Wywiady
fot. Adam Tuchliński dla Zwierciadło, Make-up: Magdalena Gontarczuk

Opublikowano w JAZZ FORUM 6/2021

Krystyna Prońko: pół wieku w służbie piosenki

Janusz Szrom


Charyzmatyczna, bezkompromisowa i jedna z najjaśniejszych gwiazd polskiej estrady oraz dydaktyki wokalnej. Władając językiem artystycznym o ponadczasowym wyrazie, wypromowała szereg evergreenów, cieszących się do dziś niesłabnącą popularnością.

JAZZ FORUM: Obchodzisz właśnie 50-lecie swojej artystycznej aktywności. Czy dla Ciebie jest to okazja do jakichkolwiek podsumowań?

KRYSTYNA PROŃKO: Zdecydowanie nie. Przechodzę nad tym do porządku dziennego. Co prawda wydałam płytę, bo uważam, że raz na pięćdziesiąt lat można sobie taką płytę nagrać, tzn. taką, jaką się chce i do której nikt się nie będzie wtrącał. I wydaje mi się, że to jest najlepszy sposób na zaznaczenie swojej pięćdziesięcioletniej obecności na scenie.

JF: O Twoim albumie jubileuszowym „Lubię specjalne okazje…”, który zbiera bardzo dobre recenzje, mówi się, że nie jest takim szablonowym „the best of”, jak to się przy takich okazjach najczęściej zdarza.

KP: Taka formuła byłaby oczywiście najprostszym rozwiązaniem. Bo nie jest rzeczą łatwą, jak było w tym przypadku, zebrać tak różne utwory, dodatkowo pochodzące z tak różnych okresów, w jedną, zwartą całość. Ale myślę, że ten eksperyment się udał. Oprócz kilku nowych utworów, odnaleźć na nim mo­żna także stare, dobre kawałki, które przez te wszystkie lata nic nie straciły na swojej aktualności. Mam zresztą w planach wydanie tej płyty w nieco innej formie, bo na nośniku winylowym. Wprawne ucho natychmiast wychwyci różnicę w brzmieniu, na którym mi szczególnie zależy. Prace nad tym projektem trwają.

JF: Bardzo interesuje mnie proces, który sprawia, że przychodzi czas, że oto stajesz się ikoną polskiej muzyki. Opowiedz proszę o swoich początkach.

KP: Wszystko zaczęło się w roku 1969, na pierwszym Festiwalu Awangardy Beatowej w Kaliszu. Nasz zespół Reflex, w którym grali m.in. moi dwaj bracia Piotrek oraz śp. Wojtek, otrzymał wówczas jedną z nagród, a mnie wyróżniono za – uwaga – grę na organach! (śmiech)

JF: Lata temu udało mi się zdobyć folder reklamowy tego legendarnego festiwalu. Napisano w nim: „W swoich pozycjach repertuarowych grupa Reflex preferuje przede wszystkim pozycje własne, głównie autorstwa naczelnej kompozytorki grupy, Krystyny Prońko”. To poważy „zarzut”!

KP: (śmiech) Już nawet tego nie pamiętam, ale rzeczywiście, pisałam wtedy całkiem sporo. Zresztą do dziś mi się to zdarza. Kilka moich kompozycji można odnaleźć choćby na moim jubileuszowym albumie.

JF: Zadebiutowałaś zatem w 1969 roku w Kaliszu, gdzie zostałaś zauważona. Co działo się potem?

KP: Potem był Respekt (1970) pod kier. niedawno zmarłego Antoniego Kopffa. I pierwsze nagrania dla Archiwum Polskiego Radia, gdzie zarejestrowałam dwie swoje kompozycje: Cały maj oraz Daleko przed siebie. Ten pierwszy całkiem długo zajmował wysoką pozycję na radiowej liście przebojów dopiero co uruchomionego Programu 3 Polskiego Radia. Do obu kompozycji słowa napisał Jan Tomasz, dziś znany jako Marek Gaszyński. Utwory te weszły do żelaznego repertuaru zespołu właśnie za sprawą Antoniego Kopffa. Bardzo go sobie ceniłam. Był świetnym muzykiem i niezwykle inteligentnym mężczyzną. Ludzie zazdrościli mu tak jednego, jak i drugiego. Tego drugiego chyba nawet jeszcze bardziej. Był niezwykłą postacią. Żal, że odszedł…

JF: W tamtym okresie stanowiłaś też obsadę chórków topowych polskich wykonawców. Masz w tej dziedzinie bardzo poważne doświadczenie.

KP: W 1970 r. dzięki działaniom naszego dyrektora artystycznego, A. Kopffa, znalazłyśmy się w składzie zespołu Czesława Niemena, z którym początkowo występowałyśmy z całym zespołem Respekt, jako suport przed jego recitalami. I trwało to aż do Opola (1972). Pamiątką po tym okresie jest sławny podwójny czerwony album „Człowiek jam niewdzięczny” (1971). Bardzo lubiłam Czesława. Imponowała mi jego ekspresja, której się przysłuchiwałam, stojąc razem z nim na scenie, i myślę, że sama powoli nią nasiąkałam. Dzięki tej pracy mogłam także przyjrzeć się z blis­ka temu wszystkiemu, co na­zywa­my pracą zawodową. Czesław oprócz tego, że był znakomitym wokalistą, to przede wszystkim był fajnym facetem i naprawdę dobrym człowiekiem.

Jako chórzystka terminowałam także u innych. Razem z Zosią Borcą oraz Elżbietą Linkowską towarzyszyłyśmy np. Skaldom na ich trasie koncertowej, która odbywała się w ZSRR (1971), a potem Czerwonym Gitarom (1972), jednak już w nieco zmienionym składzie. Zosię Borcę zastąpiła w tamtym czasie Barbara Sówka. Następnie pojechałyśmy wspierać chóralnie inne kapele w trasie po Bułgarii, gdzie miałam także za zadanie śpiewanie solo utworu Dziwny jest ten świat. I ja to śpiewałam. Tak, rzeczywiście, w chórkach przeszłam całkiem spory szlak bojowy. Co tu dużo mówić, miałyśmy powodzenie, bo świetnie brzmiałyśmy i dodatkowo można było zawiesić na nas oko! (śmiech)

JF: Gitarzysta Niemena Tomasz Jaśkiewicz wspomina koncert „Jazz nie zna granic” zagrany w ramach Jazz Jamboree ’70, podczas którego stojąc grzecznie w chórkach towarzyszących Niemenowi elektryzowałaś publiczność swoimi wokalizami w rodzaju Arethy Franklin!

KP: Wtedy na scenie znalazła się cała czołówka polskiego jazzu: Namysłowski, Muniak, Seifert, Stańko, Szukalski, Urbaniak, Bronek Suchanek i Janusz Stefański. Niemen doskonale wiedział, że potrafię znaleźć swoje miejsce, w nieco bardziej – nazwijmy to – rozszerzonej formie. (śmiech) I dał mi wolną rękę.

JF: Czyli Twoje fascynacje to Aretha Franklin…

KP: …Otis Redding, Ella Fitzgerald. Do tej trójki dorzucę jeszcze usłyszanego na Festiwalu Woodstoock ’69 Joe’ego Cockera. Z polskich artystów z całą pewnością wymienię właśnie Czesława, a także szereg solistów naszych rodzimych, różnokolorowych zespołów, które traktuję nie w kategorii fascynacji, a raczej zjawisk muzycznych. Do takich z całą pewnością należała Kasia Sobczyk, Ada Rusowicz. Zaciekawiło mnie śpiewanie Heleny Majdaniec. Kasia Sobczyk – jak to dziś oceniam – była najciekawsza. Wówczas doskonale się orientowałam, co wartościowego dzieje się w polskiej muzyce rozrywkowej.

A wracając do chórków, to muszę przyznać, że jest to znakomita szkoła śpiewania. Tę przygodę skończyłam swoją pierwszą opolską nagrodą w roku 1973 za piosenki Po co ci to chłopcze (muz. Janusz Koman, sł. Janusz Szczepkowski) oraz Umarłe krajobrazy (muz. Janusz Koman, sł. Grzegorz Walczak). Warto zaznaczyć, że wtedy, żeby dostać się do Opola, należało stanąć do konkursu, który odbywał się w kawiarence „Pod Gwiazdami”, w hotelu Bristol w Warszawie. Tam zdecydowano, że ja nadaję się do Opola i tak to się potoczyło.

Mój pierwszy raz dał mi jednak mocno po głowie. I to dosłownie. Zdarzyło się bowiem, już podczas próby do koncertu finałowego, że wchodząc na rusztowanie sceny rozbiłam sobie głowę i straciłam równowagę. Podczas mojego lotu koszącego w dół zostałam szczęśliwie pochwycona przez innych uczestników. Przeżyłam. Dało mi to wszystko mocno do myślenia! (śmiech) Tak na marginesie, ciekawa sprawa, że kiedyś na szkolnej wycieczce, moje koleżanki z klasy zrobiły mi zdjęcie na scenie opolskiego amfiteatru tym samym prorokując, że niedługo tutaj powrócę. Nie przewidziały jednak, że początek kariery przypłacę własną krwią. (śmiech)

JF: Miały nosa. Za swój występ w koncercie „Interpretacje” otrzymałaś od jurorów same piątki. W Opolu ’73 wystąpiłaś z zespołem Janusza Komana.

KP: Nasze drogi zeszły się jeszcze w roku 1972, kiedy to wspólnie powołaliśmy do życia grupę Pokolenie. Zespół przetrwał zaledwie kilka miesięcy, jednak był kamieniem węgielnym pod grupę Koman Band, z którą pracowałam aż do roku 1978. Mamy na koncie dwa longplaye („Krystyna Prońko”, Pronit SXL 1091, 1975) oraz Krystyna Prońko „Deszcz w Cisnej”, Pronit SX 1625, 1978).

JF: W Opolu będziesz jeszcze potem gościć niezliczoną ilość razy. Już w roku 1974 wyśpiewasz nagrodę Januszowi Komanowi za aranżację piosenki Papierowe ptaki (muz. Janusz Koman, sł. Janusz Szczepkowski), a w 1975 otrzymasz nagrodę główną za interpretację utworu Niech moje serce kołysze cię do snu (muz. Janusz Koman, sł. Marek Dutkiewicz), który zresztą został także uznany przez „Non Stop” Radiową Piosenką Roku. Ten sam magazyn ustanowił Cię także Najlepszą Wokalistką, co powtórzyłaś także w roku 1977. Potem, w latach 1976 oraz 1979, zagościłaś na scenie Jazz Jamboree wraz ze szkolnym Big Bandem Katowice, a w 1980 ponownie zostałaś Wokalistką Roku magazynu „Non Stop”. Wygląda to na nieustające pasmo sukcesów!

KP: Przyznam, że to było dla mnie wyjątkowe wyróżnienie, bo był to wówczas bardzo opiniotwórczy magazyn.

JF: Powiedzmy zatem całkiem wprost: byłaś już na topie. A jednak postanowiłaś w roku 1975 pójść do… szkoły! W „Non Stopie” z grudnia 1980 wyczytałem taką treść: „Wychodząc ze słusznego założenia, że artysta, aby iść naprzód, musi stale pracować nad sobą, przed kilku laty Krystyna Prońko, popularna już wówczas piosenkarka, podjęła studia na Wydziale Muzyki Rozrywkowej Akademii Muzycznej w Katowicach. Konsekwencją tej decyzji było ograniczenie działalności koncertowej, ale w sumie trud nauki opłacił się. Na pytanie, co dały jej studia muzyczne, Krystyna Prońko tak odpowiada: Naj­ogólniej mówiąc nauczyłam się warsztatu, którego opanowanie jest w każdym zawodzie najważniejsze. Zaznajomiłam się z problemami techniki wokalnej, wreszcie na nowo ukształtowały się moje wyobrażenia o zawodzie piosenkarki”. Powiedz mi, kto rozpoczyna studia muzyczne, będąc już prawdziwą gwiazdą?

KP: Po pierwsze, swoją edukację muzyczną rozpoczęłam jeszcze w przedszkolu, i to takim o profilu muzycznym. Po drugie – nie czułam się żadną gwiazdą. No i po trzecie, bardzo tego potrzebowałam. Chciałam się czegoś nauczyć i przyznam, że spędziłam w Katowicach niezwykłe chwile. Wtedy to nawet nie chodziło o jakieś konkretne dokształcanie się w sensie muzyczno-artystycznym, ile o – jak to powiedziałam w „Non Stopie” – dokształcenie się w sprawach emisji głosu. Do dziś pamiętam i bardzo cenię sobie zajęcia z Ulką Mitręgą, klasyczną pianistką, która z powodzeniem próbowała także śpiewać. Ula zwróciła mi uwagę na wiele rzeczy, związanych właśnie z prawidłową emisją głosu. Była też znakomitą pianistką!

JF: A sprawy poza – że się tak wyrażę – edukacyjne? Kontakty z kolegami muzykami?

KP: Mamy za mało czasu, żeby opowiedzieć w kilku słowach o tym, co się wtedy działo. (śmiech) To był przepiękny kocioł! Powstawały przyjaźnie, ludzie łączyli się w pary. Wspaniały czas wspólnych koncertów, jamów, egzaminów, no i wspaniali koledzy: Jarek Śmietana, Lothar Dziwoki, Adzik Sendecki, Wiesiu Pieregorólka, Tadzio Janiak, Andrzej Trefon, Henryk Woźniacki, Janek Cichy, Adam Żółkoś, Roman Syrek, mój brat Piotr… Pamiętam swój egzamin z fortepianu, do którego przygotowywałam się w jednej z ćwiczeniówek na Paderewskiego, w której zresztą powstał pomysł na aranżację jednej z moich piosenek: W cieniu dobrego drzewa (muz. Wojciech Trzciński, sł. Marek Dutkiewicz), w czym pomógł mi Leonard Kaczanowski, mój szkolny kolega. W jednym z takich miejsc usłyszałam też po raz pierwszy kompozycję Jutro zaczyna się tu sezon, którą jeszcze w formie samej muzyki, bez tekstu zaprezentował mi Adzik Sendecki. Zwariowałam od razu na punkcie tego numeru i natychmiast przekazałam go Małgosi Maliszewskiej, która napisała do niego słowa. Wtedy, w katowickiej szkole, po części rozgrywała się moja historia, o czym naturalnie nie mogłam wiedzieć.

Pamiętam jeszcze bardzo dużą liczbę koncertów ze szkolnym Big Bandem, który znakomicie grał. Trudno nie wspomnieć wizyty na tej uczelni zmarłego w lutym tego roku Chicka Corei, który poprowadził też kilka wykładów, a na zakończenie wizyty zagrał wraz z naszym big bandem w auli, znajdującej się jeszcze w starym budynku (1980). Był niemiłosierny ścisk!

Wtedy już nie studiowałam, a miałam klasę śpiewu na uczelni. To było niezwykłe przeżycie. I wszystko to zawdzięczaliśmy panu dziekanowi, prof. Zbigniewowi Kalembie, który założył ten wydział oraz dbał o niego jak o własne dziecko. Noszę w sobie same wspaniałe wspomnienia z okresu studiów, oprócz jednego, kiedy to szkolny big band planował wyjazd na trasę koncertową po Stanach (1978). I pojechał. Tyle, że beze mnie. Mnie PAGART wysłał w drugą stronę, na wschód. Załatwił mi to jeden facet, pan Bogusław, który akurat w tym czasie potrzebował mnie na swój festiwal w Łańcucie. Tuż po tym festiwalu wysłano mnie na trasę po Kraju Rad.

JF: To się dopiero nazywa „punkt zwrotny” w karierze zawodowej!

KP: Tyle, że w niewłaściwą stronę. Patrząc dziś, z perspektywy czasu, to myślę, że ja bym prawdopodobnie z tej Ameryki nie wróciła. Nic mnie przecież wtedy tutaj nie trzymało. Największą sensacją, oprócz nagrody głównej, którą zdobył nasz big band, było to, że poszła fama, że wokalistka z Polski miała okazję zaśpiewać w Stanach, a wybrała Związek Radziecki! Nie masz pojęcia, jaka byłam wtedy wk…

JF: Dzięki temu mamy Cię w Polsce! No i zaczęłaś uczyć na swojej macierzystej uczelni.

KP: Propozycje pracy w  Katowicach otrzymałam tuż po obronie pracy magisterskiej „Wokalistyka Urszuli Dudziak”, oraz po zaśpiewaniu dyplomu.

JF: Znakomicie ocenionego zresztą przez samego Henryka Mikołaja Góreckiego i nakręconego przez telewizję!

KP: Rzeczywiście przyjechali z „Pegaza” i nagrali duże fragmenty mojego recitalu dyplomowego.

JF: Czyli jednak trochę się działo?

KP: Działo się bardzo dużo. Pomimo tej całej komuny, ludzie odpowiedzialni za kulturę najzwyczajniej o nią dbali. A jak z tym jest dzisiaj? To jest jedynie pytanie retoryczne.

JF: Dziś wszystkim rządzi ekonomia. Sztuka musi się opłacić. Wtedy było chyba trochę inaczej.

KP: Różne rzeczy były możliwe. Trzeba się tylko było nachodzić i nazałatwiać. Jak wiedziałeś do kogo pójść – sprawa była załatwiona. Wtedy to wszystko działało na bardziej – o dziwo – rozsądnych zasadach, co było o wiele lepsze dla samej kultury w ogóle. Zdolny artysta, który potrafił znaleźć się w obowiązującym wówczas systemie politycznym, który potrafił coś napisać – szedł z tym do radia i miał pewne, że mu za to zapłacą. A przede wszystkim zrealizują. Przekładało się to w sposób automatyczny na dalszy rozwój muzyka, ponieważ taki twórca swoje dzieło mógł usłyszeć w wykonaniu prawdziwej radiowej orkiestry. I dzięki temu mamy też wspaniałą spuściznę, która co prawda do dziś tkwi na archiwalnych półkach, ale jednak tam fizycznie jest.

JF: Miejmy nadzieję. Wiele bezcennych materiałów uległo tzw. planowej utylizacji. A jak wtedy wyglądała kwestia koncertów?

KP: Zasady były proste. Było jasne, że będziesz mógł żyć z koncertów i nikt nie mydlił ci oczu, że otrzymasz pieniądze z jakiegoś innego źródła. Oczywiście były z góry ustanowione stawki, które były pochodną tzw. weryfikacji. Kasa była niewielka i nie podlegała negocjacjom. Jednak nie wydaje mi się, żeby ktoś wówczas cierpiał głód z powodu odstawienia na tor boczny. Dziś mówi się ludziom o ich prawach autorskich, które są – powiedzmy to wprost – w ogólnym głębokim nieposzanowaniu. Zostawmy lepiej ten temat.

JF: Czyli każdy, kto chciał, mógł koncertować oraz nagrywać?

KP: Wtedy nie było możliwe, aby w eter mogło popłynąć dosłownie wszystko. I nie mówię tutaj wcale o cenzurze, która była dopiero na samym końcu tego łańcucha, ale o kontroli jakości. Zanim utwór dostał się na antenę, czy też na scenę, ludzie, którzy mieli pojęcie o wartości artystycznej, tak pod względem samej muzyki, jak i tekstu, przesłuchiwali materiał i nadawali mu odpowiedni status. Dobrze pamiętam przeróżne kolaudacje swoich numerów z lat 70. Moim zdaniem, jeśli antena ma trzymać poziom, to taka weryfikacja materiału jest pożądana.

JF: Na początku lat 80. w kraju zaczęła gęstnieć atmosfera. Ty straciłaś wtedy źródła swoich dochodów.

KP: To był nierzadko czas – co tu dużo mówić – represji. Moje osobiste kłopoty z pracą rozpoczęły się zaraz po wprowadzeniu stanu wojennego (1981) i były związane z moim udziałem w spektaklu „Kolęda Nocka” (premiera 1980), który był bardzo niewygodny dla ówczesnej władzy.

JF: To było już po strajkach w Stoczni Gdańskiej, a jeszcze przed stanem wojennym. Kompozytor, Wojciech Trzciński, wspominał w jednym z wywiadów: „‘Bądź jak kamień, stój, wytrzymaj’ było tak mocne, tak nośne, tak potrzebne Polakom. Potrzebne zawsze, ale w tamtej chwili szczególnie.”

KP: Tuż po zdjęciu tego spektaklu z afisza tzw. komisarz wojskowy „zdjął” mnie także z katowickiej uczelni, gdzie po ukończeniu studiów objęłam klasę śpiewu. Zaraz potem relegowano mnie także z zespołu tea­tralnego Teatru w Gdyni, który grał ten spektakl.

JF: Jedna z piosenek z tego spektaklu zabrzmiała na dobrze już Ci znanych des­kach opolskiego amfiteatru (1981). Wszyst­kich zelektryzowałaś wtedy słynnym Psalmem stojących w kolejce (muz. Wojciech Trzciński, sł. Ernest Bryll), za co otrzymałaś nagrodę dziennikarzy. Jest o czym mówić.

KP: Zawsze będziemy stać do czegoś w jakiejś kolejce. To ważna treść, która będzie się bronić do końca świata i jeszcze jeden dzień dłużej. Upływ czasu tego raczej nie zmieni. Kiedy godziłam się na ten utwór, to pomyślałam, że na dwoje babka wróżyła: albo mnie za tę piosenkę zamkną, albo dadzą mi nagrodę. Żeby było śmieszniej, to z „Kolędą Nocką” pojechaliśmy potem w trasę koncertową dla Polonii po Stanach i Kanadzie (1982).

JF: Puścili was?

KP: Nie od razu. Potrzebna była interwencja wysoko postawionego urzędnika państwowego. No i powiem to szczerze, że amerykańska Polonia patrzyła na nas krzywo. Nie chcieli uwierzyć, że puścili nas wtedy tak po prostu, tuż po ogłoszeniu stanu wojennego i dodatkowo z takim programem. Odczuliśmy to bardzo boleśnie stopniowym bojkotem naszego spektaklu. Szkoda, bo po pierwsze był świetny, a po drugie – mieliśmy wszyscy czyste intencje oraz ręce.

JF: W roku 1983 Polska usłyszała jeden z Twoich największych przebojów Jesteś lekiem na całe zło (muz. Marek Stefankiewicz, sł. Bogdan Olewicz). O Twoich kłopotach ze służbami specjalnymi, które posądziły Ciebie i twojego brata o podłożenie ładunku wybuchowego pod jeden z festiwalowych budynków opowiadasz w tym numerze JF w „Księdze Polskich Standardów”. Ja zapytam Cię o inną rzecz. Czy jesteś świadoma tego, że istniejący w przestrzeni publicznej szlagwort, czy też jak kto woli bon mot „Jesteś lekiem na całe zło” kojarzony jest bezpośrednio z Krystyną Prońko?

KP: (śmiech) Ale to zasługa propagandy! Oczywiście jest mi bardzo miło, jednak ja sama, jako osoba, z całą pewnością nie jestem lekiem na całe zło! (śmiech)

JF: Był taki okres w Twoim życiu, w którym się – jak to muzycy mawiają – „ustatkowałaś”. Wygląda na to, że żadnej pracy się nie boisz?

KP: Ależ to było naprawdę kapitalne doświadczenie! Zbierałam je na odcinku Kiel – Oslo – Kiel (1984-1987). To była regularna praca, która polegała na codziennym, dwugodzinnym śpiewaniu, co stanowiło dla mnie wspaniały trening wokalny.

JF: W międzyczasie, w latach 1985 oraz 1986, ponownie zawitałaś do Opola. W roku 1986 wystąpiłaś z utworem Wielki szary nikt (muz. Ryszard Szeremeta, sł. Ewa Żylińska), za który otrzymałaś wyróżnienie.

KP: O tym festiwalu z roku 1985 chyba nie chce mi się nawet mówić. W trakcie trwania konkursu, kiedy już wiadomo było co i kto śpiewa, nagle zmieniono jego regulamin. Tyle mam do powiedzenia.

JF: Znam tę historię. Opisałem ją w „Księdze Polskich Standardów” (JF 6/2019), przy okazji utworu Gram o wszystko, wykonanym na tym samym festiwalu przez Ewę Bem oraz Andrzeja Jagodzińskiego. To była niezła afera.

KP: Nie ma o czym mówić. Takie działania nie mają nic wspólnego z muzyką. Raczej jej szkodzą. Staram się w ogóle nie angażować emocjonalnie w takie rozgrywki, bo to nie ma najmniejszego sensu. Z podobnych spraw mogę przytoczyć jeszcze jedną, w której zostałam oskarżona przez pewną znaną piosenkarkę, która w jednej z książek mówi o mojej roli w zablokowaniu jej piosenki Hej żeglujże żeglarzu (muz. Jan Kanty Pawluśkiewicz, sł. oryg. tekst pieśni kaszubskiej XVII w.) na koncercie opolskich Premier w roku 1981. Chodziło o to, że podobno ta piosenka, prezentowana w tym konkursie jako premierowa, miała już wcześniej swoją odsłonę na falach radiowych. I ja miałam to – rzekomo – wyśledzić! Otóż naprawdę było i jest tak, że ani przez moment nie interesowała mnie twórczość piosenkarki, o której mowa, ani też co, gdzie i kiedy zaśpiewa. Zupełny nonsens. A ponieważ uznałam to za bzdurę, nic z tym obrzydliwym pomówieniem do tej pory nie zrobiłam. Zostałam wmontowana przez nią w jakąś paskudną historię, o której tak naprawdę dowiedziałam się dopiero po wielu latach.

Ale takie rzeczy w tej branży się niestety zdarzają. I z reguły nie ma się na to żadnego wpływu. Ja zazwyczaj przechodzę nad nimi do porządku dziennego, zachowując cenną energię na pracę twórczą. Zresztą nie przechowuję w pamięci przykrych wspomnień. Raczej się ich pozbywam. Tylko starych ciuchów nie mogę się jakoś pozbyć. Szczególnie tych, które naprawdę lubię! (śmiech)

JF: Drugą połowę lat 80. domknęłaś nagrodą za piosenkę Czekamy na wyrok (muz. Antoni Kopff, sł. Jonasz Kofta), którą z grupą Moment wyśpiewaliście w Opolu (1987). Piosenka otrzymała I nagrodę. Dla Jonasza Kofty była to ostatnia nagroda. Rok później otrzymał pośmiertną, za „wybitną twórczość literacką i jej prezentację na festiwalach opolskich”. Koniec tej dekady spędziłaś z legendarnym Big Bandem Gustava Broma, tę współpracę zakończyłaś udziałem w Festiwalu Jazzowym w Pradze (1990). Szczególnie zazdroszczę Ci tych kontaktów ze znakomitym zespołem z Brna.

KP: O, to była świetna współpraca, którą rozpoczęłam na zaproszenie ówczesnego menedżera tego big bandu, Tibora Lensky’ego. Nagrałam z nimi kilka prawdziwie jazzowych kawałków, które pieczołowicie przetrzymuję w swoim archiwum domowym. Zagrałam z Bromem wiele koncertów i miałam okazję dobrze przyjrzeć się jego zespołowi. To była naprawdę znakomita orkiestra i nic w tym dziwnego, że odnosiła na Zachodzie same sukcesy. Dodam jeszcze, że jego muzycy byli niezwykle dowcipni, więc oprócz pracy, było jeszcze więcej śmiechu! Zarobiłam przy tej okazji potężne pieniądze, które byłam zmuszona zdeponować w berlińskiej agencji organizującej trasę po NRD. Tuż po rozkładzie całego systemu politycznego pojechałam tam po swoje z odpowiednim kwitem i odebrałam całość kwoty, tyle że już liczonej w markach zachodnich. Opłacało się przeczekać komunizm! (śmiech)

JF: Od roku 1991 prowadzisz własną firmę wydawniczą. Sama produkujesz swo­je płyty, sama je reklamujesz, dystrybuujesz oraz sprzedajesz. Jesteś niezwykle samodzielna. Co spowodowało, że wzięłaś wszystkie stery w swoje ręce?

KP: Niechęć do tego wszystkiego, co wraz z początkiem lat 90. zaczęło się dziać na tzw. „wolnym” rynku. Czas po przemianie ustrojowej był dla artystów niezwykle ciężki. Wielu z nich tego nie przetrwało. To był okres kompletnego braku pracy. Graliśmy trochę razem z moimi braćmi w zespole Prońko Band, albo w duecie z pianistą, czy nawet z pół-playbackiem. Jednak, jak mówię, nie było lekko. Pamiętam, że był nawet taki czas, że grałam jeden koncert na cały kwartał.

JF: Jednak sobie poradziłaś. Pierwszą połowę lat 90. spędziłaś przed mikrofonem w studiu radiowym. W eterze można było usłyszeć Twój głos promujący najnowsze doniesienia ze świata muzyki.

KP: To był całkiem intensywny okres w moim życiu. Nadawałam z Zielonej Góry, Gorzowa Wlkp., Krakowa, Białegostoku, Szczecina, Gdańska, a nawet prowadziłam swój informacyjny program muzyczny w TVP Szczecin. To były audycje muzyczne, które prowadziłam razem z Jackiem Banachem. W czasach, kiedy nikt nie grał muzyki polskiej, myśmy promowali wszystko to, co uważaliśmy za ciekawe, a co rozgrywało się na rodzimym rynku. Bardzo się w tę działalność zaangażowałam. I to do tego stopnia, że z rozpędu, w roku 1994 wyprodukowałam nawet festiwal „Warta-Rock Reggae” w Gorzowie Wlkp. (śmiech)

JF: Nowe millenium rozpoczęłaś jako dydaktyk. Powróciłaś na łono edukacji artystycznej i to w podwójnym wymiarze: na Wydziale Artystycznym UMCS w Lublinie (2000-2010), a także w Studiu Wokalnym im. Jerzego Wasowskiego w Warszawie (2002-2004), gdzie prowadziłaś zajęcia razem z Bogdanem Hołownią. Ten drugi przypadek trwał nieco krócej, i pamiętam, że przejąłem wtedy po Tobie klasę wokalną. Do Lublina jednak dojeżdżałaś przez całą dekadę.

KP: Lekcje w Ośrodku Kultury Ochoty prowadziłam już chyba od drugiej połowy lat 90. To był czas, kiedy zamieszkałam niedaleko Ośrodka Kultury Ochota w Warszawie i do pracy chodziłam na piechotę.

JF: Lubisz uczyć?

KP: Po latach stwierdzam, że to jest niezwykle trudne i energochłonne zadanie. W dodatku mam takie osobiste przemyślenia, że nauka śpiewu, w odróżnieniu od nauki gry na jakimkolwiek instrumencie muzycznym, jest niezwykle intymną sytuacją. Nie wyobrażam sobie, żeby to się mogło odbywać np. na forum publicznym. Z przerażeniem obserwuję więc te wszystkie telewizyjne show, gdzie młodych ludzi regularnie wprowadza się w stres, dodatkowo pod pręgierzem opinii przenajwyższego jury. I to wszystko na forum otwartym. Na szczęście jestem w na tyle „rozpędzonym” wieku, że nikt mnie już na etat nie przyjmie (śmiech), i bardzo mnie to cieszy. Ale na warsztaty zawsze jadę z wielką przyjemnością.

JF: No właśnie! Tutaj też jesteś zaprawiona w bojach.

KP: Do Bolesławca jeździłam z 18 lat! Warsztaty muzyczne to jednak jest zupełnie inna sytuacja. To jest miejsce, w którym łączy się pracę z odpoczynkiem. Poza tym przyznam, że taka właśnie forma edukacji odpowiada mi najbardziej. Jest mniej sformalizowana. I nie mówię tutaj wyłącznie o edukacji młodzieży. Sama też lubię sobie poćwiczyć. (śmiech) Nauczanie sprawia, że wiele problemów, z którymi borykają się ci młodzi ludzie, należy zdefiniować i potem odpowiednio zneutralizować. To zadanie nauczyciela. I to jest także rozwijające dla niego samego.

JF: Młodzież do Ciebie lgnie. Mówię to jako dyrektor artystyczny największych w Polsce warsztatów muzycznych Cho-Jazz w Chodzieży. Podczas tej naszej rozmowy uruchomiliśmy nabory na 51. edycję naszych Warsztatów i klasa wokalna zamknęła się w 20 minut od rozpoczęcia rekrutacji!

KP: Mówisz o tych, co się mnie nie boją. (śmiech)

JF: O strachu przed Twoją osobą jeszcze sobie porozmawiamy. Ale najpierw powiedz mi, co odnajdujesz na warsztatach w Chodzieży?

KP: To, o czym już wspomniałam: znakomitą atmosferę i kontakt z młodzieżą, który w moim rozumieniu jest bezcenny. Dzięki tym wszystkim młodym ludziom zwracam uwagę na takie aspekty otaczającej mnie rzeczywistości, na które nie zwróciłabym uwagi, z racji chociażby własnych przyzwyczajeń. Tak, kontakt z młodzieżą jest odświeżający.

JF: Ostatnio na warsztaty zajechałaś ogromnym samochodem. To prawie autobus!

KP: Ja sama jestem niewielkiego wzrostu i pewnie dlatego zawsze wybieram duże samochody, duże psy i dużych facetów! (śmiech) Lubię podróżować. Oczywiście nie do pracy, ale całkiem prywatnie, kiedy nic mnie nie goni. W moim samochodzie mam wszystko, czego mi potrzeba.

JF: Powiedzmy dwa słowa o Twoim podejściu do odżywiania. Przykładasz do tego dużą uwagę.

KP: Staram się. Ale jak widzisz, nie gardzę ciasteczkami. (śmiech) Trzymam się niektórych rygorów żywieniowych, bo po prostu lepiej się z tym czuję. A poza tym, od dawna wiadomo, że naszym przedmóżdżem są jelita. Jeśli na tym odcinku coś szwankuje, to nasz mózg także źle pracuje. Poza tym wszystkim, zdrowe odżywianie gwarantuje dobrą kondycję oraz samopoczucie, na czym mi szczególnie zależy.

JF: Psy w Twoim życiu…

KP: …odgrywają bardzo ważną rolę. Zawsze i wszędzie mi towarzyszą. Kiedyś miałam dwa. Kocham te zwierzaki. Ale też i dzięki nim utrzymuję dobrą formę. Nic nie jest w stanie zastąpić codziennych wieczorowych spacerów. Dla mnie i dla mojego psa to rytuał.

JF: Od jakiegoś czasu pod Twoim dachem mieszka także kot. To raczej nowość…

KP: To prezent od mojej koleżanki. Co wcale nie znaczy, że wolę koty od psów. Wolę psy. Ale się nie pozbędę tego kota! To jest tak miłe zwierzę. I nie daje sobie jakiemuś tam Rottweilerowi dmuchać w kaszę!

JF: Mieszkasz w środku wielkiej aglomeracji, w domu z drewna.

KP: W domu z bali drewnianych. Fakt jest taki, że tuż po wybudowaniu domu z takiego materiału, od razu można w nim zamieszkać. W takim domu nie ma w ogóle żadnej chemii. Gdybym ponownie miała zbudować dom, użyłabym do tego celu jeszcze grubszych bali, takich o średnicy 24 cm. I sam obiekt byłby także nieco większy.

JF: Czyli dom też musi być duży! Najważniejsze miejsce w Twoim domu to?

KP: Sypialnia! Uwieeeeelbiam spać! (śmiech)

JF: Masz w swoim dorobku bardzo dużo przebojów. Każdy z wykonawców chciałby mieć na swoim koncie przynajmniej jeden. Jaka jest recepta na przebój? Czym kierujesz się w doborze repertuaru? Jak dobierasz osoby piszące dla Ciebie?

KP: Nie ma na to wszystko jakiejś specjalnej recepty. Każdą muzyczną propozycję przesiewam przez własną estetykę, własny gust muzyczny, który ukształtował się już w czasach, kiedy to zasłuchiwałam się w Radiu Luksemburg czy też w Trójce, tej z lat 70. No i także wcześniej, w tych stacjach, które wówczas nadawały dobrą muzykę. Inaczej chyba się nie da. Na moją wrażliwość miał też znaczny wpływ magazyn „Jazz”, który razem z moimi braćmi regularnie studiowaliśmy. Dzięki tej lekturze, od roku 1967 zaczęliśmy regularnie jeździć na Jazz Jamboree. Jeśli zaś chodzi o moje muzyczne wybory, to zawsze podyktowane są intuicją, której nigdy nie lekceważę. Ona jeszcze mnie nie zawiodła. Jeśli do czegoś nie mam większego przekonania, odkładam to na bok. Nie wchodzę w to. To się w przeszłości zdarzało. Pewien rodzaj podświadomej niechęci. W takim wypadku wolałam nie zarobić pieniędzy i odrzucałam propozycję.

JF: Zauważyłem, że na warsztatach, podczas twoich występów dla chodzieskiej publiczności, nierzadko sięgasz po typowe standardy jazzowe. Wiem, że miałaś w przeszłości nawet specjalny prog­ram, złożony ze standardów jazzowych, który grałaś z pianistą Wojciechem Gogolewskim.

KP: Tak, to prawda. Mieliśmy taki program, z którym jeździliśmy po kraju. Przyznam, że warsztaty są dla mnie okazją, aby sobie przypomnieć ten repertuar, który z czasem gdzieś się ulotnił. No i dla młodzieży warsztatowej jest to kapitalny repertuar do pogłębiania swojego kunsztu oraz ogólnej wrażliwości muzycznej. Ja sama mam wśród standardów kilka swoich faworytów, które po dziś dzień dobrze pamiętam. Swego czasu byłam dość mocno namawiana przez kolegów z branży, abym skupiła się wyłącznie na jazzie. Nie zrobiłam tego, bo czułam, że trzymanie się tylko tego jednego gatunku wcześniej czy później mnie znuży.

Wiem jednak, że gdzieś tam po drodze przyczepiła się do mnie etykietka, że jestem wokalistką jazzową. A ja tymczasem śpiewam głównie muzykę pop i w moich recitalach tego jazzu jest niewiele. Choć to wcale nie oznacza oczywiście, że nie ma go w ogóle. Ale w moim repertuarze koncertowym niemal zawsze znajdzie się jeden lub dwa standardy jazzowe. Zresztą nigdy nie potrafiłam zaśpiewać tak samo tej samej piosenki dwa razy z rzędu. Zawsze coś muszę po drodze zmienić. Taka jest moja natura. Poza tym jest jeszcze jedna istotna rzecz – frazowanie. Pop też może swingować! Stąd pewnie to całe zamieszanie. (śmiech)

JF: No nie wiem, czy Ci wierzyć na słowo z tym dystansem do jazzu. Wystarczy wziąć pod uwagę np. taką kompozycję, jak choćby Poranne łzy (muz. Zbigniew Jaremko, sł. Wojciech Młynarski), która trafiła do „Księgi Polskich Standardów” (Jazz Forum 1-2/2019).

KP: To rzeczywiście jest standard jazz­owy. Podobnie jak utwór Biedna (muz. Janusz Koman, sł. Włodzimierz Patuszyński), który w roku 1973 zaprezentowałam na Festiwalu Wokalistów Jazzowych w Lublinie. Zresztą bez większego powodzenia.

JF: Wróćmy do respektu. Ale nie mówię tutaj o Twoim zespole sprzed lat, tylko o nieukrywanym strachu, który budzisz wśród muzyków, którzy znajdują się w Twoim otoczeniu. Jak się z tym czujesz?

KP: (śmiech) Rozśmiesza mnie to! Nie wiem… może… Może czasami za mocno tupię? Może też bywam… jakby to ująć… dość bezpośrednia w swoich osądach. Ale przyznam, że przez długi czas nie miałam tej świadomości, że właśnie tak jestem odbierana. No cóż, jeśli ktoś obawia się mojej scenicznej postaci, czy mojego sposobu istnienia na scenie, to jest już jego prywatny problem. Ja raczej tego w nikim nie zmienię. Polecam jednak czasami spojrzeć na mnie, jak na człowieka. (śmiech)

JF: Sprzedaj proszę naszym czytelnikom jakąś anegdotę.

KP: Ta będzie związana z moją prywatnością, którą sobie bardzo cenię. Pojechaliśmy kiedyś z Jackiem Banachem odpocząć nad polskie morze. Po długim dniu wracaliśmy z zakupów, które robiliśmy na kolację i w drodze do naszego samochodu usłyszałam za swoimi plecami jakąś kobietę, która wskazując na mnie palcem, zwracała się do swojego dziecka słowami: „O! Zobacz kochanie, pani Prońko!” Na to całe zajście Jacek zareagował rezolutnie: „Maryśka! Znowu cię ktoś z Prońko pomylił!”

JF: Jesteś bardzo dobrze wykształconym muzykiem. Znasz nuty, harmonię i świetnie radzisz sobie na fortepianie. Gdybyś nie śpiewała, to na jakim instrumencie byś dziś grała?

KP: O, to było dawno temu. Ale odpowiadając na twoje pytanie, to myślę, że pozostałabym przy fortepianie, na którym zresztą zaczynałam swoją edukację.

JF: W roku 2002 otrzymałaś honorowego obywatela gminy Cisna (Bieszczady).

KP: Deszcz w Cisnej (muz. Jacek Mikuła, sł. Bogdan Olewicz) jest pierwszą piosenką reklamową PRL-u. Ta piosenka w rozgłośniach tamtego regionu nadal zajmuje ważne miejsce.

JF: W roku 2008 zostałaś odznaczona srebrnym medalem „Zasłużona Kulturze Gloria Artis”. W roku 2016 zaśpiewałaś recital z towarzyszeniem Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach.

KP: Tak, w ten sposób uczciłam swoje siedemdziesiąte urodziny. To był wspaniały koncert, pomimo smogu, który próbował mnie wówczas obezwładnić.

JF: W roku 2019 udekorowano Cię medalem Stulecia Odzyskania Niepodleg­łości, wręczonym przez Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej, a także przyznano Ci honorowego obywatela Miasta Gorzowa Wielkopolskiego.

KP: Z tego ostatniego wyróżnienia szczerze się cieszę. Urodziłam się w Gorzowie i tam też się wychowałam. To jest ważne miejsce na mojej mapie życia.

JF: Twoje największe osiągnięcie, jako radnej miasta Warszawy?

KP: W swoim programie wyborczym roku 2014 obiecałam zadbać o lokalne drogi. Asfalt w kilku miejscach już leży. O ironio losu! Miałam problem z tytułu tego asfaltu, bo podczas budowy drogi uszkodzono kabel energetyczny, a teraz z tytułu budowy drogi, przy której mieszkam wycięto drzewa w tym stare akacje, świerki, dęby. O berberysach już nie wspomnę. Drugą sprawą, stosunkowo niewielkiego znaczenia, jednak podnoszącą komfort życia jest biletomat, bo od czasu kiedy stoi na moim przystanku, przestałam jeździć autobusami na gapę! (śmiech) No było jeszcze kilka innych spraw, ale wycofałam się z tej działalności, ponieważ była niezwykle absorbująca.

JF: Plany na przyszłość?

KP: Nie rozmawiam nigdy o planach na przyszłość, bo te wtedy z reguły się nie spełniają. Oczywiście są takie. No bo cóż w zaistniałej sytuacji, tej związanej z pandemią robić, jak nie planować? Przyznam się, że strasznie, ale to strasznie doskwiera mi brak koncertów. I to nawet nie dlatego, że nie zarabiam. Brakuje mi bardzo tych wibracji, które towarzyszą śpiewaniu przed prawdziwą publicznością. Podkreślam słowo prawdziwą, bo ta – z tą wirtualną, kiedy to śpiewa się koncerty online, nie ma porównania. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam takiej tęsknoty za sceną, jak teraz. W związku z tym, żeby nie zwariować, podejmuję szereg innych działań, jak te, związane z produkcją własnych singli, które niedawno się ukazały. Pierwszy z nich to piosenka z roku 1977 Trafić w czas (muz. Janusz Koman, sł. Bogdan Olewicz). Druga – to Dążenie (muz. i sł. Tomasz Furmanek), zawierająca prawdziwe remiksy Ashleya Slatera. Zapowiadają się zresztą kolejne remiksy.

Rozmawiał: Janusz Szrom



Zobacz również

Dominik Strycharski: nie boję się żadnej sytuacji

Kompozytor, eksperymentator, autor jedynej na świecie jazzowej płyty solowej na flet prosty Więcej >>>

Gwi­lym Simcock

Chick Corea powiedział o nim: „Gwilym to oryginał. Kreatywny geniusz.” Więcej >>>

Joaquin Sosa: Wrodzona radość

To jeden z najbardziej utalentowanych i wszechstronnych muzyków we współczesnym świecie klarnetu Więcej >>>

Grzegorz Tarwid: Etiudy i piosenki

W wywiadzie rekonstruujemy drogę pianisty – od pierwszych fascynacji, po najnowszą płytę „Ay”. Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu