Wywiady
fot. King Richmond

Opublikowano w JAZZ FORUM 4-5/2021

Logan Richardson: Afrofuturyzm

Jakub Knera


Pomimo pandemii Logan Richardson ma ręce pełne roboty. Urodzony w 1980 roku w Kansas City saksofonista, kompozytor i producent w ostatnich latach regularnie koncertował w Europie – z Geraldem Claytonem czy Christianem Scottem, ale też swoimi autorskimi projektami. Rezyduje obecnie w Sienie, gdzie cyklicznie wykłada. Niedawno wydał swój nowy album „Afrofuturism”, na którym łączy fascynacje różnymi estetykami, ale w planach ma już kolejne płyty.

W lutym zeszłego roku Logan Richardson spotkał się w Kansas City z muzykami konstelacji Sylwester Ostrowski & Jazz Forum Talents na ich wyjeździe z okazji stulecia urodzin Charlie’ego Parkera. Uczestniczył we wspólnym koncercie w słynnym klubie The Ship, wziął udział w sesji płytowej „Jammin’ With KC”, zaprosił też naszych muzyków na party do siebie do domu, a jest to miejsce historyczne, bo mieszkał tam w dzieciństwie Charlie Parker. W marcu tego roku była okazja do rewanżu na festiwalu Szczecin Jazz. Po występie z grupą Jazz Forum Talents amerykański saksofonista udzielił nam wywiadu.

JAZZ FORUM: Podobno pierwszy koncert, jaki widziałeś, zagrał Max Roach w twoim rodzinnym mieście?

LOGAN RICHARDSON: Miałem 15 albo 16 lat, w Kansas City odbywał się edukacyjny program wakacyjny organizowany przez Amerykańskie Muzeum Jazzu – on był pierwszą zaproszoną osobą. W kolejnych tygodniach pojawili się też Charlie Scott, wspaniały organista z Filadelfii, trębacz Jimmy Owens i saksofonista Bobby Watson.

Od wielu lat słuchałem Charlie’ego Parkera, w którego kwartecie grał Max Roach. To było niewyobrażalne i niesamowite doświadczenie, żeby zobaczyć tego wielkiego drummera na żywo, ale też posłuchać, jak opowiada o muzyce i jakie ma na nią spojrzenie. Później często wracał do Kansas, uczestnicząc w różnych dyskusjach i warsztatach.

JF: Jakiej muzyki wtedy słuchałeś?

LR: Słuchałem wszystkiego, byłem bardzo otwarty. Gdy byłem bardzo młody, nie słuchałem jazzu, zacząłem to robić dopiero w wieku 13-14 lat, gdy zapoznałem się z muzyką Charlie’ego Parkera.

JF: Jego twórczość cię do tego skłoniła?

LR: Gram na saksofonie i byłem bardzo uzależniony od tego instrumentu. Parker był z Kansas City, więc miałem idealny wzór do inspiracji – grał bebop, a kiedy pierwszy raz go usłyszałem, stwierdziłem, że to jest to, co muszę grać, skoro tak zależy mi na saksofonie. Słuchałem wielu zespołów z instrumentami dętymi, ale też wielu grup marszowych, więc jakoś to nade mną wisiało, ale to instrument poprowadził mnie do tej muzyki – priorytetem był nie tyle jazz, ale sam saksofon, aż w pewnym momencie się to połączyło.

JF: Kansas City ma silną scenę jazzową i bluesową.

LR: W Kansas mieszkało wiele osób, które przyjeżdżały z innych miast. Organizatorzy wspomnianych przeze mnie muzycznych kursów edukacyjnych zapraszali na rezydencje genialnych kompozytorów, takich jak Jimmy Heath, Marcus Belgrave, Kenny Burrell czy Richard Davis. Było tam wielu przedstawicieli wcześniejszych pokoleń, m.in. Jay McShann, skrzypek Claude „Fiddler” Williams i Queen Bey. Brałem w tym okresie prywatne lekcje w Lokalnym Związku Muzyków, zazwyczaj w środy. Ci, którzy przyjeżdżali do nas prowadzić masterclassy, grali wtedy w domino, a przy okazji udzielali nam porad, co i jak grać.

Ważne jest też dziedzictwo tradycji grania, które czuć było zarówno w mieście, jak i wśród twórców, którzy z niego wyjeżdżali. W 1996 roku powstał film „Kansas City” Roberta Altmana, który opowiadał o latach 30., a muzyków z tamtego czasu grali współcześni twórcy, jak James Carter czy Joshua Redman. Wtedy nastąpił ogromny boom na to miasto.

Kansas City było oazą dla ludzi takich jak ja. Otrzymaliśmy w spadku cały przekrój muzyki – jest tam duża tradycja grania jazzu, bluesa, ale też rock’n’rolla, r’n’b czy gospel – wszystkie znalazły sposób na to, żeby się nawzajem przeplatać. To historycznie bogate miasto, ale nawet i teraz jest tam silna młoda scena, której reprezentanci kultywują dziedzictwo wcześniejszych twórców. To, że mieszkając tam mogłem poznać wielu artystów, których już z nami nie ma, było dla mnie znaczące.

JF: W ostatnich latach często podróżujesz ze względów zawodowych między Stanami Zjednoczonymi a Europą. Czy to zmienia perspektywę?

LR: W Europie mieszkam od 2011 roku, ale w 2019 byłem głównie w trasie z Christianem Scottem i Geraldem Claytonem, przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych. A zazwyczaj jest dokładnie na odwrót – gramy w Europie, więc skoro tu mieszkam, wszystko świetnie się składa. Tym razem nie mogłem jeździć non-stop w tę i z powrotem, więc zadecydowałem, że będę miał bazę w Kansas City. Kupiłem tam dom…

JF: W którym wcześniej mieszkał Charlie Parker…

LR: Tak! Parker spędził tam dzieciństwo. Mieszkał tam przez dwa lata, a ja kupiłem go w sierpniu 2019 roku. W tym czasie zainicjowałem własną wytwórnię Wax Industry, w której wydaję moje ostatnie albumy, ale też innych artystów, m.in. Gino Giovannelliego czy Igora Osypova. W środku zbudowałem studio, wszystko przybrało bardzo ceremonialny charakter, ale przede wszystkim tam wyklarował się pomysł na mój najnowszy album „Afrofuturism” i tam nagrałem większość materiału.

Cieszę się, że mogliśmy to udokumentować w miejscu, gdzie kiedyś wychował się Charlie Parker – to miejsce ma w sobie jego energię jako młodego chłopca, który w tamtym momencie może jeszcze wcale nie grał na saksofonie.

JF: Jak to na ciebie wpłynęło?

LR: To było niezwykle interesujące – nie chciałem inicjować jakiegoś spirytualistycznego seansu, w którym grałbym jego muzykę. Wprost przeciwnie – przez pierwszy tydzień w ogóle nie grałem na saksofonie. Nie jestem przesądny, żeby grać jego kompozycje, nie chciałem grać jego solówek, bo może – podkreślam może, bo nie wiem tego na pewno – w momencie, kiedy tam mieszkał, w ogóle nie miał w głowie grania na saksofonie.

Nałożyło się na to mnóstwo wydarzeń – kupiłem ten dom w roku, w którym mijała setna rocznica jego urodzin, zainicjowałem projekt „Searching for Charlie Parker”, a w lutym 2020 roku przyjechała do mnie ekipa JAZZ FORUM.

JF: Z którą współpracujesz do dziś.

LR: Z zespołem Jazz Forum Talents jamowaliśmy razem w moim domu i zrobiliśmy małą imprezę, czuliśmy się razem jak rodzina. Spędziliśmy w lutym razem tydzień – dużo ćwiczyliśmy, a potem zagraliśmy wspólny koncert w klubie The Ship. To świetny zestaw instrumentalistów – nie traktuję ich jako młode talenty, chociaż na to wskazuje nazwa składu, ale jako profesjonalistów i dojrzałych muzyków.

W 2021 przyjechałem do Szczecina, gdzie spotkaliśmy się ponownie. Zobaczyć się z nimi to szalenie miłe uczucie – wszyscy są bardzo serdecznie nastawieni, czujemy się ze sobą dobrze. No i możemy razem grać, co w czasach, gdy wszystkie koncerty są odwołane lub przełożone, jest bardzo ważne. Zwłaszcza jeśli organizatorzy zapewniają ci do tego odpowiednie warunki.

JF: W 2020 wróciłeś do Europy, dzięki czemu w marcu tego roku mogłeś zawitać do Szczecina.

LR: W sierpniu 2020 wróciłem do Rzymu, gdzie obecnie mieszkam i uczę w Sienie. Mieszka tam moja partnerka, a dzięki mojej pracy zawodowej mogłem do niej wrócić ze Stanów w czasie pandemii, co wcale nie było łatwe.

JF: Nakładem Whirlwind Recordings ukazał się teraz twój najnowszy album „Afrofuturism”. Tytuł wziął się od estetyki o tej samej nazwie, która łączy kulturę afroamerykańską z nowoczesnymi technologiami, a w swojej twórczości poruszali ją zarówno Sun Ra, Parliament/Funkadelic, jak i Janelle Monáe czy Beyoncé. Nagrałeś płytę przed tym, co w ubiegłym roku wydarzyło się w Stanach po zabójstwie George’a Floyda?

LR: Ta płyta powstała przed tymi zajściami, ale dziś jest niestety bardzo aktualna. Każdy album, który nagrywałem wcześniej, zawsze jakoś zapowiadał to, co się wydarzy. „Afrofuturism” jest rodzajem medytacji, wejściem głębiej w mentalność obecną na albumie „Blues People”, który nagrałem z moim zespołem w 2018 roku. Pomimo tego, że opowiada o wielu aspektach, społecznie jest bardzo mocno zakorzeniony w tematyce mniejszości etnicznych i traktowania ich w USA.

JF: Twoje kompozycje są bardzo zaangażowane społecznie, ale też… osobiste.

LR: Zwróć uwagę na Black Brown Yellow, w którym śpiewamy: „Black and Brown and Yellow is so beautiful”. Proste hasło, ale trzeba je powtarzać. Z kolei utwór Undergroud poświęciłem afroamerykańskiej abolicjonistce Harriet Tubman. Była niesamowitą postacią – mogła uwolnić wielu niewolników, tylko jeśli mieliby świadomość, że nimi byli. Mówię o tym, ponieważ „Blues People” otworzył sposób narracji obecnej na „Afrofuturism”.

JF: Jak ważna jest dla ciebie idea af­ro­futuryzmu?

LR: Miałem w głowie podstawy tego, czym jest afrofuturyzm – wszystkiego, co pochodzi z afroamerykańskiej diaspory i spotyka zmodernizowaną technologię – co starałem się też odnieść do zawartości muzycznej.

Ale ten album powstawał w bardzo zróżnicowany sposób – przykładowo w utworze Light gram sam ze sobą. Zarejestrowałem sam dwie ścieżki: fortepianu i saksofonu, ale także z syntezatorami w tle. Pomimo tego są tam też utwory, w których gram z całym zespołem.

JF: Mierzysz się sam ze sobą?

LR: To bardzo introspektywny album – jego celem było zlokalizowanie początku momentu, w którym dźwięk ma znaczenie. Doszedłem do wniosku, że w moim przypadku było to wtedy, gdy byłem w łonie mojej matki, o wiele wcześniej niż znalazłem swój wewnętrzny głos. Zastanawiałem się, jak dźwięk z zewnątrz mógł brzmieć wewnątrz.

JF: Twoja mama jest też obecna na płycie.

LR: Pojawia się w utworze z wierszem, który napisała i odczytała – w kompozycji Awaken zarejestrowałem ją po prostu na moim telefonie. Z kolei w utworze Grandma śpiewa moja babcia od strony taty – nawet nie wiedziałem, że była tak muzykalna, ale moja ciocia wysłała mi ten fragment i stwierdziłem, że muszę go zamieścić na albumie.

JF: Z kolei w utworze Photo Copy pojawia się Busta Rhymes, który komentuje funkcjonowanie przemysłu muzycznego, gdzie zysk stawia się ponad kreatywnością.

LR: To też ważne – na początku może brzmieć śmiesznie, ale w gruncie rzeczy mówi o podstawach w tworzeniu muzyki: znajdź swój język, bądź jak nikt inny. Ważne było dla mnie stworzenie spójnej narracji – w Say My Name Stefon Harris zapowiada mój koncert w niezwykły sposób. Gram z nim od 15 lat, a kiedy to usłyszałem, stwierdziłem, że muszę wykorzystać to nagranie.

JF: Trudno powiedzieć o tym albumie, że jest tylko jazzowy. To gatunkowy kolaż.

LR: Jeśli ktoś pyta mnie, co to za muzyka, nie wiem, jak odpowiedzieć na to pytanie. Nie dlatego, że chcę być niezaszufladkowany, po prostu nie chcę pokazywać tylko jednej strony tego, co zrobiłem. Spektrum jest o wiele szersze.

JF: Zwracają uwagę syntezatory, których jest na tej płycie dużo.

LR: Muzyka musi być kreowana ze świadomością tego, co dzieje się teraz i kiedyś. Jestem fanem kultury z lat 80., takich filmów jak „Terminator” czy „Blade Runner”, a co za tym idzie, także muzyki z tamtych lat. Syntezatory to ścieżka dźwiękowa mojego życia, a muzyka do filmów z tamtego okresu jest najbardziej szalona. Co zresztą rezonuje do dziś – zobacz jak twórcy filmu „Stranger Things” inkorporowali to analogowe elektroniczne brzmienie – ludzie oszaleli na punkcie wszelkiego rodzaju syntezatorów poli- i monofonicznych. Ich brzmienie zawsze było świetne, ale w ciągu os­tatnich trzech lat zainteresowanie jest og­romne. Jestem od nich uzależniony, także dlatego, że mają niezwykłą paletę brzmieniową. Ale są ludzie, którzy robią na nich cuda – jak Lars Diettrich, który pod szyldem Lars Lucy & 8 Legions stworzył duet, w którym generuje muzykę na syntezatorach, a śpiewają do niej animowane postaci.

JF: Co jeszcze cię inspiruje?

LR: Lubię hip-hop, rap, folk, bluegrass, takie artystki jak Aurora, Imogen Heap, oczywiście Björk. Najważniejsze jest dla mnie to, jak dźwiękowo te wszystkie wpływy przetrawisz przez siebie, jak wpisze się to w twoją ekspresję.

JF: „Afrofuturism” jest bardzo złożony i słuchając go mniej zwracam uwagę na posz­czególne międzygatunkowe przejścia, a bardziej postrzegam ten album jako koherentną opowieść.

LR: Ta płyta jest jak książka, a raczej jak audiobook. Praise Song można potraktować jako piosenkę gospel, ale tylko dlatego, że tak wyszło – nie zakładałem, że coś będzie bardziej elektroniczne, rockowe albo jazzowe. Są czym są, musiałem tylko je ułożyć w odpowiednią opowieść, która mówi o tym, kim jestem, nie tylko ze względu na możliwości, jakie daje mi technologia i nauka, ale też na moje doświadczenia i przeżycia. „Afrofutu­rism” dał mi przestrzeń, żeby zrozumieć, jak wiele elementów – o których wcześniej nie pomyślałem, że mogą zagrać razem – jestem w stanie połączyć.

JF: Chcesz się wpisać w nurt afrofuturystycznych nagrań?

LR: Nie pretenduję do bycia stawianym wśród innych artystów, którzy czerpią z tej tradycji, jak wspomniany przez ciebie Sun Ra czy Erykah Badu, którą uwielbiam. To istnieje też w sztuce i modzie, ale najważniejsze, żeby działało w muzyce, odpowiadając na pytanie: „Czym jest ten album?” Przekaz jest ważny, ale czasem nie otwiera wiadomości. Dostajemy ją, ćwiczymy, stajemy się silniejsi, ale to niekoniecznie oznacza, że wiemy, co robimy.

„Afrofuturism” to introspektywne spojrzenie na to, co jest dookoła, wejście w głąb siebie i próba odpowiedzi na pytanie: „Kim jestem?” Osobista perspektywa daje też wizję czegoś szerszego. Ten album może być mocno zaskakujący dla fanów jazzu, ale z drugiej strony – słuchając go nie ekscytuję się tym eklektyzmem gatunków, tylko formą, opowieścią, która je łączy w spójną całość i narrację.

JF: Czujesz, że zmienia się tu twoje spojrzenie na jazz?

LR: Czas zmienia te perspektywy. Gdybym urodził się w pierwszej dekadzie XX wieku i grał pod koniec lat 40. odpowiedziałbym zupełnie inaczej. Wiele nagrań z tego okresu postrzegam jako bardzo „moje”, niezależnie od tego, czy to jazz czy pop. Wyobrażam sobie, co by było, gdybym wtedy był wprowadzony w bebop, który dla mnie ma silny potencjał. Dizzy Gillespie grając na trąbce świetnie się w to wpisywał – robił to afrofuturystycznie. (śmiech) Z drugiej strony następuje nadwyrężenie tego terminu – mógłbym nałożyć kask kosmonauty i powiedzieć, że gram afrofuturyzm. Dla mnie najważniejsze jest tu troszczenie się o tradycję, pamiętanie o mistrzach z przeszłości i szukanie spirytualistycznej przestrzeni.

JF: A zwracanie uwagi na historię Af­ro­amerykanów?

LR: Historia Ameryki przez ostatnie 400 lat bazuje na ludziach, których wzięto do niewoli. Musieli jakoś funkcjonować, często robili to, czego nie chcieli, ale myśleli przyszłościowo i dzięki temu przetrwali. Afrofuturyzm pokazuje ich rolę w kształtowaniu rzeczywistości w nowy sposób.

Wielu uważa, że Hannibal, dowódca wojsk Kartaginy, był czarny, z drugiej strony od dawna w dyskursie pojawia się twierdzenie, że „Beethoven był czarny”, co sugerowałoby, że wyglądałby zupełnie inaczej niż kojarzymy go z większości rycin. Kiedy tylko pojawia się ta dyskusja, wielu przedstawicieli ze świata muzyki klasycznej jest z tego powodu sfrustrowana. Moim pierwszym pomysłem zamiast tytułu „Afrofuturism” był „Beethoven Was Black”, ale odnoszę się do tej tematyki w inny sposób – chociażby w Black Wallstreet, mojej pierwszej kompozycji napisanej na kwartet smyczkowy przeszło 10 lat temu.

JF: „Afrofuturism” ma zachęcić do re­fleksji nad stanem społeczeństwa?

LR: Ten album sprowadza się do tego, jak głęboko w siebie zajrzymy – im bardziej to zrobimy, tym lepszy efekt to przyniesie. Traktuję ten projekt jako swego rodzaju terapię.

JF: Masz już plany na kolejne płyty?

LR: Mam gotowe już cztery!Pracuję i piszę cały czas, ale kiedy nie robię nic innego, wstaję rano, siadam w swoim studiu w Rzymie, gram na klawiszach, nagrywam i produkuję – cały czas pracuję nad muzyką.

Mam już w planach trzy wydawnictwa, które będą składały się na trylogię – ukażą się kolejno w wakacje. A czwarty będzie drugą płytą mojego zespołu Blues People, ukaże się najpewniej jesienią.

Muszę to wydać, bo pomysłów mam jeszcze więcej – wydawnictwa to forma wypuszczenia moich idei w świat, podzielenie się z ludźmi, domknięcie pewnych rozdziałów i otwarcie nowych.

Rozmawiał: Jakub Knera


Zobacz również

Dominik Strycharski: nie boję się żadnej sytuacji

Kompozytor, eksperymentator, autor jedynej na świecie jazzowej płyty solowej na flet prosty Więcej >>>

Krystyna Prońko: pół wieku w służbie piosenki

Charyzmatyczna, bezkompromisowa i jedna z najjaśniejszych gwiazd polskiej estrady oraz dydaktyki wokalnej Więcej >>>

Gwi­lym Simcock

Chick Corea powiedział o nim: „Gwilym to oryginał. Kreatywny geniusz.” Więcej >>>

Joaquin Sosa: Wrodzona radość

To jeden z najbardziej utalentowanych i wszechstronnych muzyków we współczesnym świecie klarnetu Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu