Aktualności

fot. Marek Karewicz



Kwiecień miesiącem Komedy



Krzysztof Komeda Trzciński urodził się 27 kwietnia 1931 roku w Poznaniu, zmarł w Warszawie 23 kwietnia 1969.

Od pół wieku kwiecień jest dla polskiego jazzu miesiącem Komedy. W kwietniu Krzysztof Trzciński przyszedł na świat i w kwietniu zmarł. Te dwie daty prawie się nakładają, dzielą je tylko cztery dni. Dwa lata temu obchodziliśmy 50. rocznicę śmierci legendarnego muzyka, w tym roku przypada 90. rocznica urodzin.

Jego droga życiowa wiodła od Poznania, gdzie jeszcze przed wojną rozpoczął naukę w Konserwatorium, przez Częstochowę, w której spędził okupację, Wałbrzych, dokąd przeniósł się po wojnie z rodzicami, potem Ostrów Wielkopolski, gdzie chodził do gimnazjum, znowu Poznań, gdzie studiował na Akademii Medycznej, Sopot, gdzie debiutował, Kraków, gdzie poślubił Zofię, Warszawę, gdzie wkrótce razem zamieszkali, stolice europejskie, gdzie koncertował i nagrywał muzyką filmową, Los Angeles, gdzie zaczął się spełniać, ale wnet roztrzaskał jego amerykański sen. I wreszcie Warszawa, gdzie zmarł mając niespełna 38 lat.

W Ostrowie Wlkp. pod koniec lat 40. budziła się jego świadomość jazzowa. Jazz, który docierał do nas po wojnie, był powiewem wolności – muzyką wolnych ludzi, którzy przynieśli wyzwolenie zachodniej Europie. Ale rozbudzone marzenia, zostały u nas rychło zduszone. Gdy władzę przejęli w Polsce komuniści, jazz – muzyka amerykańska – został wyklęty i zszedł do podziemia. Owoc zakazany smakuje najbardziej. Młodzi ludzie słuchali jazzu potajemnie, grali pół konspiracyjnie w „katakumbach”. Jazz – jak mówił ich guru Leopold Tyrmand – był orężem w walce o wolność. Prym wiedli wśród nich muzycy z zespołu Melomani, a jednym z nich był młody pianista Krzysztof Trzciński, który wkrótce przybrał pseudonim Komeda. I Festiwal Jazzowy w Sopocie w 1956 roku był ich wyjściem z podziemia. Tama została przerwana, fali nie udało się już zatrzymać. Nastał okres frenezji.

Sekstet Komedy, który w Sopocie debiutował, był pierwszym w Polsce zespołem grającym jazz wyłącznie nowoczesny. Rok później Krzysztof Trzciński odebrał dyplom Akademii Medycznej i stanął przed dylematem życia – czy zostać lekarzem, czy wybrać karierę muzyka. Poszedł za głosem serca. W tym samym roku zadebiutował jako kompozytor filmowy – napisał muzykę do etiudy Romana Polańskiego „Dwaj ludzie z szafą”. Nic nie było już takie samo. „Niewinni czarodzieje”, „Nóż w wodzie”, „Zabójcy wampirów”, „Le Depart”, „Dziecko Rosemary”. Wajda, Polański, Skolimowski…

Na przestrzeni 12 lat napisał Komeda muzykę do ponad 60 filmów fabularnych i krótkometrażowych. Przez cały czas czuł się jednak przede wszystkim jazzmanem. Jak Miles Davis, potrafił skupić wokół siebie najbardziej twórczych muzyków i w sposób intuicyjny wydobyć z nich więcej niż oni sami się spodziewali. Byli wśród nich Stańko, Namysłowski, Dyląg, Ptaszyn, Urbaniak, Carlsson, Rosengren…

Nagrany w 1965 album Komedy „Astigmatic” otwierał drogę dla jazzu europejskiego, jazzu o nowej tożsamości, uwolnionego od schematów tradycji amerykańskiej. Muzyka Komedy zyskała indywidualny, osobisty rys, miała charakterys­ty­czny klimat i rozpoznawalne brzmienie.

Minęło ponad pół wieku. Jego kult nie słabnie, a wręcz przeciwnie – nabiera siły, głębi i rozmachu. Tę tradycję kultywują kolejne już pokolenia. Wciąż pojawiają się nowe, często zaskakujące interpretacje jego muzyki.

Krzysztof Komeda – skarb narodowy polskiej kultury, symbol, ikona, legenda, mit. Jego muzyka pozostała, duch pozostał. Komeda żyje.

Paweł Brodowski





  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm