Festiwale
Pablo Marquez

Opublikowano w JAZZ FORUM 1-2/2016

Jazzowa Jesień w Bielsku-Białej 2015

Marek Romański i Ryszard Borowski


O 13. edycji bielskiego festiwalu, która odbywała się w dn. 8 oraz 11-15 listopada ub.r.  piszą Ryszard Borowski i Marek Romański.

Jazzową Jesień, której dyrektorem artys­tycz­nym jest od samego początku Tomasz Stańko,  zainaugurowała ze swoją własną orkiestrą Maria Schnei­der. Amerykańska kompozytorka, aranżerka i dyrygentka od lat wygrywa najważniejsze ankiety w kategoriach: najlepszy kompozytor, aranżer i lider big bandu. Jest gwiazdą, która ma swój własny styl, ma swoje brzmienie, oryginalny i rozpoznawalny sposób aranżacji, sposób dyrygowania i swoją orkiestrę. Pracując stale ze znakomitymi muzykami wie kto i jak może zagrać i znakomicie potrafi to wykorzystać. Jest wyjątkową osobowością artystyczną, a o takie miano w dzisiejszym świecie nie jest łatwo.



Tomasz Stańko, fot. Kasia Stańczyk


Pracuje już na to ponad dwadzieścia lat. Pierwsza jej płyta „Evanescence” ukazała się w 1994 roku. Maria na swoim koncercie zaprezentowała dwa utwory z tej płyty:  Dance You Monster to My Soft SongGumba Blue. Journey Home pochodził z wydanej w 2000 roku „Allegresse”. Cztery utwory: The Monarch and the Milkweed, The Thompson Fields, Arbiters of EvolutionWalking by Flashlight pochodziły z płyty najnowszej, wydanej w tym roku.

Od razu po trwającym dwa tygodnie europejskim tournee (Bielsko było pierwszym jego etapem) jej big band wziął udział w kilkudniowych występach w nowojorskim klubie Jazz Standard. Tam też pewnie zaprezentował utwory, które u nas wykonał jej zespół na bis – przepiękne i oryginalne opracowanie Over the Rainbow (z fenomenalnym solem puzonowym Ryana Keberle) i dowcipne All Night’s Gusty Winds.

Wszystkie te nieco dziwne tytuły biorą się stąd, iż jest to muzyka programowa! Dopiero na koncertach, kiedy Maria dokładnie opowiada, co przedstawiać będą dźwięki, które za chwilę usłyszymy, zdajemy sobie z tego sprawę. Często dobrze to tłumaczy nostalgię czy sentymentalizm, które nieco mi przeszkadzały, gdy nie znałem powodu napisania tej muzyki. Oczywiście kompozycje powinny bronić się same, ale w takich utworach jak Arbiter of Evolution przyznaję, że przedstawienie solistów jako współzawodniczących kogutów (cudownie tę rolę odegrali Donny McCaslin i Scott Robinson) nie tylko bawi publiczność, ale wyjaśnia niezwykłą i dowcipną formę kompozycji.

Można nie traktować tego zbyt poważnie, ale moim zdaniem jest to też pewna nowość w muzyce jazzowej. Czasem jest to jazz zbliżający się do muzyki klasycznej. Wiele fragmentów jej aranżacji zapisano z drobiazgowością niespotykaną w partyturach jazzowych. Wtedy nawet udział tak nietypowego instrumentu, jakim jest akordeon, ma w big bandzie sens.

Opisy falujących łanów zbóż czy oddechy śpiących kochanków przedstawione w muzyce dobitnie świadczą o tym, że Maria jest romantyczką! Zarazem kobieca i bardzo zdecydowana w swoich ruchach dyrygenta, pokazuje wszelkie szczegóły, dba o dynamikę i proporcje, i dobrze potrafi tym kierować. Wykonanie koncertowe różni się znacznie od tego, które dostajemy na płytach. Jest bardziej jazzowe, więcej tu długich solówek, więcej rytmicznej swobody (ogromna w tym rola perkusisty, który niby schowany w brzmieniu, cały czas jednak jest niezbędny). Na przykład Walking by Flashlight na płycie jest z solem na klarnecie basowym i trwa pięć minut, na koncercie trwał dziesięć z ogromną solówką Scotta Robinsona na barytonie. Wszystkie jej utwory są rozbudowane, w każdym można znaleźć wiele oryginalnych rzeczy i wydaje mi się, że każdemu można by poświęcić artykuł.

Mimo że Maria Schneider już dwukrotnie była w Polsce i prowadziła big bandy złożone z naszych muzyków prezentując swoje kompozycje (jeździ z podobnymi koncertami po całym świecie), to te odwiedziny były wyjątkowe. Mogliśmy usłyszeć znakomitych solistów, „autorskie” wykonania i „autorskie” brzmienie, które tak jest cenione na całym świecie (muzycy w Nowym Jorku specjalnie umawiają się na ten tydzień, kiedy jak co roku występuje w klubie Jazz Standard). Warto było na taki koncert przyjechać do Bielska.

Ryszard Borowski



The Bad Plus


11 listopada na deskach Domu Muzyki Bielskiego Centrum Kultury pojawiło się popularne amerykańskie trio The Bad Plus (Ethan Iverson - fortepian, Reid Anderson - kontrabas i David King - perkusja). Pierwszą część koncertu zdominował repertuar ich ostatnich krążków, a w szczególności wydanego w 2014 r. „Inevitable Western”. Grupa postawiła przed sobą trudne zadanie – zagrać w sposób atrakcyjny dla szerokiej publiczności, a jednocześnie przemycić w zgrabnej formie eksperymenty z pogranicza muzyki współczesnej i jazzowej awangardy. Nie do końca udało się te wszystkie cele pogodzić – w pierwszej części koncertu muzyka sprawiała wrażenie zbyt wykoncypowanej, brakowało emocji. Natomiast w drugiej – kiedy grupa wzięła na warsztat swój starszy repertuar – koncert nabrał rumieńców. The Empire Strikes Backwards w szalony sposób łączył wodewilową melodykę ze współczesną polirytmią i filmową ilustracyjnością. David King co chwila przypominał, że w rockowym, czy nawet hard core’owym bębnieniu czuje się jak ryba w wodzie.

Od długiej introdukcji fortepianu ad libitum rozpoczęła się kapryśna melodycznie i rytmicznie ballada Giant. Na bis dostaliśmy hipnotycznie katarynkową balladę oraz fascynująco zdekonstruowany hit zespołu Nirvana Smells Like Teen Spirit.

Kolejnego dnia solowym występem Argentyńczyka Pablo Marqueza rozpoczęła się feeria gitary (rozmaite odmiany tego instrumentu były bogato reprezentowane podczas ubiegłorocznej edycji festiwalu). Marquez stara się propagować – zarówno na wydanym przez ECM albumie, jak i podczas trasy koncertowej – twórczość argentyńskiego kompozytora, poety i nauczyciela Gustavo Leguizamona. Tę twórczość trudno określić jako jazz, to raczej muzyka klasyczna o korzeniach tkwiących w tradycyjnej muzyce argentyńskiej. Leguizamon to Piazzolla gitary – z tą różnicą, że zamiast tanga pożywką jego utworów są takie gatunki jak argentyńska zamba (zupełnie inna, wolniejsza, bardziej dostojna od brazylijskiej samby) czy chacarera. Marquez jest wirtuozem gitary klasycznej, jego interpretacji słuchało się bardzo dobrze. Budził przy tym sympatię swoją skromnością i otwartością. Pod koniec występu odszedł od programu Leguizamona grając zambę bandoneonisty Dino Saluzziego, milongę Piazzolli i wreszcie, na bis, utwór współczesnego kompozytora Alberto Ginastery.

Po przerwie nastąpiła radykalna zmiana nastroju – grupa Tim Berne Decay (lider - as, Ryan Ferreira - g, Michael Formanek - b i Ches Smith - dr) zaprezentowała dynamiczny jazz – zorganizowany rytmicznie, ale często sięgający do arsenału środków wyrazowych free. Amerykańscy muzycy zagrali zupełnie nowy program, który znajdzie się na nowej płycie w katalogu ECM (utwory nie miały jeszcze swoich nazw). I prawdopodobnie będzie to jedna z najbardziej przystępnych dla słuchaczy pozycji w dyskografii Berne’a – coś na skrzyżowaniu M-Base’owych polirytmii z colemanowskim harmolodic.

Decay to istny dream team, w którym każdy jest gwiazdą, ale też każdy potrafi powściągnąć swoje ego i podporządkować się muzycznej kreacji. 34-letni gitarzysta Ryan Ferreira oszałamiał paletą barw – od noise’owych zgrzytów i przesterów, po delikatne ambientowe plamy dźwięku, uzyskiwane przy pomocy samplera i laptopu. Lider budował utwory wokół swoich długich improwizowanych partii solowych. Zarówno brzmienie jego altu, jak i intrygująca narracja przykuwały uwagę od pierwszego do ostatniego dźwięku. Michael Formanek potwierdził swoją renomę jednego z najlepszych basistów współczesnej sceny – pewny intonacyjnie i rytmicznie, wprowadzał niezbędny ład w poczynania całego zespołu. Cichym bohaterem koncertu był jednak perkusista Ches Smith – to jego inwencji i sprawności technicznej zawdzięczaliśmy polirytmiczne bogactwo znane z najlepszych formacji M-Base. Niestety część słuchaczy nie zrozumiała konwencji muzycznej grupy Berne’a i opuściła salę w trakcie występu, za to pozostali nagrodzili ten doskonały koncert burzliwą owacją.

Norweski zespół Midwest trębacza Mathiasa Eicka próbował znaleźć wspólny mianownik pomiędzy jazzem skandynawskim, a tradycyjną muzyką amerykańskiego Środkowego Zachodu. Koncepcji tej służył skład grupy, w której obok trąbki dominował skrzypek o zacięciu fiddlera – Erlend Viken, a obu tych charyzmatycznych muzyków wspierali Espen Berg na fortepianie, Audun Erlien na basie i Andreas Bye na perkusji.

Trzeba przyznać, że udało im się połączyć cechy charakterystyczne obu tych regionów – skrzypce wprowadzały lekko folkowy klimat, pastelowa, rozmarzona trąbka grała natomiast w stylu kojarzonym ze Skandynawią. Zespół brzmiał bardzo efektownie, czarował bogactwem detali aranżacyjnych realizowanych precyzyjnie i z polotem. Do tego – co bardzo publiczności się podobało – w muzyce Norwegów nie brakowało atrakcyjnych melodii.

Dla mnie było w tym trochę za dużo aranżacji, a za mało jazzowej, improwizacyjnej swobody – widownia była jednak zachwycona. Dodatkową sympatię zaskarbił sobie Eick dedykując temat At Sea Tomaszowi Stańce i jego rodzinie.

Morską tematyką zaintrygował Andy Sheppard Quartet (lider - ts, ss; Eivind Aarset - g, Michel Benita - db i Krzysztof Gradziuk - dr). Podstawą repertuaru brytyjskiego saksofonisty była bowiem jego płyta „Surrounded By The Sea” wydana oczywiście przez Manfreda Eichera i jego ECM. Gra Shepparda przywodziła na myśl szerokie frazy Charlesa Lloyda. Nie brakowało w jego tematach urzekających melodii – choć w odróżnieniu od Eicka była w nich jeszcze jakaś tajemnica, którą podkreślała ambientowa oprawa gitary Aarseta.

Utwory z reguły rozwijały się powoli, statycznie, osiągając w kulminacji duże natężenie emocjonalne. Świetnie w tę konwencję wpisał się nasz perkusista, Krzysztof Gradziuk, który niemal w ostatniej chwili zastąpił etatowego bębniarza Shepparda – Sebastiana Rochforda. Kiedy trzeba potrafił porzucić bezpieczne wybijanie rytmu i wypuścić się na szerokie – nomen omen – wody kolorystycznej improwizacji i sonorystycznych eksperymentów. Na bis lider – jak na Brytyjczyka przystało – zaanonsował Beatlesowską balladę And I Love Her.

Tradycją bielskiego festiwalu są specjalne projekty wymyślane i tworzone przez jego dyrektora artystycznego – Tomasza Stańkę. Tym razem nasz trębacz zaprezentował zespół nawiązujący do słynnego kwartetu bez instrumentu harmonicznego, który nagrał jego ECM-owy debiut „Balladyna” (1976 r.). W składzie jego Projektu znaleźli się Amerykanie – młody wilk tenoru Brian Setlles, kontrabasista Eric Revis i weteran perkusji Andrew Cyrille. Ze sceny popłynęły utwory pochodzące z różnych etapów kariery Stańki, nie zabrakło oczywiście też i fragmentów „Balladyny”.

W zespole, obok jak zwykle przejmującego i ekspresyjnego lidera, wyróżniał się wiekowy
Cyrille. Słychać było, że freejazzowe nawałnice perkusyjne są czymś, w czym czuje się naturalnie, natomiast we fragmentach delikatnych, wymagających kolorystycznej subtelności – nieco usuwał się w cień. Revis znakomicie wspierał Cyrille’a w sekcji rytmicznej – a ich długi freejazzowy duet był jednym z jaśniejszych fragmentów tego koncertu. Setlles nie jest typem ekspresyjnego saksofonowego wymiatacza, zamiast emocjami kieruje się raczej intelektem. Bliższy jest Markowi Turnerowi niż np. Jamesowi Carterowi. Nie jest przez to tak efektowny, ale za to precyzyjniej wydobywa urodę prezentowanych utworów.

Brazylijski gitarzysta i pianista Egberto Gis­monti jest jedną z najważniejszych postaci firmy ECM i znaczącą figurą w muzyce swojego kraju. Celowo staram się unikać tu słowa „jazz”, gdyż ta muzyka jest tylko jednym z elementów jego twórczości. Pozostałe to muzyka klasyczna i bogata etniczna tradycja Brazylii. W pierwszej części koncertu grał na specjalnej 10-strunowej gitarze, na której uzyskiwał gęste, zbliżone do harfy brzmienie. Jedną ręką grał basowe figury, a drugą tappingiem tworzył interesujące partie solowe. Swoje kompozycje porównywał do neoklasycznych dzieł Grażyny Bacewicz, poznanych dzięki studiom w Paryżu u Nadii Boulanger.

W drugiej części występu zasiadł za fortepianem i zaprezentował set złożony z sentymentalnych utworów operujących raczej romantycznym językiem muzycznym, z wycieczkami w stronę impresjonizmu i neoklasycyzmu.

Ostatnim akcentem Bielskiej Jesieni Jazzowej był koncert jazzu tradycyjnego w wykonaniu Stars of British Jazz (Mike Cotton - trąbka, kornet, harmonijka ustna; Colin Wood - fortepian, Zoltan Sagi - klarnet, saksofony; Graham Woodhouse - puzon; John Benson - kontrabas, śpiew; Richie Burns - perkusja).

Organizatorami festiwalu byli dyrektor Bielskiego Centrum Kultury Władysław Szczotka, firma FiRe Anny Stańko oraz Wydział Kultury i Sztuki UM w Bielsku-Białej.

Marek Romański



Zobacz również

Jazz & Literatura 2017

Trzecia edycja śląskiego festiwalu odbyła się w dn. 6 - 15 października. Więcej >>>

Ad Libitum 2016

11. edycja Festiwalu Muzyki Improwizowanej odbyła się w Warszawie w dn. 19… Więcej >>>

Jazzbląg 2016

Trzy dni, od 22 do 24 września, trwał zeszłoroczny festiwal w Elblągu.  Więcej >>>

Jamie Cullum: Finał Zadymki

Finał Zadymki miał miejsce w sali koncertowej NOSPR w Katowicach.  Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu