Festiwale
Joachim Kuhn
fot. Jarek Rerych

Opublikowano w JAZZ FORUM 1-2/2017

Kalisz 2016

Tomasz Szachowski


43. Międzynarodowy Festiwal Pianistów Jazzowych w Kaliszu (25-27 listopada ub.r.) jak zawsze przyciągnął uwagę fanów, którzy ściągają tu na kilka dni z różnych części kraju.

W pierwszym dniu wystąpiło austriackie TREEOO w składzie: Maximilian Tschida - fortepian, Judith Ferstl - kontrabas i Andreas Seper - perkusja. To muzycy dobrze wykształceni, wszyscy są absolwentami Konserwatorium w Wiedniu, Judith Ferstl dodatkowo studiowała w Royal College of Music w Sztokholmie. Przedstawili program z wydanej w 2014 roku płyty „Zwischen Blattern”, której druga część układa się w rodzaj obszernej suity, także wykonanej na festiwalu (Tribute; Roadside Rose; The Way; The Great Gates of Jerusalem; Old Plesch). Partie improwizowane, interakcje i całość narracji podporządkowane były ogólnemu planowi tej całości, która nawiązywała do dobrej wiedeńskiej szkoły kompozycji, choć sama „jazzowość” poszczególnych partii pozostawiała spory niedosyt. Odnosiłem wrażenie, że muzycy dysponują zbyt skromnym doświadczeniem w odczytywaniu jazzowego idiomu, co zresztą stanowi pewien problem wielu absolwentów klasycznych konserwatoriów, którzy niejako „z marszu” próbują grać jazz i trzeba czasu, by w tej nowej przestrzeni poczuli się jak ryba w wodzie. Tak odebrałem występ skądinąd bardzo sympatycznego tria, które mogło zagrać w Kaliszu dzięki wsparciu Austriackiego Forum Kultury.

W przeciwieństwie do Austriaków ogromnym doświadczeniem może poszczycić się 72-letni Joachim Kuhn, który jazz poznawał m.in. podczas wycieczek z NRD do Warszawy na festiwal Jazz Jamboree. Został też zaproszony, o czym mało kto wie, przez Krzysztofa Komedę na sesję, podczas której w grudniu 1965 roku powstawała w Filharmonii Narodowej płyta „Astigmatic”. Kuhn jest obywatelem jazzowego świata. Okres nowojorski, okres paryski, Zachodnie Wybrzeże USA, praktycznie cała Europa, muzycy klasyczni (do 1961 roku grywał prawie wyłącznie klasykę!), post-boperzy w rodzaju Phila Woodsa czy Jimmy’ego Garrisona no i wreszcie krąg freejazzowy na czele z Ornette’em Colemanem, z którym wystąpił m.in. na festiwalu w Lipsku w 1996 roku, z czego powstał album „Colors: Live From Leipzig”. Od wielu lat związany jest z ACT i jego nazwisko pojawia się w najróżniejszych konfiguracjach personalnych na krążkach tej firmy.



Joahim Kuhn, fot. Henryk Malesa


Ale z całego konglomeratu zdarzeń chyba – jak dla każdego pianisty – najważniejsze dla Kühna jest trio jako podstawowa formacja. I w takim składzie wystąpił w Kaliszu, z Chrisem Jenningsem na kontrabasie i Erikiem Schaefferem na perkusji, prezentując utwory ze swojego najnowszego albumu „Beauty & Truth”, m.in. Ornette’a Colemana (tytułowy), Jima Morrisona (The End) oraz Krzysztofa Komedy (Kołysanka z filmu „Rosemary’s Baby” i Kattorna). W wersji koncertowej trio wznosi się na wyższy stopień dynamiki, utwory nabierają silniejszych barw, a partie improwizowane tworzą wręcz samodzielne, ekspresyjne całości.

Kuhn jest fascynującym reżyserem spektaklu. A to wciąga muzyków w serię falujących progresji i wtedy muzyka wzbiera nastrojami jak burza na morzu, a to znów zmierza w stronę ściany dźwięku, by za chwilę szokować obsesyjnymi, powtarzalnymi figurami, zaskakującymi tremolami, czy repetycjami. Kuhn czerpie sporo z arsenału muzyki współczesnej, ale jego narracja jest na wskroś jazzowa, pulsująca jak obnażony nerw.

Oczywiście nie dotyczy to całego przebiegu koncertu, ale te kluczowe momenty kulminacji czy zwrotu akcji pamięta się najlepiej. Bywa jednak i balladowy, i dla każdego z odbiorców czytelny, zwłaszcza wtedy, gdy cytuje znane utwory. Jest generalnie nieprzewidywalny, wielostylistyczny, bez ograniczeń. To, co zjednuje mu publiczność, dotyczy głównie strony psychologicznej i trudnej do nazwania prawdy przekazu. Energia, jaką tworzy ze swoimi muzykami, wciąga w swą orbitę słuchających, którzy poddają się tej muzyce od pierwszych chwil.



Jan Ptaszyn Wróblewski, fot. Henryk Malesa


W finale pierwszego dnia festiwalu wystąpił ze swoim Sekstetem Jan Ptaszyn Wróblewski, kaliszanin, który w ten sposób wieńczył rok obchodów swoich 80-tych urodzin i 60. rocznicę debiutu na festiwalu jazzowym w Sopocie. Ptaszyn uhonorowany m.in. najwyższym polski wyróżnieniem muzycznym, jakim jest wręczona mu 1 października ubiegłego roku nagroda Koryfeusza Muzyki Polskiej zadziwia żywotnością i energią. W prologu festiwalu był gościem nadzwyczaj udanego spotkania ze słuchaczami, które prowadził Jan Cegiełka, a wieczorem w piątek grał ze swoim wypróbowanym zespołem repertuar zróżnicowany, gdzie znalazło się miejsce na mniej znanego Komedę (Miserere, Don Kichot), Moniuszkę (fragmenty „Halki”) i na własne kompozycje. Ptaszyn przywiązuje się do przyjaciół i vice versa, to daje słuchaczom poczucie pewności i gwarancję wysokiej jakości przekazu. Profesjonalne aranże, dobry timing i masa błyskotliwych solówek, wśród których chciałbym szczególnie podkreślić partie Henryka Miśkiewicza i jak zawsze stylowego i jazzowego Wojciecha Niedzieli. Nie muszę dodawać, że jubileuszowy występ kaliszanina w rodzinnym mieście był wydarzeniem symbolicznym, z niepowtarzalnymi emocjami i o wysokiej temperaturze.

W nocy z piątku na sobotę w klubie Komoda wystąpił kwintet młodego pianisty Adama Jarzmika (rocznik 1990). Muzycy są studentami lub absolwentami Akademii w Katowicach i wykonują kompozycje lidera, nawiązujące do stylistyki, a tym samym do brzmieniowej faktury hard bopu. Ale ta muzyka śmiało zmierza w kierunku współczesnym, któremu rys osobisty nadaje utalentowany lider. Obok jego kompozycji (m.in. Euphoria, Life in Garden, Rush) zabrzmiały klasyki – Solar Milesa Davisa i Oleo Sonny’ego Rollinsa. Brawa za timing, dobre solówki i energetykę całości!

Drugi dzień festiwalu (sobota) rozpoczęło międzynarodowe trio w składzie Marcin Wasilewski - fortepian; Arild Andersen - kontrabas i Al Foster - perkusja. Po spektakularnym występie Tria Marcina Wasilewskiego u boku Charlesa Lloyda w sali warszawskiej Romy, to było kolejne spotkanie na tak wysokim szczeblu. 74-letni Al Foster to przecież filar grup Milesa Davisa z lat 70. i 80. (z którym wystąpił na pamiętnym Jazz Jamboree w 1983 roku!), i partner tak wspaniałych postaci jak Blue Mitchell, Sonny Rollins, czy McCoy Tyner. Z kolei Arild Andersen to ekstraklasa skandynawska z imponującym dorobkiem, na który złożyły się nagrania i występy m.in. z takimi artystami jak Jan Garbarek, Karin Krog, Phil Woods, Bobo Stenson i Carsten Dahl. Występ w Kaliszu poprzedzony był zaledwie jednym koncertem w warszawskim klubie 12on14, więc program szedł nurtem standardowym (m.in. Crescent Coltrane’a, Juju Shortera, Kołysanka Komedy, Austin Wasilewskiego i Forest Flower Charlesa Lloyda).

Foster gra stosunkowo mocnym uderzeniem, to stara szkoła, której niekoniecznie po drodze z kolorystycznymi niuansami współczesnych bębnów, w której głównie chodzi o trzymanie w ryzach rytmu. Andersen w sekcji bez zarzutu, a w obszernych partiach solowych elokwentny i śpiewny (Kołysanka Komedy!). Marcin Wasilewski w takim towarzystwie czuł się jak ryba w wodzie, co wcale nie oznacza, że dawał się ponieść emocjom. Jego fortepian zawsze jest zrównoważony, z przemyślanym „bilansem energetycznym”, tak by zostawić na wszelki wypadek jeszcze trochę przestrzeni dla spontanicznej kulminacji. Słuchało się tego występu znakomicie, mając świadomość, że z polskim pianistą grają dwie legendy – europejskiego i światowego jazzu.

Traf chciał, że kolejnym zespołem było również trio – Kołakowski: Wykpisz: Korelus. Obaj pianiści – Wasilewski i Mateusz Kołakowski, od zawsze przywiązani są do formuły tria, ale jakże inaczej gra w takiej konstelacji młodszy o 12 lat Mateusz! Eksperymentujący od kilkunastu lat, niestrudzony w poszukiwaniu własnego tonu i języka chyba wreszcie może odnotować sukces. Pretekstem była praca dyplomowa perkusisty Bartłomieja Korelusa, który podsunął pomysł wykorzystania miniatur fortepianowych Arnolda Schoenberga, potem był sukces w 2015 roku na konkursie Open Jazz w ramach Warsaw Summer Jazz Days, i teraz po serii koncertów promujących ukazała się wreszcie płyta.

Schoenberg oczywiście jest pretekstem, bo zapewne tylko pojedyncze osoby rozpoznają na koncertach oryginał, ale nie ma to większego znaczenia. Chociaż… podczas koncertu śledzimy trzy różne wątki – wyświetlany z tyłu na ekranie ory­ginalny zapis „Sześciu małych utworów na fortepian op.19 a”, śledzimy też naniesione odręcznie notatki jazzowego opracowania i słuchamy ostatecznego rezultatu, którego czas trwania wielokrotnie przekracza ramy zapisu Schoenberga.

Dopiero przy takim zestawieniu widać całą pracę przetworzeniową trójki muzyków, którzy występują tu w rolach równorzędnych, choć siłą rzeczy największą uwagę zwraca fortepian. 30-letni Mateusz Kołakowski, pozostając nadal w kręgu szeroko rozumianego free, wyraźnie kontroluje formę i dramaturgię swoich improwizacji. Widzę tu pewną paralelę do pianistyki Kühna, który pokazał, w jaki sposób można reżyserować własne emocje i fantazje. Bo przecież umiejętności są poza dyskusją – warsztat pianistyczny Mateusza i jego inwencja improwizacyjna mogą zadowolić najbardziej wymagające uszy! Dwaj jego partnerzy także mierzą wysoko i ich kreacja w projekcie schoenbergowskim znacznie wykracza poza standardowo rozumianą rolę „sekcji rytmicznej”. Występ w Kaliszu udowodnił, że to jedna z najlepszych realizacji polskiej sceny jazzu ostatnich lat!

W finale sobotniego koncertu wystąpił sekstetprawie u nas nieznanej pianistki Aminy Figarovej. Wychowana w Azerbejdżanie Rosjanka studiowała w Konserwatorium w Baku i z tamtego okresu jej fascynacjami pozostały utwory Debussy’ego, Bacha, Rachmaninowa i Skriabina. Po kilku latach spędzonych w Holandii wylądowała ostatecznie w Stanach. Komponuje, aranżuje i gra na fortepianie i w tych trzech specjalnościach jest świetna! Jej kompozycje wpisują się (najogólniej biorąc) w linię Russell-
Akiyoshi-Bley-Schneider i łączą w sobie wyrafinowanie harmonii z zadziwiającą kolorystyką. Mając do dyspozycji (poza sekcją) trąbkę, tenor (zamiennie z sopranem) i flet, potrafi tworzyć oryginalne kameralne całości w mniejszych składach (np. flet+tp+p lub ts+tp+p) planując solówki bądź tylko z sekcją, bądź w oparciu o aranżowane tło kwintetu.

Odnoszę nieodparte wrażenie, że Figarovej udaje się w tym przecież wielokrotnie praktykowanym (w przeszłości i obecnie) składzie osiągnąć znacznie więcej niż innym. Harmonie wieloznaczne, ale konsekwentne, zaplanowane na dłuższych przestrzeniach, powiedziałbym – prawdziwe kompozycje, a nie tylko aranżowane tematy z improwizacjami. Jej sola na fortepianie także muszą budzić respekt znawców. Amina niezwykle rzadko używa pedału (!), jest precyzyjna i wyważona, a myśl muzyczna, którą prowadzi, jest klarowna, subtelna i ujęta w czytelną formę. To nie jest fortepian towarzyszący, tylko instrument solisty-improwizatora!

Muzycy wykonali przede wszystkim utwory z wydanej w 2015 roku płyty „Blue Whisper” (m.in tytułowy, Traveller, Hewa, Hustler). W Sekstecie wyróżniłbym przede wszystkim rewelacyjnego flecistę Barta Platteau (prywatnie mąż Aminy) i błyskotliwego trębacza Ernie Hammesa. Ten koncert wymagał od nas dłuższego skupienia i uwagi, ale opłaciło się!

W klubie Komoda tym razem koncertowała pianistka Aga Derlak ze swoim triem (Tymon Trąbczyński na kontrabasie, Bartosz Szablowski na perkusji). Zabrzmiały wyłącznie jej kompozycje, dobrze skonstruowane, dobrze brzmiące w trio, które po nagrodzie Fryderyka (Jazzowy Fonograficzny Debiut Roku) jest na wznoszącej fali.



Laila Biali, fot. Henryk Malesa


W niedzielę w pierwszej części wystąpiła kanadyjska wokalistka i pianistka Laila Biali, także u nas prawie nieznana, ale już ze sporymi sukcesami. Występowała m.in. w Carnegie Hall, w tokijskim Cotton Club i ma na swoim koncie sporo kanadyjskich nagród i wyróżnień. Wykształcona klasycznie, dopiero w wieku 19 lat na serio zainteresowała sie jazzem. Wrażenie jest takie – Laila śpiewa piosenki pop, do których dodaje jazzową sekcję. A więc wychodzi ze swą sztuką daleko poza grono fanów jazzu. W Kaliszu usłyszeliśmy piosenki z jej ostatnich płyt, z których szczególnie zapamiętałem Upside Down z albumu „House Of Many Rooms” z 2015 roku, Woodstock Joni Mitchell, Let’s Dance Davida Bowie’ego i na bis standard z 1940 roku I’ll Never Smile Again. Jej pianistyka to raczej jazzująca parafraza niż czysty jazz, choć były chwile, gdy fortepian progresywnie kontrapunktował linię wokalu. To były dwa światy wzajemnie się uzupełniające, które łączyła pogodna i ujmująco przyjazna wobec publiczności osobowość Laili Biali. Pepe Berns na basie i Heinz Lichius na perkusji inteligentnie wtapiali się
w pop-jazzową narrację całego występu i pozostawili jak najlepsze wrażenie.

Publiczność sporo obiecywała sobie po kubańsko-amerykańskim Aruan Ortiz Trio. Dla wielu ten koncert okazał się sporym zaskoczeniem, choć wymagał znacznie większego skupienia i uwagi. Bo Ortiz to wysokiej klasy erudyta, który świetnie zna historię muzyki – w tym muzyki współczesnej łącznie z dodekafonią – ale jest też częścią awangardowej społeczności związanej z ruchem chicagowskiego stowarzyszenia AACM. W gronie jego partnerów widnieją nazwiska tak ważnych muzyków jak Andrew Cyrille, Oliver Lake, Terri Lyne Carrington, Wadada Leo Smith, czy Greg Osby. Równie znaczącą postacią jest basista Brad Jones, związany z czołówką chicagowskiej i nowojorskiej awangardy, mający w dorobku współpracę m.in z Ornette’em Colemanem i Johnem Zornem. Z tego samego kręgu wywodzi się perkusista Chad Taylor.

Usłyszeliśmy głównie utwory z wydanej w ubiegłym roku i bardzo wysoko ocenionej przez krytykę płyty „Hidden Voices” (nagranej w innym składzie, z Erikiem Revisem i Geraldem Cleaverem), choć pojawiły się też kompozycje inne, m.in stylizacja jednego z chopinowskich nokturnów. Aruan Ortiz traktuje kubański idiom rytmiczny (salsa, rumba) jako tło bądź bazę do prowadzenia własnej narracji. Jej cechą charakterystyczną bywa krótka myśl muzyczna o silnym potencjale rytmicznym, którą obsesyjnie powtarza, co w połączeniu z intensywną pracą perkusji (zwłaszcza werbel + kubańskie pałeczki claves) tworzy przebieg transowy o niezwykłym napięciu.

Repertuar to głównie własne utwory Ortiza, a także kompozycje Ornette’a Colemana i Theloniousa Monka. Z jednej więc strony sięganie do tradycyjnego idiomu kubańskiego, z drugiej awangarda różnej proweniencji od AACM po dodekafonię. Ci, którzy czekali na eksplozję kubańskiej witalności, być może byli trochę zawiedzeni, ale w zamian dostali potężną próbkę złożonych i czasem niełatwych kompozycji, zmuszających do wytężenia uszu, do refleksji i zastanowienia. Z perspektywy całego festiwalu mieliśmy do czynienia z artystami największego kalibru.

Podobnych wątpliwości nawet przez moment nie było podczas finałowego recitalu Leszka Możdżera, który przygotowuje nową płytę, choć utwory, które przedstawił, zapewne tego nowego wydawnictwa jeszcze nie zdradzają. Zabrzmiały m.in. FiojoIncognitor Możdżera, Libertango Piazzolli, Kołysanka Komedy, temat z filmu „Prawo i pięść” (również Komedy) i na bis dwie etiudy – najpierw Lutosławskiego, potem Chopina. Ciekawa rzecz – gdy inni pianiści raczej zmierzają w stronę komplikowania swojego języka, Leszek raczej go upraszcza, w kierunku komunikatywnej symetrii i motoryki. Wyraźnie nawiązuje do neoklasycyzmu XX-wiecznego, w tym do języka wczesnego Strawińskiego bądź Prokofiewa, a także francuskiej Grupy Sześciu. A gdyby pokusić się o związki z gigantami fortepianu jazzowego, chyba bliżej mu do Corei niż Hancocka i Jarretta, ale to są moje prywatne spostrzeżenia, z którymi niekoniecznie trzeba się zgodzić. Recital Możdżera został entuzjastycznie przyjęty przez publiczność i stał się efektownym zwieńczeniem festiwalu.



Leszek Możdżer, fot. Henryk Malesa


To była pierwsza edycja kaliskiego festiwalu zrealizowana pod kierunkiem nowego dyrektora Centrum Kultury i Sztuki, Dariusza Grodzińskiego. Festiwal trzyma równy, wysoki poziom.

Tomasz Szachowski 



Zobacz również

Ad Libitum 2016

11. edycja Festiwalu Muzyki Improwizowanej odbyła się w Warszawie w dn. 19… Więcej >>>

Jazzbląg 2016

Trzy dni, od 22 do 24 września, trwał zeszłoroczny festiwal w Elblągu.  Więcej >>>

Jamie Cullum: Finał Zadymki

Finał Zadymki miał miejsce w sali koncertowej NOSPR w Katowicach.  Więcej >>>

Jazz Jantar: edycja wiosenna

Skompletowanie „band of dreams” i nagranie z takim zespołem zaproponowanego przez siebie repertuaru –… Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu