Książki

Ryszard Horowitz, „Życie niebywałe – wspomnienia foto kompozytora”
Wydawnictwo Znak, Kraków 2014, 460 str.

Recenzję opublikowano w numerze 4-5/2015 Jazz Forum

Ryszard Horowitz: Życie niebywałe – wspomnienia fotokompozytora



Książka pasjonująca, życie twórcze… ponad miarę. Nie jestem w stanie, nie potrafię ocenić prac foto kompozytora, jego dzieł, jego zdjęć, jego obrazów, jego całej twórczości – podobają mi się, zachwycają mnie, poruszają, wiele z nich chciałbym oglądać w moim domu, ale jestem na tym plastycznym polu laikiem, nie jestem krytykiem, zasób słów mi się wyczerpuje gdy próbuję opisać jego dzieła.

Więc napisze tylko o tym, co ciekawi nas, czytelników JAZZ FORUM i Pana Ryszarda Horowitza: o obrazie polskiego jazzu, który miał on przed oczami do swego wyjazdu do USA w roku 1959.

Ten okres jazzu – od wyzwolenia kraju w roku 1945 do końca lat 50. – jest stosunkowo mało znany i udokumentowany. Naoczni świadkowie powoli odchodzą, a nie wszyscy potrafili tamte lata opisać tak ciekawie jak Lech Terpiłowski, tak fachowo jak Roman Kowal, tak intensywnie jak „Duduś” Matuszkiewicz, tak barwnie jak Jan Ptaszyn Wróblewski, tak epicko jak Mateusz Święcicki, tak precyzyjnie jak Jan Borkowski. Ci, którzy ten jazz tworzyli na nowo, w tamtych latach nie pisali o nim, a krytycy jazzowi przez pewien czas też nie mogli o nim pisać, spotykali się z oporem, malejącym na szczęście, władz partyjnych. Jazz w Polsce dość długo związany był z polityką, wielką, czy małą, był od jej meandrów uzależniony i dopiero w latach 60. stał się w miarę normalnym zjawiskiem w krajobrazie naszej muzyki.

„Na początku był Kraków”. Ryszard Horowitz ten zmysł obserwacji miał i ma, bo wyrabiał go sobie przez lata i potrafi to, co widział i słyszał, opowiedzieć. Od 44 strony swej książki w rozdziale „All That Jazz” ukazuje historię jazzu w Polsce opowiedzianą skrótowo, wyrywkowo, ale i odkrywczo, przekazując nam informacje nieznane, dotyczące muzycznego życia swych przodków, swej krakowskiej rodziny, której część wyemigrowała do USA i również tam grała i tworzyła. Opisuje rolę, którą jazz pełnił w latach jego dzieciństwa, młodości i w życiu dorosłym. Pisze o przedwojennych zespołach, których nazwy brzmią znajomo, ale nasze zdania są podzielone – do dziś nie potrafimy ustalić i nie mamy wyrobionego zdania, czy to, co grały Orkiestry Kataszka, Karasińskiego, Petersburskiego, Goldów, Rosnerów, Wróbla, czy Turewicza, to był jazz, czy muzyka taneczna, salonowa, rozrywkowa… Autor tego nam nie wyjaśnia, bo nie po to pisał „Życie niebywałe”, by coś wyjaśniać, lecz by coś nam pokazać w zdjęciach, słowach, obrazach. 

„Mój dom był zawsze pełen muzyki…” granej na fortepianie, z płyt, płynącej z radia, z audycji Lucjana Kydryńskiego, albo z Głosu Ameryki, z „Godziny Jazzu” Willisa Conovera, z jego audycji nagrywanych w krakowskich domach na enerdowskiej przystawce magnetofonowej i potem wiele razy odtwarzanych. 

„Jazz inspirował nas, przenosił w inny świat”. Pisze Horowitz o zagłuszaniu tych audycji, o trudnościach w zdobyciu amerykańskich płyt, o oczekiwaniu na każdą przesyłkę z Ameryki czy Europy Zachodniej, na każdą paczkę, w której mógł być Ellington, Davis, Glenn Miller. Pisze o smaku pierwszej Coca Coli, która, obok jazzu, była symbolem dalekiej Ameryki, tego Promised Landu. Kraków – to miasto było autorowi najbliższe, Kraków jazzowy, z nielicznymi ale bardzo intensywnie przeżywanymi domowymi jam sessions, spotkaniami z Wojtkiem Karolakiem, Andrzejem Dąbrowskim, „Drążkiem” Kalwińskim, Stanisławem Otałęgą. Pisze o dalszych losach tych muzyków w USA, o pierwszych Zaduszkach Jazzowych w roku 1954 organizowanych w jednej z krakowskich szkół. Te wszystkie opowieści okraszone są anegdotami zrodzonymi w świecie jazzu i muzyki mu podobnej; o Xavierze Cugacie podpisującym się pod cudzymi dziełami, o oczekiwaniach jednego z wujków z Ameryki na wielką wypłatę w ZAiKSie i rozczarowaniu groszami, które wpłynęły.

Opisuje role Tyrmanda, Jana Byrczka w konsolidacji jazzowego środowiska, wspomina Krakowski Jazz Club i I Festiwal Sopocki, pisze o pamiętnych wyborach miss Sopotu. 


Ryszard Horowitz z Wojtkiem Karolakiem, Kraków 1956


„Życie jazzmanów nie było lekkie”, nam się dziś wydaje, że to było jedno pasmo zabaw, tańców, imprez, alkoholowych libacji. Nie, utrzymać rodzinę z grania jazzu było trudno, trudno też było wytrzymać te ataki na muzykę, którą grali, odwoływanie imprez, zakazy grania jazzu nawet na potańcówkach, groźby, zwalnianie z uczelni za granie boogie-woogie. Ale powoli było coraz lepiej, coraz łatwiej, coraz przyjemniej.

Horowitz sam próbował grać jazz, uczył się gry na fortepianie, a potem na klarnecie (pod wpływem Benny’ego Goodmana). Chciał się nawet „przykleić” do jakiegoś zespołu, ale czuł, że inna twórczość jest jego powołaniem.

„Może i dobrze, że zamiast klarnetu dzierżyłem w dłoni aparat fotograficzny”, bo to fotografowanie szło mu znacznie lepiej niż granie.

W drugiej części drugiego rozdziału swej książki pisze Horowitz o dojrzewaniu polskiego jazzu, o odchodzeniu od tradycji dixielandu i swingu w kierunku bebopu i cool jazzu, o wizycie Kwartetu Dave’a Brubecka u nas i o tym, jak szlachetne brzmienie jego zespołu wpłynęło na rozwój polskiego jazzu.

„Jedyną naszą motywacją w okresie, kiedy dojrzewaliśmy, był wyjazd zagranicę”. Tę myśl i te słowa Romana Polańskiego wyrażone wiele, wiele lat potem, podzielał widać Horowitz, bowiem doprowadziła ona do tego, że „klamka zapadła” i cały ten ostatni okres życia w Polsce ukierunkowany był na wyjazd do USA na studia i na realizację swych planów twórczych. 

„Podróż Batorym była nużąca i gorzka”. Batory wystartował z portu Gdynia w marcu 1959 roku i po pewnym czasie (nie wiem, ile wtedy trwała podróż przez Wielką Wodę) przez Kopenhagę dopłynął do Halifaksu, i po przesiadce w samolot był już młody foto kompozytor w Nowym Jorku u wujostwa Rosnerów.

Druga, znacznie większa część „Życia niebywałego” toczy się w Ameryce, w środowisku plastyków, muzyków, dziennikarzy, jednym słowem wśród ludzi twórczych, aktywnych i bogatych. Tam też Horowitz stale był blisko jazzu. Ale był to już jazz amerykański, wielki i różnorodny, stary i nowy, elektryczny i akustyczny, dobry i bardzo dobry. A jednak nie ten ukochany polski, nasz, niepowtarzalny, niebywały, który zawsze będzie mu się kojarzył z Krakowem, plantami, młodością, Kazimierzem i Polską. 

Marek Gaszyński



Zobacz również

Coltrane według Coltrane’a

Stanisław Danielewicz recenzuje książkę, którą opracował Chris DeVito, a przełożył na polski Filip Łobodziński. Więcej >>>

Lady Day śpiewa bluesa

Autobiografię Billie Holiday recenzuje Stanisław Danielewicz. Więcej >>>

DŽEZAKY

Festiwal Bratislava Jazz Days dla słowackich melomanów jest, jak dla nas Jazz Jamboree. Więcej >>>

TWARZE MUZYKI

W części poświęconej jazzowi szczególną uwagę przykuwają ekspresyjne portrety Tomasza Stańki. Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu