Wywiady
fot. Przemek Sikora

Wywiad opublikowany w Jazz Forum 9/2017 

Eryk, syn Eryka

Marek Gaszyński


Z wybitnym perkusistą Erykiem Kulmem rozmawia Marek Gaszyński.

Jestem sopocianinem. W czasie mojego dzieciństwa i lat wczesnej młodości Trójmiasto było oazą sztuki. Teatry, wystawy, kluby jazzowe były miejscem mojego dorastania” – powiedział mój rozmówca.

JAZZ FORUM: Zaczynałeś jako muzyk big-beatowy i podobno niewiele brakowało, a zostałbyś członkiem zespołu Trzy Korony tworzonego w roku 1970 przez Krzysztofa Klenczona…

ERYK KULM: Tak, Krzysiek – zawsze był dla mnie Krzyśkiem albo Krzysiem – kompletował, po odejściu od Czerwonych Gitar, zespół Trzy Korony. Interesowałem się wtedy bluesem, rockiem, nowoczesną na owe czasy muzyką, słuchałem The Cream, Claptona, Hendriksa. Mieszkaliśmy w Sopocie, tam się wtedy wiele działo, trochę grałem w harcerskim zespole estradowym Takty, którego opiekunem artystycznym był Jerzy Kossela. Na Ogólnopolskim Festiwalu Zespołów Harcerskich wymyśliłem nowy aranż do piosenki „Harcerska dola wszędzie nas pędzi, wszędzie gna” i tak się zaczęło moje śpiewanie, zresztą bardziej rockowe niż harcerskie. Pewnego dnia Krzysiek przyszedł z kwiatami do naszego mieszkania, by poprosić moją mamę o zgodę na moje granie w jego zespole. Mama powiedziała: „Owszem, może kiedyś, ale…”.

JF: No tak, mogła mieć pewne obawy, bo Krzysiek maturę zdawał wiele razy. A Ty?

EK: Zdałem za pierwszym razem, udało się. Słuchałem wtedy głównie rocka, ale miłość do jazzu tliła się we mnie od dnia, w którym jako 17-latek, zabrany przez starszego brata do kierowanego przez Zosię Komedową lokalu pod nazwą Casino Jazz At Night, usłyszałem po raz pierwszy jazz grany „na żywo” przez Mieczysława Kosza, Romana „Gucia” Dyląga i Sergiusza Perkowskiego. Ich muzyka natychmiast rzuciła mnie na kolana i po powrocie do domu zdecydowałem, że tylko jazzu mogę słuchać i tylko jazz mogę grać i śpiewać.

JF: Ludzie znają Cię jako perkusistę, ale potwierdzam, że potrafisz jazz także śpiewać – kilka miesięcy temu na moich urodzinach, z sekcją Jarek Małys, Łukasz Morawski, Janusz Szrom i Andrzej Kubacki, ze swingiem, z jazzowym frazowaniem i feelingiem zaśpiewałeś brawurowo standard Teach Me Tonight. Sędzia Jerzy Stępień tak się tym zachwycił, że chce Cię polecić na pewnym jazzowym festiwalu nie jako perkusistę, lecz jako wokalistę. Wróćmy do wspomnień – kiedy w końcu usiadłeś za jazzową perkusją?

EK: Rocka, czy raczej rock and rolla, grałem w Taktach gdy miałem 12 lat, od roku 1964 do 1968. Potem jeszcze Sławek Łosowski zaproponował mi współpracę w zespole Kombi – próby były już zaawansowane – ale pewnego dnia telefonicznie wywołał mnie Zbyszek Jaremko proponując trasę w ramach festiwalu Jazz Jantar. To był zespół Jazz Carriers i prawdziwy początek mojego jazzowego życia. Współpracowałem z innymi ciekawymi muzykami z Trójmiasta – z Piotrem i Helmutem Nadolskimi, z Przemkiem Dya­kowskim, Jurkiem Detko. Wielu było wtedy dobrych muzyków i w ogóle lata 70. to dobre lata dla polskiego jazzu. Miałem też szczęśliwy okres współpracy z Krzysztofem Jasińskim i jego krakowskim teatrem Stu, a wiele długich lat będę wspominał niezwykle twórczy i ciekawy wyjazd z teatrem do Meksyku i Wenezueli.


fot. Andrzej Świetlik


JF: Byłeś w wielu miejscach, grałeś tu i tam, byłeś biedny i bogaty, szczęśliwy i rozczarowany, samotny i otoczony tłumem. Ciekawe życie prowadziłeś…

EK: Można powiedzieć, że było to życie jazzowe, ze zmianami tempa, rytmu, linii melodycznej. Do USA wyjechałem w roku 1975 mając 23 lata, z przekonaniem, że życie jest piękne, że jestem dzieckiem szczęścia i że wszystko się uda. Ale realia mnie wyprostowały: stypendium do Berklee College of Music jak na warunki amerykańskie finansowo było liche i nie starczało na życie. Więc rzuciłem te studia w Bostonie, wróciłem do NY. Grałem na ulicach, potem w różnych dziwnych miejscach w Miami na Florydzie, na statkach norweskich płynących na Karaiby, w Chicago. Szukałem noclegów na jedną noc u kolegów, brakowało mi pracy muzyka, więc brałem inne prace. Obliczyłem, że w USA liznąłem 17 różnych zawodów. Ale przeżyłem, pomagali mi Polacy, Amerykanie, grałem nie tylko na ulicy, ale także we wspaniałych salach, nocowałem w domkach letniskowych, ale także w dobrych hotelach Nowego Jorku. Po 15 latach w roku 1989 wróciłem z dużo większą wiedzą o jazzie i z wielką ochotą na granie go w Polsce. Wróciłem nie tylko do Polski, ale także do Europy, której kultury i historii bardzo mi w Ameryce brakowało.

JF: Polacy często latali do USA po to, by po ciężkiej pracy z Jackowa czy z Greenpointu wrócić z „prawdziwymi pieniędzmi”. Udało ci się tyle tam zarobić, by jeszcze odłożyć na życie w starym kraju?

EK: Przywiozłem 20.000 USD, wtedy to było niewiele w Ameryce, ale sporo w Polsce – za wielki obiad na dwie osoby w najlepszej w Warszawie knajpie zapłaciłem… dwa dolary. Niestety długo one u mnie nie poleżały. W styczniu 1989 roku z Dworca Centralnego odebrał mnie Zbyszek Namysłowski ze słowami: „Dobrze, że masz bębny, bo od jutra gramy razem”. Oprócz mnie Kwartet Zbyszka Namysłowskiego tworzyli wtedy pianista Andrzej Jagodziński i grający na basie Jacek Niedziela. Uradowany z tego składu wsiadam na Dworcu Centralnym do pociągu do Gdyni, oglądam dawno niewidziane krajobrazy, gadam z ludźmi, chcę iść do restauracyjnego, i… nie mam portfela, a tam były pieniądze na życie w Trójmieście i niestety wszystkie dolary przewiezione z Ameryki. Przypominam sobie tłok, widać sztuczny, przed wejściem do pociągu.

JF: Wracamy do muzyki. Zarówno w Polsce, jak i w USA grałeś taką muzykę, jaką ci dyktowała konieczność, albo lider zespołu, ale pewnie nieco innej muzyki słuchałeś w domu.

EK: Słuchałem Coltrane’a, Davisa, Parkera, dobrego bebopu, i zawsze mnie interesowało granie czystego jazzu, a generalnie muzyka dynamiczna, mocna, męska. Stąd u mnie w domu wiele jest płyt z ery hard bopu – Horace’a Silvera, zespołu Jazz Messengers Arta Blakeya. Oprócz tego słuchałem jazzu, który dominował, czyli main­streamu, wszystkiego co nowe, młode, dalekie od jazzu tradycyjnego. I zawsze kręciły mnie tematy, przy których można ostro „przyłożyć” na bębnach.

JF: Ale na twojej nowej płycie, jeszcze nie wydanej, słyszę inne dźwięki, nie za mocne, nieagresywne, delikatne, pastelowe. Coś ci się zmieniło?

EK: Wiele lat musiało minąć, bym zaczął myśleć o graniu innej muzyki, tej nagranej na płycie „Private Things”. Ona dokładnie odzwierciedla obecny stan mojego ducha, a wypracowana jest podczas wielu lat spędzonych w mojej muzycznej piwnicy w warszawskiej dzielnicy Dąbrówka, przy uroczej, zielonej uliczce Puzonistów. Podczas wielogodzinnych prób i poszukiwań, wśród błędów i odkryć, zwątpień i radości tworzenia, sam sobie ułożyłem tę muzykę, śpiewałem ją, miałem ją w głowie, zapisywałem, zmieniałem. Na tym polega praca twórcza. Ale ta zmiana nie była wymyślona „na zimno”, „teraz sobie zmienię coś”, to był wynik naturalnej ewolucji. Po prostu odczułem nagłą potrzebę odejścia od tego, co robiłem wcześniej.

JF: Nietrudno jest płytę skompo­nować, nagrać, wyprodukować, najtrud­niejsze to ją sprzedać. Tu przydałby Ci się menedżer, który zajmuje się organizacją koncertów, promocją, reklamą, robotą papierkową. Masz takiego?

EK: Długo nie miałem, ale nareszcie znalazłem takiego, który prowadzi moje sprawy na całym świecie. Niektórzy polscy jazzmani mają od lat menedżera czy impresario, na przykład Leszek Możdżer, Piotr Wojtasik, Tomasz Stańko, Michał Urbaniak. A ja mam go dopiero od tego roku. Tak długo czekałem na niego może dlatego, że ze względów rodzinnych wypadłem z głównego nurtu życia jazzowego w Polsce, ze środowiska jazzowego, z życia koncertowego. Nie chodzę po klubach, nie bywam na festiwalach, nie udzielam wywiadów, a powrót do tego jest bardzo trudny. A jeśli chodzi o to niebywanie, to doskonale czuję się w moim ogrodzie, w naszym domu, gdzie jest spokojnie i gdzie przyjmuję gości.

JF: Oj, nie zawsze jest tam spokój, bo macie za syna młodego, utalentowanego aktora, Eryka Kulma III, który sprawdził się w ważnej roli w filmie „Kamienie na szaniec”, w serialu „Bodo”, w Teatrze Studio w sztuce Gogola „Rewizor”, ma kolejne propozycje aktorskie i który sprowadza na te przyjęcia wspaniałą, nie tylko aktorską, ale także muzyczną młodzież.

EK: Jestem z niego dumny – ukończył dwie szkoły muzyczne, gra na fortepianie, śpiewa, pisze teksty, komponuje, ukończył Akademię Teatralną w Warszawie.

JF: Menedżera już znalazłeś, chyba także dobrych muzyków, którzy Cię rozumieją i razem z Tobą tworzą teraz jeden dobrze działający organizm muzyczny. Dasz mu nazwę Quintessence?

EK: Nie, bo każdy zespół musi mieć stały skład, a płynność tego składu i zmiany nie wpływają dobrze na styl i brzmienie. Ponieważ utrzymanie muzyków w jednej tylko grupie jest niemożliwe – by zarobić na życie muszą oni grać w kilku różnych składach – tworzę Kwintet Eryka Kulma. Ponadto ten mój nowy zespół gra inną muzykę, więc zmiana nazwy jest naturalna. A zespół Quintessense swoje już zrobił.

JF: Dodam, że zespół ten działał w latach 1991 - 2011, w roku 1992 nagrał płytę „Birthday”, która zwyciężyła wtedy w ankiecie Jazz Top publikowanej w JAZZ FORUM jako najlepsza płyta roku, a Ty w roku 1990 w tej samej ankiecie zwyciężyłeś jako perkusista. Imponujące były też składy tego zespołu, grali w nim m.in. Andrzej Jagodziński, Robert Majewski, Mariusz Bogdanowicz, bracia Jacek i Wojciech Niedzielowie, Henryk Miśkiewicz, Leszek Możdżer i Piotr Wojtasik. Kto tworzy twój nowy zespół?

EK: Marcin Kaletka - saksofony, Michał Jaros - kontrabas, pianistą jest Michał Szkil, a na trąbce gra amerykański muzyk zamieszkały w Paryżu Rasul Siddik, awangardzista, niegdyś członek AACM (Association for the Advancement of Creative Musicians), postać, która dobrze zapisała się w historii jazzu. Z tymi muzykami nagrałem nową płytę i dzięki niej, dzięki wspólnemu wysiłkowi wróciła mi siła i chęć do grania, do dalszej pracy. Dobrze zrobiła mi także wizyta na Skwerze Hoovera kilka miesięcy temu, gdy wziąłeś mnie na koncert inauguracyjny nowego klubu Akwarium. Dawni przyjaciele muzycy, dziennikarze powitali mnie serdecznie – Zbyszek Namysłowski, Kazio Jonkisz, Paweł Brodowski i inni.

JF: Z muzykami, którzy tworzą Twój nowy zespół, nie grasz do tańca. Ale wiem, że Ty w ogóle nie lubisz grać do tańca. W Ameryce grałeś?

EK: Tak, grałem, bo musiałem przeżyć, grałem w Chicago w polsko-amerykańskim klubie z Krzysiem Klenczonem, ale gdy miałem do wyboru dwie imprezy – granie na weselu dla przypadkowej publiczności za 400/500 USD lub granie za 60 USD w klubie jazzowym, to wybierałem klub. Poleciałem do Ameryki, żeby się nauczyć jazzu, a nie na chałturki. Bo gdybym w USA nie grał z muzykami jazzowymi, nie przebywał z nimi, nie rozmawiał, nie ćwiczył, to bym nie grał tak, jak gram dziś.

A jeśli chodzi o granie rozrywki lub do tańca, to grałem z Włodkiem Wanderem w jego klubie w Chicago, ze Stanem Borysem też w Chicago, polskim piosenkarzom akompaniowałem w klubie w New Jersey. W Polsce nie grywałem na weselach ani w knajpach. Wyjątkiem był sylwester w sopockim Grand Hotelu, gdzie mając 18 lat grałem do tańca z Przemkiem Dyakowskim, braćmi Piotrem i Helmutem Nadolskimi i z krakowskim pianistą Andrzejem Nowakiem. Bałem się, że nas tam zlinczują, bo ludzie chcieli tańczyć, a my graliśmy jazz progresywny. Udało się uratować życie, bo zaśpiewałem jakieś stare romanse cygańskie na rytmicznym podkładzie.

JF: Dziękuję, sporo mi o sobie opowiedziałeś.

*

Na koniec chcę wyjaśnić dlaczego taki tytuł dałem temu wywiadowi „Eryk, syn Eryka”.

Po pierwsze dlatego, że rodzinną tradycją jest w rodzinie Kulmów nadawanie imienia Eryk pierwszemu synowi. Mój rozmówca, perkusista jest synem Eryka Kulma, który przez 33 lata był oficerem rozrywkowym na M/S „Batory” i TS/S „Stefan Batory”, a ten sam Eryk perkusista dał to imię swemu synowi, Erykowi III, który jest dobrze zapowiadającym się aktorem.

A po drugie dlatego, że postępując w ten sposób Erykowie Kulmowie wzmacniają siły łączące ich Rodzinę, która dla każdego z nas jest czym najważniejszym i w życiu niezastąpionym.

Z Erykiem, synem Eryka, o jazzie
rozmawiał: Marek Gaszyński



Zobacz również

Tadeusz Federowski – archiwalny wywiad

Z legendarnym perkusistą rozmawia Jerzy Bojanowski, Jazz Forum 2/1993 Więcej >>>

Grzegorz Grzyb atomowy

Archiwalny wywiad z perkusistą, który zginął tragicznie 23 lipca 2018 w wypadku na ulicy… Więcej >>>

Kuba Więcek: another raindrop

Urodzony w Rybniku 21 października 1994 roku saksofonista i kompozytor Kuba Więcek jest chyba… Więcej >>>

Wacław Zimpel: Wystarczy mi samo free, nie muszę…

Artysta nietuzinkowy o wielu twarzach muzycznych, uwielbia eksperymentować, odkrywać, kreować. Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu