyć.

– Wracając do Brygady, co jest dla ciebie najważniejsze w tym zespole?

– Grałem kiedyś u boku Jimmy’ego Heatha. Zawsze podkreślał, jak ważna jest wspólnotowość, zrozumienie, jak wiele można osiągnąć działając razem. Sylwester doskonale rozumie, co Heath miał na myśli.

– Kiedy rozmawiałem z Sylwestrem o Tobie, powiedział, że wskoczyłby za tobą w ogień.

– I ja zrobiłbym dla niego wszystko.


Freddie Hendrix i Sylwester Ostrowski

SYLWSTER OSTROWSKI

– Pamiętasz kiedy poznałeś Freddie’ego Hendrixa?

– Na Freddie’ego trafiłem przez Billy’ego Harpera, który nieustannie jest moją największą inspiracją muzyczną. W zespole Harpera przez pewien czas grał jego student z nowojorskiej uczelni The New School of Music, Keyon Harrold. W pewnym momencie Keyon postanowił rozwinąć swoją karierę solową, sporo czasu poświęcał też na grę z artystami hip-hopowymi i soulowymi, takimi jak Jay-Z czy Beyoncé. Zdarzało się więc, że Keyon nie mógł wystąpić na jakimś koncercie z Harperem. I wtedy jego miejsce coraz częściej zaczął zajmować Freddie Hendrix. Zainteresowałem się kto to jest, jak gra, zacząłem szukać jego koncertów na YouTubie.

– Keyona znasz doskonale, występowałeś z nim razem, nagraliście wspólnie płytę. Czym różnił się Freddie od Keyona?

– Więcej ich właściwie łączy. To są artyści z tego samego pokolenia. Mieli tego samego mentora, czyli Roya Hargrove’a. Chodzili razem na jamy m.in. do Smalls. Roy wziął ich do big bandu, wspierał ich.

– A dlaczego spodobali się Harperowi?

– Bo usłyszał w ich muzyce najszlachetniejsze elementy jazzu, czyli wspaniałe, mocne i czyste brzmienie trąbki, świetny feeling, czas i frazę. Oczywiście też się różnią. Keyon postawił na poszukiwanie indywidualnej drogi, choćby przez współpracę z artystami hiphopowymi, o czym już wspomniałem. Freddie w swojej frazie bliższy jest Freddie’emu Hubbardowi, Lee Morganowi, Dizzy Gillespie’emu, czyli artystom, których Harper ceni, z niektórymi z nich przecież sam grał.

– A dlaczego ty zaprosiłeś Hendrixa do współpracy?

– Z tego samego powodu, dla którego pracował z nim Harper. Freddie gra najszlachetniejszy, czysty jazz – nie chcę tu użyć określenia klasyczny, bo dziś nie wiadomo co to słowo oznacza. Freddie ma ogień w graniu. To jest prawdziwy jazzowy trębacz.

– Kiedy usłyszałeś go pierwszy raz na żywo?

– Kiedy byliśmy z Anią Giniewską w Nowym Jorku, jesienią 2017 roku. Wpadliśmy na jakieś koncerty do klubu Smoke. Mieliśmy już się zbierać, kiedy okazało się, że na nocnej, zaczynającej się o północy sesji ma wystąpić Hendrix. Zrobił na mnie wielkie wrażenie, zakochałem się w jego grze natychmiast. Po koncercie, przy wyjściu z klubu natknęliśmy się na niego i jego żonę. Podeszliśmy i zaczęliśmy rozmawiać. Szybko udało nam się przełamać lody, bo Freddie zobaczył, że znamy jego kolegów, współpracowników, od Keyona, po Billy’ego Harpera. Przy rozstaniu, żona Freddie’ego, Barbara, wręczyła nam wizytówkę i powiedziała, że gdybyśmy kiedyś chcieli razem zagrać, to żeby dać znać.

– Współpraca nadeszła szybciej, niż się pewnie spodziewaliście.

– Tak, bo jeszcze w tym samym roku dostałem zaproszenie od Polskiego Radia Szczecin, żeby wyprodukować koncert z okazji stulecia niepodległości Polski i przy okazji sześćdziesiątej rocznicy wizyty Dave’a Brubecka w naszym kraju. Główną gwiazdą koncertu miał być Wynton Marsalis. Był taki pomysł, żebym zagrał obok niego. To było dla mnie nierealne. Znałem Wyntona i wiedziałem, że taki pomysł nie przejdzie, jeśli nie będzie dobrze wymyślony i uzasadniony. Zaprosiłem więc do Szczecina Dariusa Brubecka, syna Dave’a, również pianistę i zaproponowałem, żebyśmy wspólnie wykonali Take Five. Wynton się zgodził.

Pozostała teraz kwestia tego, kto otworzy ten wieczór, najlepiej z akcentami polskimi i Brubeckowymi. Padło na mnie i mój zespół. Zaczęły się poszukiwania kogoś, kto zagra na trąbce, kto udźwignie całą sytuację – stanie obok Marsalisa i będzie sobie zdawał sprawę, czym jest ten okolicznościowy koncert. To musiał być ktoś, kto jest świetnym muzykiem, ale też będzie wiedział, że nie on jest tu główną gwiazdą. Keyon był wtedy pochłonięty pracą nad swoją solową płytą, więc wyciągnęliśmy wizytówkę i zadzwoniliśmy do Freddie’ego. Los chciał, że Freddie był akurat w trasie, miał tylko jeden wolny wieczór. I to był właśnie wieczór naszego koncertu. Powiedział, że przyleci do Szczecina rano, zrobimy próbę, a wieczorem zagramy. Trochę się obawiałem, że coś po drodze pójdzie nie tak, ale zaryzykowałem.

– A skąd się wzięła ta brygada w nazwie?

– Paweł Brodowski nas tak ochrzcił. Mieliśmy w repertuarze jazzową interpretację pieśni I Brygady Legionów Polskich, czyli My, Pierwsza Brygada i podczas rozmowy, już po koncercie, Paweł tak nas nazwał. Spodobało mi się to i tak zostało. A akuszerami naszego projektu nieświadomie byli Marsalis i Brubeck, bo to dzięki nim ten koncert się wydarzył.

– Na ile Jazz Brigade wpisuje się w twoją muzyczną biografię? Czy to jest logiczny ciąg wcześniejszych związków z innymi artystami, takimi jak Deborah Brown czy Keyon Harold? Czy jest to może coś zupełnie autonomicznego?

– Wszystko wynika z tego, co robiłem wcześniej, nawet jeśli moje płyty z Keyonem czy Deborah brzmią zupełnie inaczej. Jest w tym wszystkim logiczny ciąg, przyjaźń i wspólna historia, którą dzielę z artystami, z którymi współpracowałem dotychczas. Pamiętam, że kiedy zaczynałem interesować się jazzem, kupiłem sobie dwie kasety, „Kind Of Blue” Milesa Davisa oraz „Double Trouble” Debory Brown i Namysłowskiego. Jej muzyka towarzyszy mi od samego początku. Z Keyonem też znam się od dawna, od 2004 roku, kiedy wygrał Zmagania Jazzowe w Szczecinie. To wspaniałe doświadczenia, ale to właśnie Jazz Brigade jest najbliższym mi projektem, najbardziej się z nim utożsamiam, jestem z niego najbardziej dumny. To jest moje najbardziej autorskie przedsięwzięcie.

– Ile razy grałeś już z Freddiem?

– Nie potrafię ci powiedzieć, ale gramy już razem pięć lat, koncertów było sporo. Jeszcze w 2018 roku wystąpiliśmy na koncertach z Dariusem Brubeckiem odtwarzając trasę jego ojca sprzed sześciu dekad. Choć to były nasze początki, wszyscy czuliśmy, że jest w tej naszej brygadzie coś dobrego, wartego kontynuowania. Następny rok był pełen koncertów. Przez chwilę zatrzymała nas potem pandemia, ale wróciliśmy w 2021 i gramy do dziś. W tym czasie wystąpiliśmy na wielu festiwalach w Europie, byliśmy w Kenii, w Stanach.

– Co dla niego jest ciekawe w Brygadzie?

– Dwie rzeczy. Po pierwsze muzyka. Czuję, że w Brygadzie, która jest zespołem stricte jazzowym, opartym na rytmie, swingu, groovie, udało mi się wymieszać elementy naszej tradycji romantycznej, z echami Chopina czy Moniuszki – z akcentami tak odległymi, jak flamenco. Dla Freddie’ego, artysty amerykańskiego, czy może raczej nowojorskiego, takie podejście było czymś świeżym, innym, niż to, któremu się wcześniej poświęcał. Po drugie – szacunek, którym darzę artystów, z którymi współpracuję. Kiedy z nimi gram, podróżuję, robię wszystko, żeby czuli się dobrze i bezpiecznie.

– Jeśli ktoś nie słyszał jeszcze waszego zespołu, to która kompozycja jest najbliższa waszej wrażliwości, temu, kim jesteście i co sobą reprezentujecie? Czy jest taki utwór-wizytówka?

– We Are the Jazz Brigade – tam masz wszystko, od cytatu z So What, przez akcenty z Horace’a Silvera, frazy Freddie’ego Hubbarda. W tej kompozycji słychać nasze inspiracje, ale też i to, jak chcemy brzmieć. Kolejny to Stretchin’in Szczecin, w którym gramy stretch’out w duchu Harpera czy Archie’ego Sheppa. W tych dwóch utworach najbardziej słychać nasze inspiracje, ale też i to, jak chcemy brzmieć. Wiem, że Freddie się utożsamia z całą płytą, jest dla niego ważna. Wiem też, że to właśnie w Stanach nasz album cieszy się największą popularnością, większą niż w Europie czy Polsce. W USA ludzie słuchają płyty nie dlatego, że widzą nazwisko Ostrowski, ale dlatego, że gra tam właśnie Freddie.

– Jakie macie plany na przyszłość?

– Po ostatnim intensywnym czasie koncertowania musimy zrobić sobie chwilę przerwy. Pytanie nie brzmi, czy będziemy jeszcze grać wspólnie, tylko w którym kierunku będziemy z naszym jazzem podążać.


Rozmawiał: Łukasz Kamiński


  MKIDN stoart       stoart       stoart     psj      ejm