Książki

Artykuł opublikowany w JAZZ FORUM 3/2024

Michaś



Biografia Michała Urbaniaka – rozmowa-rzeka z Jackiem Góreckim. Recenzuje Łukasz Maciejewski.

Tytuł książki jest ważny. Michał, wielki Michał Urbaniak, lider listy jazzowych evergreenów, staje się Michasiem. Wiecznym, pełnym temperamentu dzieciakiem, który, jak to dzieciak, chciałby poswawolić – opowiedzieć nam o wszystkim, bez strachu o to, że powie za dużo, albo za mało.

Michaś w rozmowie-rzece z Jackiem Góreckim, jest także facetem w sile wieku, laureatem nagród i beneficjentem życia, kochanym i szanowanym, który jednak nie zgubił dzieciaka w sobie. Michał nie zgubił Michasia. Już we wstępie Górecki pisze, że „Urbaniak jest kobietą”. Mniej chodzi o płeć, to jest poza płcią. Urbaniak jest kobietą, bo czuje głębiej, widzi szerzej i dostrzega ciekawsze rzeczy niż czubek własnego ego.

W poprzedniej biografii, „Ja, Urbanator. Awantury muzyka jazzowego” Andrzeja Makowieckiego, jazzman jawił się jako hedonista i smakosz życia, który czerpie z życia (czasami przesadza), głównie dlatego, żeby się tym życiem najeść. Najeść, ale nie przejeść. Nie przesadzić. Życie powinno smakować. Coś pospolitego, coś wyrafinowanego, jedno z drugim, ale smaczne.

***

Dziesięć rozmów Góreckiego z Urbaniakiem to kreacja i autokreacja. Panowie rozmawiali w czasie pandemii, po pandemii. Świat się chwiał, a oni gawędzili. Wyszła im z tego świetna książka.

Urbaniak cytuje Romana Polańskiego, twierdzącego, że „życie to jest cyrk”, i że sam czuje się artystą cyrku. Ważne stwierdzenie, autodefinicja. Kim jest w końcu jazzman? To artysta zespolony z muzyką, który nieustannie się wyłamuje – normom, zasadom, ogólnikom. Free, free, free jazz. Może być woltyżerem, klaunem, a czasami także treserem. Bo w jazzie, zwłaszcza w jazzie na poziomie Urbaniaka, można robić wszystko, być każdym, ale najpierw trzeba to wszystko potrafić. Zasady, potem ich łamanie. Zasady są najważniejsze.

W książce pada również zdanie Tomasza Stańki, że „tylko jazz ma sens”. Urbaniak chętnie się z tym zgadza. Tyle, że jazz nie oznacza w tym przypadku jedynie muzyki. Jazz to styl. Styl życia, określony stosunek do rzeczywistości. I tego właśnie uczyli Urbaniaka jego mistrzowie, poczynając od Willisa Conovera, gospodarza audycji „Jazz Hour” z radia Voice of America, który wychował najważniejsze pokolenie polskich jazzmanów, kończąc na artystach, wybitnych i nietuzinkowych, z którymi stykał się od najwcześniejszych lat, jak Krzysztof Komeda, Urszula Dudziak, Wojciech Karolak, Zbigniew Namysłowski, Andrzej Trzaskowski, Jan Ptaszyn Wróblewski, Tomasz Stańko, Herbie Hancock, Natalie Cole, Erykah Badu, Miles Davis…

Polska i Ameryka: Polska – hassliebe, Ameryka – ziemia obiecana. Inne kontynenty to tylko jazzowe wariacje. Michał Urbaniak, rozdarty między Polską i USA, potem na długo zadomowiony w Stanach, a po latach, po powrocie do kraju, dosadnie i mądrze komentujący ojczyznę. I kochający ją jak mało kto. Kochający jednak po swojemu, przekornie. Trzeba wyjechać, nagrzeszyć, najazzować się, żeby wrócić i zrozumieć, że zanim stwierdzimy, że coś jest na pewno złe albo ponad wszelką wątpliwość dobre, wypadałoby się raczej uśmiechnąć, wydrwić klarowane podziały polityków, albo zagrać. Najlepiej zagrać jak on. Urbanator.

***

Koleiny życia. Bo jest jazz, ale jest i człowiek. Urbaniak mądrze indagowany przez młodszego o kilka pokoleń Góreckiego, w nosie ma polityczną poprawność, wygładzanie wizerunku. Dla osiemdziesięciolatka to jest najlepszy moment: muzyk niczego już specjalnie nie musi udowadniać.

Nałogi, „whisky moja żono”, używki, zdrady. Takie to było życie. Tak to się toczyło. Miłości, namiętności, seks (seks w muzyce również). Powietrze – amerykańskie, europejskie, polskie – często zanieczyszczone. Smog źle trafionych uczuć, nie tylko dobrych znajomości i relacji, ale to jednak była trasa prowadząca w efekcie do celu. Do sukcesu. Życia, które było sukcesem. Dzisiaj dopiero Urbaniak potrafi to docenić.

Tak, miał szczęście. Artysta powinien mieć szczęście, żeby wygrać naprawdę. Urbaniakowi to się udało. Tak los wymyślił go sobie albo on sam ów los sprowokował.

To przecież była cała seria nagrań, spotkań, towarzyskich i profesjonalnych. Od kieliszka po konsoletę, od dymka do trąbki. La La Land, panie Michale. Często powtarza to pan w książce: La La Land.

To, co udało się dokonać Urbaniakowi w muzyce, w jazzie, nie zawsze i nie do końca udało mu się w kinie, w relacjach z filmem. Tylko czy wybitny jazzman koniecznie musi być równie arcydzielnym kompozytorem muzyki filmowej? Nie, nie musi. Casus Krzysztofa Komedy jest pod tym względem wyjątkowy i niechże takim pozostanie.

Przecież jednak i na tym polu Michał Urbaniak ma ciekawe osiągnięcia. W rozmowie z Góreckim barwnie, jak to on, opowiada również i o przygodzie z filmem. Jego muzyka do „Pożegnania jesieni” Mariusza Trelińskiego na podstawie prozy Witkacego była, jak sam film, bezczelna. A także: pulsująca, niecierpliwa, innowacyjna. Plus z tuzin jeszcze gotowych epitetów. Treliński z frenezją wyreżyserował opowieść o Atanazym Bazakbalu, hrabim Łohoyskim, Heli Bertz, o przetrąconym witkacowskim świecie, który już się raczej nie pozbiera. Stracił rozmach i zamarł, a na jego zgliszczach pozostała już tylko dekadencja. Owa dekadencja to także, a może przede wszystkim, Urbaniakowy jazz.

Muzyk skomponował także muzykę do krótkich filmów mistrza animacji, Mariusza Wilczyńskiego, do komedii „Tak, tak” Jacka Gąsiorowskiego, legendarnego „Długu” Krzysztofa Krauzego oraz do mini-serii „Wielkie rzeczy” tego samego reżysera, a w końcu do pełnometrażowego, animowanego „Edenu” Andrzeja Czeczota. Miał być, jak sam wspomina, Oscar i nieśmiertelność. Nie udało się, nie wyszło. Wielkim wysiłkiem twórców, nakręcono męczącą hybrydę poza skalą. Film okazał się przeskalowany. W każdym razie, niewielu dzisiaj o „Edenie” pamięta.

Michał Urbaniak to także aktor – grał siebie, muzyka jazzowego we wspomnianym „Pożegnaniu jesieni”, a także w „Sponie”, „Panu T.”, „Cudzym szczęściu”, a nawet w 552 odcinku sitcomu „Świat według Kiepskich”, był woźnym w „Sześciu dniach strusia”, a za główną rolę Włodzimierza, w „Moim rowerze” Piotra Trzaskalskiego otrzymał Orła od Polskiej Akademii Filmowej w kategorii „Odkrycie Roku”, a także nagrody na festiwalach w Tallinie i w Nowym Jorku.

„Dla mnie zaskakujące okazało się to, że aktorstwo to jest prawie to samo, co granie jazzu na scenie. To żaden zawód, prawdziwa sztuka polega na tym, żeby być sobą, opowiadać cudzymi słowami kwestie, które przepuszczamy przez własne emocje i duszę” – mówi w książce.

***

Jeżeli myślimy o polskim jazzie – Urbaniak. O muzyce – Urbaniak. Królu życia, kolorów życia – również on. Po przeczytaniu rozmowy z Jackiem Góreckim, pomyślałem o nim: Michaś. I że cudny z niego gość.

Łukasz Maciejewski

Jacek Górecki, Michał Urbaniak, „Michaś. Wywiad rzeka z Michałem Urbaniakiem”, wydawnictwo Marginesy, Warszawa, 2024. 



Zobacz również

Quo Vadis

Transkrypcje solówek Zbigniewa Seiferta spisane przez Macieja Afanasjewa. Recenzuje Krzysztof Lenczowski. Więcej >>>

Grając na własną nutę

Niezwykła książka amerykańskiego trębacza Gary’ego Guthmana. Recenzja Piotra Iwickiego. Więcej >>>

Osobiste Odkrycia: Film i Muzyka

Niezwykłą książkę Grzegorza Kozyry recenzuje Stanisław Danielewicz Więcej >>>

Jazz w Oparach PRL-u

Barwne przygody z zespołem Jarka Śmietany opowiada perkusista Jacek Pelc. Książka, jakiej jeszcze nie… Więcej >>>

  MKIDN stoart       stoart       stoart     psj      ejm   
Dokument bez tytułu