Wywiady

fot. Gildas Boclé

Marcin Wasilewski: Iskra Życia

Piotr Iwicki


Premiera nowego albumu „Spark Of Life” Marcina Wasilewskiego i jego kompanów, to chyba najlepszy pretekst do tego, aby zamienić klika słów o tym: co, gdzie i jak? Nie co dzień polski jazzman nagrywa tak dojrzały i wspaniale brzmiący album. A zarówno wytwórnia ECM, jak i nazwisko producenta – giganta dzisiejszego przemysłu muzycznego Manfreda Eichera, nie pozwalają przejść obok lidera i jego dzieła obojętnie.

JAZZ FORUM: Na wstępie pozwól, że pogratuluje Tobie kolejnego znakomitego albumu. Nie sposób nie skonfrontować go z poprzednimi wydanymi pod wodzą Manfreda Eichera – tymi zarówno pod Twoim nazwiskiem, jak i szyldem Simple Acoustic Trio. Co tu ukrywać, słychać progresję. Każdy kolejny krążek jest lepszy od poprzedniego. Jak widzisz to z perspektywy lat i kolejnych ECM-owskich albumów?

MARCIN WASILEWSKI: Dziękuję. Wiele się nauczyłem przez te lata i każdą kolejną płytą zdobyłem nowe doświadczenie. Pod szyldem ECM nagrałem 10 płyt, ponadto około 10 w innych wydawnictwach. Każda jest dla mnie tak samo ważna. Moje najnowsze dziecko jest tuż przed premierą i jestem bardzo podekscytowany.

Kolejny album oznacza dla mnie zapis danego okresu, zarówno otwierający, jak i zamykający pewien etap. Z racji tego, że sporo się w życiu dzieje, próbuję zapisywać dane momenty jak najczęściej. Jestem daleki od podsumowań typu: gdzie dotarłem, gdzie jesteśmy… Po prostu gramy i rejestrujemy najlepiej, jak potrafimy stawiając sobie wciąż nowe wyzwania. Nie analizuję, lecz odczuwam i przekładam to, co widzę, na swój muzyczny język. Mam nadzieję, że tak będzie się działo cały czas. Jeśli współpraca z zespołem się nie rozwija, to znaczy, że robienie muzyki nie ma sensu. Jestem szczęśliwy, że po tylu latach udaje nam się zmierzać w tym samym kierunku i stać nas na kolejne, wspólne uniesienia.

JF: Wspomniany szef ECM i producent „w jednym” nie kryje, że Twój styl to konglomerat tego, co nazywa post-komedowską polską szkołą, a tym wszystkim, co dzisiaj świeże i twórcze w europejskim jazzie. Lubisz wychodzić poza utarte ramy gatunku. Sięgasz po rockowe i popowe hity wywijając je niejako na lewą stronę.

MW: Mój styl to wynik wielu inspiracji. Począwszy od edukacji w szkole, poprzez granie z najróżniejszymi, wybitnymi muzykami aż do możliwości skupienia się na podążaniu już tylko swoją muzyczną drogą. Może się wydawać, że sięgam po popowe hity ze względów komercyjnych, ja jednak robię to z potrzeby serca przepuszczając je przez swoje wnętrze, ponieważ potrafię zinterpretować piosenkę na swój sposób. Co więcej, chcę to robić, i to sprawia nam wielką frajdę. Zarówno w przypadku Björk, jak i Stinga czy Diamonds & Pearls Prince’a – to były piosenki związane ze mną emocjonalnie. Chętnie czerpię z repertuaru innych artystów, a to co znalazło się na najnowszej płycie, przerosło nasze oczekiwania!

JF: Zdradź nam, jak wygląda typowy proces twórczy i producencki albumu wydanego w markowej wytwórni.

MW: Najpierw trzeba napisać utwory. Trwało to kilka miesięcy, nawet około roku. Najlepiej, aby było ich jak najwięcej, żeby później było z czego wybierać. Dodatkowo zastanawiamy się wspólnie, jakie utwory nam się podobają – z repertuaru innych artystów. Dla przykładu Sławek przyniósł piosenkę zespołu Hey, której wcześniej nie słyszałem i nawet nie chciałem jej słuchać, ponieważ starałem się zachować świeży ogląd nut i harmonii po to, aby móc nadać jej swój charakter. A na przykład utwór ty­tułowy powstał w ostatnim dniu przed wyjazdem na nagrania. Proces komponowania
bywa więc długi, ale jest kompletnie niewymierny.

Każdy impuls w momencie tworzenia jest ważny. Dlatego dbam o higienę ucha od chwili, kiedy mam zapisaną w kalendarzu datę nagrań. Po ustaleniu listy piosenek spotykamy się na próbach, gdzie ustalamy ich formy i dynamikę. Pozwalamy sobie też przed nagraniami prezentować nowe utwory na koncertach i konfrontować je z publicznością. Wówczas dookreśla się ich charakter i możemy zobaczyć, jaki mają potencjał. Dzięki temu możemy też być dobrze przygotowani w studiu.

I tu pojawia się kolejna niezmiernie istotna kwestia – presja czasu i skupienia. Na rejestrację całości mamy zaledwie dwa dni. Musisz z siebie to wszystko wykrzesać przy zachowaniu świeżości umysłu i pokory do dźwięków. Najnowszy album to w większości pierwsze wersje! I nie wstydzę się przyznać, że jestem z tego bardzo dumny.

W studiu od samego początku aż do końca towarzyszył nam producent Manfred Eicher – niesamowicie świadomy i kreatywny „członek zespołu zza szyby”. Manfred jest szczególnie wrażliwy na muzykę i doskonale się pod tym względem rozumiemy. Akceptuje wszystko, co służy najlepszemu rezultatowi. Ingeruje, ale również chętnie wysłuchuje wszystkiego, co przygotowaliśmy. Po dwóch dniach nagrań rozpoczynamy miks. Zazwyczaj sound wyjściowy jest już fantastyczny, tak więc Manfred, a także reżyser dźwięku Stefano Amerio dopieszczają brzmienie poszczególnych instrumentów i ich poziom względem siebie. Po nagraniach wracamy do domu i w krótkim czasie ustalamy datę premiery.

JF: Tajemnicą poliszynela jest to, że sam Eicher to silna osobowość potrafiąca postawić na swoim, stroniąca od kompromisów. Jak to jest „w praniu”?

MW: Słyszałem, że jakiś bębniarz podczas sesji podobno rzucił zestawem o ścianę – centralką z tomami! (sic!) Zupełnie nie wyobrażam sobie takiej sytuacji u nas. Bywają takie momenty, kiedy mamy odmienne zdanie. Jednak nigdy nie zdarzyła się kłótnia na polu egzekwowania muzycznych pomysłów. Od samego początku mieliśmy świetne porozumienie z Manfredem. Priorytetem jest muzyka, tak więc w trosce o jej dobro nie ścieramy się, tylko dopasowujemy koncepcyjnie do siebie. To wspaniałe, kiedy wszyscy zmierzają w tym samym kierunku.

JF: Jak on patrzy na taki stylistyczny collage, jak Message in a Bottle grupy The Police, po którym następuje kołysanka Komedy? I wreszcie w jaki sposób Ty wkładasz te klocki do układanki? Jak dobierasz poszczególne tematy?

MW: W kwestii tej „układanki” ufam mu całkowicie. Ma genialne pomysły, jak zapiąć wszystko w jedną klamrę. Nie wpadłbym na to, że balladą o mocnym przekazie emocjonalnym można zacząć płytę. A Manfred tak. Dodatkowo kompozycja tytułowa ujęła go na tyle, że zaproponował, aby tym właśnie tematem zakończyć cały album. Po raz pierwszy zastosowaliśmy taki zabieg i uważam to za nietypowe, ale jakże ciekawe ułożenie tych wszystkich utworów. Długo myślałem o tym i stwierdzam, że to chyba najlepsza kolejność na płycie.

JF: Jest jeszcze Do Rycerzy, do Szlachty, do Mieszczan, hit zespołu Hey. Trzeba długo czekać, aby odkryć ten temat, w zasadzie ekspozycja jest dopiero w finale. To bardziej zafascynowanie znakomitą piosenką czy pretekst do fajnej improwizacji?

MW: Pretekst do zaprezentowania swojej wersji piosenki, która jest ciekawie napisana. To pomysł Sławka Kurkiewicza. A ekspozycja w finale to pomysł Joakima Mildera. Podczas sesji dość spontanicznie potraktowaliśmy ten utwór. Do momentu nagrania nie wiedzieliśmy, jak ten numer będzie wyglądać.

JF: Właśnie mija 10 lat od samoistnego debiutu Simple Acoustic Trio w katalogu ECM. Teraz pojawia się czwarty krążek – Trio z gościnnym udziałem wybitnego saksofonisty Joakima Mildera. Zdradź genezę tytułu albumu „Spark Of Life”?

MW: Będąc w Lublanie, a dokładniej wychodząc z sauny, absolutnie wyluzowany zagwizdałem sobie jakąś melodię. Nagrałem ją na dyktafon, bo wydawała mi się ciekawa. Na dzień przed nagraniami, dosłownie pakując się napisałem ostatni i jak się okazało tytułowy numer, wykorzystując tę właśnie melodię. Wymyślając harmonię, kończyłem ten utwór już w studiu! Zatytułowałem go później i wziąłem po prostu pod uwagę spontaniczne pojawienie się tego utworu w głowie. Taki przebłysk, iskra, od której wszystko się zaczyna. To było bezpośrednią inspiracją tytułu „Spark Of Life”… z życia wzięte.

JF: Spotkanie z Milderem nie jest pierwszym w twojej eceemowskiej historii.

MW: Pierwszy raz spotkaliśmy się, kiedy zastępowałem Bobo Stensona w 1997 w projekcie „Litania” Tomasza Stańki. Od samego początku mi się podobał. Dwa lata temu spotkaliśmy się podczas Jazzfest Berlin w tym samym projekcie. W ubiegłym
roku postanowiłem zaprosić go na Jesień
Jazzową w Bielsku-Białej. Fantastycznie nam się grało, mieliśmy świetne porozumienie na scenie dlatego też, kiedy myśleliśmy z Manfredem, kto mógłby zagrać z nami na płycie, nie mieliśmy wątpliwości, że będzie to Joakim Milder.

JF: Przyznam, że jego ciepły, bardzo pełny, bogaty w alikwoty ton wspaniale wpisuje się w nieco eteryczny klimat twego tria. Kto wymyślił ten układ nieformalnego kwartetu?

MW: Jak wspominałem – ja nie miałem wątpliwości, Manfred na to przystał. Joakim świetnie się wtopił w nasz klimat pod każdym względem – barwowo, rytmicznie i stylistycznie. Jakby grał z nami od zawsze. Nie zaburzył naszego brzmienia. Dodał swój osobliwy ton wzbogacając całość.

JF: Jak silne było w kształtowaniu formy zaangażowanie Szweda?

MW: Joakim napisał utwór Still, który znalazł na płycie. Forma utworu Do Rycerzy to też jego pomysł. Jest bardzo wrażliwy na brzmienie, operując subtelnie instrumentem, jest niezwykle kreatywny i muzykalny, a to podstawa dla mnie. Nie popisuje się wirtuozerią, lecz wykorzystuje swój talent i umiejętności do tworzenia muzyki wspólnie. Doskonale pojmuje istotę jazzu.

JF: Mnie w całym tym graniu zaskakuje bardzo pozytywnie powściągliwość, donikąd się nie spieszycie, jest czas na wybrzmienie nut, fraz. Czy taki dystans przychodzi z wiekiem?

MW: Niektórym może i z wiekiem, a ja zazwyczaj dbałem o czas na wybrzmienie, zawsze dążyłem do powściągliwości. Zbyt wiele dźwięków w moim przekonaniu ma swoje źródło w nerwowości, dlatego lepiej słucha się powściągliwości. To jest pociągające. Lepiej się słucha nieprzegadanych rzeczy. Płyta to jest opowieść. Jeśli każdy numer byłby nasączony samymi solówkami, to wiem, że po dwóch numerach jestem zmęczony. Preferuję spokój, ale z wykorzystaniem maksimum energii. Traktuję muzykę jako formę wypowiedzi – niejako – całego zdania. Nie interesują mnie fragmentaryczne, narwane popisy, które owszem mogą być fascynujące, ale nie na tym opieram swoje tworzenie muzyki. Dla mnie to całość, a więc musi być miejsce na spokój, wyważenie, balans, rozwinięcie, żar, etc.

JF: Sławek Kurkiewicz i Michał Miśkiewicz to silne artystyczne osobowości. Jak wygląda decyzyjny układ sił w triu?

MW: W zespole powinna być demokracja po to, by wspólnie i zgodnie funkcjonować na scenie. Musimy umieć się dogadywać i póki co nam się to udaje już 20 lat! Uznaję to za nasz wspólny sukces jako muzyków, ale też jako ludzi we współżyciu. Muzykujemy wspólnie, ale to ja jestem twórcą większości naszych kompozycji, jak również pomysłów na covery czy tytuły utworów albo płyt. Wspólnie z menedżerem ustalam również trasy koncertowe i pomysły na działalność formacji Marcin Wasilewski Trio.

JF: Może nie pamiętasz, ale nasze pierwsze spotkanie było bardzo nietypowe. Pojamowaliśmy sobie na rynku w Koszalinie, grubo ponad 20 lat temu. Trudno było przewidzieć, co będzie dalej, ale słychać było już wówczas u ciebie „to coś”. Teraz zdradź, w jakim miejscu Twojej kariery, jak i zespołu, widzisz się teraz, za dziesięć lat, dwie dekady?

MW: Trudno mi wyprzedzić przyszłość. W wieku 12 lat wiedziałem już, co będę robił. Chciałem grać od samego początku. Założyłem zespół ze Sławkiem Kurkiewiczem i byliśmy absolutnie pochłonięci muzyką i możliwościami, które przed nami rozciągała. Ta cała historia ułożyła nam się cudownie. Szybko wypłynęliśmy na szerokie wody – najpierw pod skrzydłami Tomasza Stańki, zaraz potem trafiliśmy do wytwórni ECM. Nie wiem, co będzie za 10 lat, ale wiem jedno – chcę robić to dalej. Chcę grać i spotykać takich fantastycznych ludzi, jak dotychczas, od których mogłem się nauczyć tylu ważnych w muzyce rzeczy i dzięki którym jestem dziś tym, kim jestem.

JF: Czy jest jakiś szalony skład, z którym chciałbyś zagrać, albo może coś szalonego, co chciałbyś artystycznie kiedyś urzeczywistnić?

MW: Chciałbym zagrać z Björk albo w jakimś innym popowym zespole. Spróbować się odnaleźć w zupełnie innych warunkach niż do tej pory. Jestem też fanem instrumentów. Gram na perkusji, trąbce i moim marzeniem jest zagrać koncert jako bębniarz w jakimś jazzowo-groove’owym zespole. Codziennie ćwiczę Pratta, mam też Drum (NI) Maschine – w wolnych chwilach zakładam kask i ćwiczę w domu. Sąsiedzi szaleją! Wraz ze śp. Maceo Wyro mieliśmy w planach stworzyć live act w jednym z warszawskich klubów – coś w stylu Drum Machine Battle.

JF: Byłem kiedyś świadkiem twojej rozmowy z Patem Methenym, na tyle osobistej, że pozwolę sobie nie cytować jej treści. Ale zdradź czytelnikom, jak to jest być kolegą „z katalogu” Pata, Corei, Jarretta, Frisella?

MW: Znam Pata Metheny’ego, spotkałem się z nim po koncercie Orchestrion. Rozmawiałem z nim chcąc wręczyć mu płytę „January”, okazało się, że on tę płytę już ma i ją uwielbia! Szczególnie Cinema Paradiso, który to utwór wykonywał z Charlie’m Hadenem. Większego komplementu nie mogłem usłyszeć.

JF: Płyta pociąga za sobą działania promocyjne. Jak to będzie wyglądać?

MW: Właśnie przed momentem przeglądałem listę miast, które odwiedzimy w związku z promocją płyty. Już wygląda znakomicie. Koncerty rozpoczynają się w październiku i będą trwać do końca roku. Oprócz tego rusza strona internetowa, na którą czekaliśmy aż 20 lat! Z początkiem roku przyszłego rusza trasa międzynarodowa – będziemy grać w Niemczech, Stanach Zjednoczonych, Holandii, Belgii, we Włoszech oraz w Ameryce Południowej – w Argentynie i Chile.

JF: A jakie masz plany jazzowe niezwiązane z triem?

MW: Współpracuję również z innymi muzykami norweskimi – z Arildem Andersenem, Jacobem Youngiem, Trygve Saimem i wcią? z?Tomaszem Sta?k?. Chcia?bym zaprosi? te? Jona Christensena ? grali?my ju? razem, wi?c my?l?, ?e jest to mo?liwe. Przy okazji festiwalu jazzowego mam w?planach zaprosi? Ambrose?a?Akinmusire. Poprzednio nie pasowa? mu jedynie termin. Licz?, ?e w?przysz?ym roku to si? uda. Opr?cz tego mam w?planach spotkania muzyczne z?polskimi muzykami ? nowe przedsi?wzi?cia ? z?pewno?ci? przynios? co? ciekawego. Chcia?bym te? napisa? muzyk? do filmu.

ż z Tomaszem Stańką. Chciałbym zaprosić też Jona Christensena – graliśmy już razem, więc myślę, że jest to możliwe. Przy okazji festiwalu jazzowego mam w planach zaprosić Ambrose’a Akinmusire. Poprzednio nie pasował mu jedynie termin. Liczę, że w przyszłym roku to się uda. Oprócz tego mam w planach spotkania muzyczne z polskimi muzykami – nowe przedsięwzięcia – z pewnością przyniosą coś ciekawego. Chciałbym też napisać muzykę do filmu.

JF: Są takie pytania, których dziennikarze i krytycy nie zadają, nie wpadają na nie, a artyści bardzo na nie czekają i chcą odpowiedzieć. Masz takie?

MW: (śmiech) Chciałbym opowiedzieć historię wylotu na nagrania „Spark Of Life”. Otóż mieliśmy problemy z nadaniem kontrabasu na samolot. Finalnie odmówiono nam wzięcia kontrabasu zarezerwowanym lotem. Wpadliśmy w panikę o godzinie 6.00 rano przed nagraniami, kiedy absolutnie wszystko musiało się zgadzać. Kontrabas z właścicielem musieli polecieć innym lotem. Jadąc do samego Lugano martwiliśmy się, czy wszystko jest w porządku, kiedy nagle słyszymy w aucie dźwięki piosenki Message in a Bottle. Spojrzeliśmy na siebie z Michałem Miśkiewiczem, który powiedział: „To musi być jakiś znak ”. Pomijam fakt, że po drodze zauważyliśmy też znaki drogowe S.O.S, które jednocześnie – słowo w słowo – wyśpiewywał Sting, podczas gdy my martwiliśmy się, co dzieje się z tym kontrabasem! Wszystko miało świetny finał, bo muszę wspomnieć, że dzień wcześniej graliśmy koncert i tuż przed wykonaniem tej piosenki zapowiedziałem ją sugerując jedynie, że tę piosenkę można usłyszeć w radiu. No i w istocie był to dobry znak, gdyż ten utwór na płycie wyszedł świetnie, a co najważniejsze – zagraliśmy go tylko raz!

Rozmawiał: Piotr Iwicki


Zobacz również

Tadeusz Federowski – archiwalny wywiad

Z legendarnym perkusistą rozmawia Jerzy Bojanowski, Jazz Forum 2/1993 Więcej >>>

Grzegorz Grzyb atomowy

Archiwalny wywiad z perkusistą, który zginął tragicznie 23 lipca 2018 w wypadku na ulicy… Więcej >>>

Eryk, syn Eryka

Z wybitnym perkusistą Erykiem Kulmem rozmawia Marek Gaszyński. Więcej >>>

Kuba Więcek: another raindrop

Urodzony w Rybniku 21 października 1994 roku saksofonista i kompozytor Kuba Więcek jest chyba… Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu