Festiwale

Opublikowano w JAZZ FORUM 4-5/2017

Jazz Jantar: edycja wiosenna

Stanisław Danielewicz


Nigdy nie dość słów uznania i podziwu dla konsekwencji gdańskiego klubu „Żak” w promocji trójmiejskiego jazzu z najwyższej półki. To, co może wydawać się nieosiągalnym marzeniem artysty – skompletowanie „band of dreams” i nagranie z takim zespołem zaproponowanego przez siebie repertuaru – „Żak” umożliwił po raz kolejny w ramach wiosennej edycji festiwalu Jazz Jantar (16-19 marca br.).

Tym razem beneficjentem był saksofonista Maciej Sikała. Płyta nagrana w trakcie koncertu 16 marca pojawi się w sprzedaży w trakcie jesiennej odsłony „Jantara”. Okazało się, że materiał napisany na septet (czterech dęciaków, trio sekcji rytmicznej) najlepiej zabrzmi, gdy wykonawcami będą koledzy, z którymi spędziło się na studiach, w klubach, na scenie i przy wspólnym słuchaniu nagrań, setki godzin (jedynym reprezentantem młodszego pokolenia był Tomasz Klepczyński, grający na klarnecie basowym).

Czterech dęciaków wysokiej klasy to nie tylko gwarancja dojrzałych, wysmakowanych solówek, ale przede wszystkim możliwość kreacji współbrzmień, nacisk na sonorystyczną formułę projektu. Kompozycje Sikały (bo one składały się na projekt) miały zyskać dodatkowy wymiar, który wobec takiego doboru instrumentarium stawał się w pewien sposób nadrzędny nad innymi elementami. Jedyny utwór, który nie był napisany z myślą o septecie, a został do projektu odpowiednio przearanżowany, to Like Joe, znany z wcześniejszych wykonań Sikały w trio.

Zaczęło się od Zmowy miauczenia – bardzo mocno „nadzianego” blue note’ami i tym samym nawiązującego do najlepszego hardbopowego jazzu amerykańskiego. A potem już z rozdziawioną gębą chłonąłem kolejne, utrzymane w podobnej stylistyce utwory, z solówkami, owszem, na poziomie światowym, ale nie one były tu najważniejsze. Forma, forma! Zaczynało się, rozwijało i kończyło tak, jak być powinno i inaczej być nie mogło. Nie na temat, Walc dla Arka M., Septymoza mała – kolejne utwory konsekwentnie budowały napięcie i prowadziły do finału, który mieścił się w kategorii „mistrzowski pastisz”. Organizatorzy, z okazji zbliżającego się 100-lecia urodzin Theloniousa Monka (10 października 1917), poprosili Sikałę o utwór „na temat”. A bit like Thelonious, z fantastycznie naśladowczym, ale jednocześnie własnym stylistycznie solem Wyleżoła na fortepianie, okazało się prawdziwym hitem, pastiszem napisanym jako synteza niepowtarzalnego stylu Monkowskich kompozycji.

Wołanie o bis było oczywiste, gdy rozbrzmiały ostatnie dźwięki, ale nikt nie spodziewał się dowcipu, jaki (we własnym, dobrze znanym kolegom Macieja stylu) lider słuchaczom zafundował. „Na bis zagramy jeszcze raz to samo, ale dwa razy szybciej!” – zapowiedział Sikała, no i się zaczęło! Co prawda było nie dwa razy, ale na pewno 30-40 procent większe tempo, za to energia, wyzwolona przez nadanie aranżacji nowego wymiaru – wręcz wymuszała groove, który formację prawie unosił w powietrze. Ów świetnie brzmiący, perfekcyjnie wykonany, nowocześnie klasyczny amerykański jazz grali, oprócz lidera (tenor i sopran): Grzegorz Nagórski - tb, Robert Majewski - tp, flgh; Tomasz Klepczyński - bcl, Piotr Wyleżoł - p, Andrzej Święs - b; Sebastian Frankiewicz - dr.

Noy materiał, napisany głównie przez Janusza Mackiewicza - bg, ale i z pojedynczymi utworami pozostałych muzyków (Grzegorz Sycz - dr, Dominik Bukowski - xylosynth i Marcin Wądołowski – g) zaprezentował kwartet Elec-Tri-City. Koncert zbiegł się z wydaniem nowej płyty (drugiej w karierze tego zespołu) i był jej dobrze przygotowaną promocją.

Fantastyczna była energia tej muzyki, wyzwolona dzięki potencjałowi muzyków znanych przede wszystkim ze sceny jazzowej, ale w tym projekcie realizujących swoje marzenia… o rocku. Oczywiście rock grany przez jazzmanów, doprawiony funkowym sosem, jest czymś jakościowo innym, niż ten, jakiego słucham np. na koncertach Deep Purple czy Black Sabbath. I owej rockowej energii (którą ewidentnie cieszyli się mocniej Mackiewicz i Sycz, a zwłaszcza Wądołowski, mniej zaś Bukowski) należało się trzymać, mocno pilnując solówek, by były komunikatywne, stylowe i może nawet czasem „stretto” w stosunku do zapisu tematu – zamiast tego muzycy dali się ponieść jazzowym nawykom, budując napięcia mocno rozwinięte w czasie, a tym samym trochę niedopasowane do rockowego sztafażu.

Młody zespół Algorhythm (Emil Miszk - tp, Piotr Chęcki - ts, Szymon Burnos - p, Krzysztof Słomkowski - b, Sławek Koryzno - dr) z Trójmiasta był „przebojowy”, jeśli idzie o dobór (własnego) repertuaru i środków dopełniających obrane formy wyobraźnią improwizatorów. Być może w ich zadziornym wołaniu „sky is the limit” mieści się nadmiar oczekiwań, ale póki co – im więcej wyobraźni, fantazji, wyważania drzwi bez badania, czy nie są przypadkiem uchylone, tym ciekawiej. Jako improwizatora trzeba wyróżnić Piotra Chęckiego, mieszczącego w nieprzesadnie rozbudowanych ramach emocje i przemyślaną artykulację. Zanotowałem w trakcie koncertu: „piękny i dający duże możliwości emocjonalnej interpretacji utwór Mandala – tytułowy z nowej płyty zespołu”, „świetna współpraca basisty z bębniarzem”, „Miszk natchniony, w skupieniu improwizuje balladę”. Ale był również taki wpis: „Czy nikt nie potrafi okiełznać inżyniera dźwięku, gdy bez sensu ładuje decybele, choć charakter projektu nie wymaga agresywnego nagłośnienia?”.

Mniej niestety superlatywów zanotowałem, słuchając Quantum Trio Michała Ciesielskiego, grającego w składzie: lider - ts; Kamil Zawiślak - p, keys; Luis Mora Matus - dr. „Bezbłędni instrumentaliści (zwłaszcza perkusista, który ukradł cały show), kompozycje lidera napisane ze znajomością formy, ale zgrabnie zapisane elementy nie układają się w atrakcyjną dla słuchacza całość”. Granie w takim trio – bez basu! – jest być może wskazane, możliwe, inspirujące – ale dla muzyków z większym doświadczeniem. Zwłaszcza, jeśli „pod” taki skład pisze się kompozycje.

Jazz Jantar, wybitnie tym razem łaskawy dla muzyków z Trójmiasta, sięgnął również po wybitnych wykonawców „importowanych”. Trio Adama Pierończyka zagrało w składzie: lider - ts, ss; Robert Kubiszyn - bg, Hernán Hecht - dr. Witając się ze słuchaczami, Pierończyk – słusznie – nadmienił, że za czwartego członka zespołu należy uważać wykorzystane w trakcie koncertu efekty elektroniczne. Radość słuchania tym razem czerpałem nie zastanawiając się nad kompozycjami, ich formą czy wartością, nie oddzielając dźwięków „na żywo” od tych „generowanych”. Mniej ważne było „co”, tu liczyło się „jak”! Pierończyk, mający znakomite oparcie w sekcji, budował logiczne konstrukcje opowieści, nadając każdej improwizacji niepowtarzalny kształt. Praktycznie – to były „kompozycje na żywo”, prawie zawsze skłaniające do myślenia o „chorusach idealnych”.

Czego nie mogę powiedzieć ani tym bardziej napisać – o występie Antoniego „Ziuta” Gralaka - tp z towarzyszeniem basisty Marcina i perkusisty Bartłomieja Olesiów. Złośliwie zapisałem w notatkach z koncertu: „Czy do ćwiczenia gam i pasaży na trąbce potrzebny jest akompaniament grających sobie a muzom braci Oleś?” I na tym poprzestanę, by jak najszybciej zapomnieć o nieudanej iluzji awangardy sprzed pięćdziesięciu lat.

Za to więcej słów warto poświęcić prezentacji Cracow Jazz Collective w składzie: Mateusz Gawęda - p, Cyprian Baszyński - tp, Dominik Mietła - tp, Marcin Ślusarczyk - as, Sławomir Pezda - ts, Bartłomiej Prucnal - bars, Piotr Południak - b, Dawid Fortuna - dr.

Autorem „dramatycznych” kompozycji (Jazz Drama, Piano Drama) jest Gawęda, jednocześnie najciekawszy improwizator, dobrze osadzony w tradycji wydawałoby się przebrzmiałego jazzu nowoczesnego z przełomu lat 60. i 70. XX wieku, dający swoją re-interpretacją dowód temu, iż stare wino w nowym dzbanie smakuje jeszcze lepiej. Gawędę wyróżnić trzeba przede wszystkim za kompozycje – są wyraziste, przynoszą dobrze zinstrumentowane „lamenty”, którymi autor wspiera swą ewidentnie przemyślaną wizję, skądinąd dość posępną i skłaniającą do refleksji niekoniecznie optymistycznych. Natomiast duże pokłady optymizmu znajduję w tym, że mam przyjemność dołączyć do grona młodych talentów kompozytorskich (wedle własnej, subiektywnej klasyfikacji) kolejnego wybijającego się muzyka, przemawiającego oryginalnym językiem.

Występujący w ostatnim dniu festiwalu Inner City Ensemble z jazzem – nawet bardzo liberalnie definiowanym – niewiele miał wspólnego. Niemniej – przyznaję – dało się tej muzyki słuchać bez wstrętu. Etniczne klimaty plus średnio udaną próbę free-jazzowego „kotła” ewokowali: Radek Dziubek - perc, melodica, Rafał Iwański - darabukka, perc, zummara, Wojciech Jachna - tp, flgh, co, Rafał Kołacki - perc, mridangam, darabukka, fl, Artur Maćkowiak - g, Tomek Popowski - dr, perc, Jakub Ziołek - baritone guitar, miniclarinet, g. Jeśli miałbym coś doradzić zespołowi, to zwrócenie większej uwagi na dynamikę; obszar między piano pianissimo a forte fortissimo warto uważniej eksplorować.

Stanisław Danielewicz



Zobacz również

Ad Libitum 2016

11. edycja Festiwalu Muzyki Improwizowanej odbyła się w Warszawie w dn. 19… Więcej >>>

Jazzbląg 2016

Trzy dni, od 22 do 24 września, trwał zeszłoroczny festiwal w Elblągu.  Więcej >>>

Jamie Cullum: Finał Zadymki

Finał Zadymki miał miejsce w sali koncertowej NOSPR w Katowicach.  Więcej >>>

Jazz Od Nowa Festival 2017

Odbył się po raz siedemnasty (22-25 lutego, trzy pierwsze wieczory w sali koncertowej ACKiS… Więcej >>>

JAZZ FORUM 12/2017

Aktualnie w sprzedaży
Więcej >>>

Parallax Error

Leszek HeFi Wiśniowsk

Płyta miesiąca

Leszek Możdżer & Holland Baroque

Earth Particles

  • Ocena - 5
Linki
Z galerii

Portrety

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu