Wywiady
fot. Grzegorz Masłowski

Opublikowano w JAZZ FORUM 4-5/2021

Natalia Kordiak: Moje ciało to mój instrument

Barnaba Siegel


Gdy mówimy „wokal w jazzie”, myślimy najczęściej o śpiewanych utworach, może o skacie. Natalia Kordiak przypomina nam o tym, że wokal może być również instrumentem w zespole. Jej instrument nadaje w rytmach free, ale do odpowiedniego nastrojenia go niezbędne są dla niej dwa składniki: upór i ciągłe poszukiwanie.

JAZZ FORUM: Recenzję twojej debiutanckiej płyty „Bajka” napisałem rok temu (JF 3/2020). Najbardziej podobało mi się na niej to, że nie pełnisz tam roli wokalistki, tylko instrumentu.

NATALIA KORDIAK: Zawsze chciałam być instrumentem w zespole. Często podkreślałam, że nie należę do grupy wokalistek. Przez długi czas utożsamiałam się ze środowiskiem instrumentalnym. Teraz się z tym nie zgodzę, zaprzestałam szufladkowania, jestem muzykiem, muzykiem śpiewającym. Wokalistką. Nie chcę zamykać się w jakichkolwiek ramach. Decydując się na śpiewanie takiej, a nie innej muzyki, mam świadomość tego, że nie będę wielką gwiazdą, nie będę miała nie wiadomo jak wielkiej publiczności. Zdaję sobie sprawę, że jest to muzyka, która może być dla niektórych bardziej wymagająca. Ale nie muszę być drugą Beyoncé. (śmiech)

JF: Pod koniec 2019 roku Hevhetia wydała twoją debiutancką płytę – „Bajka”. Chwilę później, na początku kolejnego roku pojawiły się pierwsze recenzje, koncerty, nominacja do Fryderyka i... pandemia. Jak przetrwałaś ten czas?

NK: Może to zabrzmi zaskakująco, ale pandemia nie była dla mnie aż tak zła. Były momenty zwątpienia w sens tworzenia samej muzyki, w sens bycia muzykiem. Co jakiś czas takie myśli mnie nachodzą, ale siła wewnętrzna mówi, że to przejściowe. Nadzieja na przyszłość mnie trzyma. A jestem bardzo upartym człowiekiem. Nawet pandemia mnie od tego nie odwiedzie.

Co do koncertów – udało mi się zagrać przez ostatni rok tylko trzy, ale każdy z nich był bardzo ważny. Najbardziej rozczarował mnie w tym okresie fakt, że nie odbyła się gala wręczenia Fryderyków. Jestem bardzo wdzięczna za sam fakt bycia nominowaną – nie dość, że za debiutancką płytę, to jeszcze taką, która nie zawiera lekkiej muzyki. Liczyłam, że nominacja będzie bardzo przydatna przy bukowaniu kolejnych koncertów. A wiemy przecież, jak było z koncertami w 2020 roku.

JF: Odebrano ci start kariery?

NK: Niczego mi nie odebrano. Jest jak jest. Wierzę w tę rzeczywistość, która jest. Cały czas działam, tworzę. I wierzę, że tym, którzy pozostali przy muzyce, zostanie to w jakiś sposób wynagrodzone.

JF: Rozumiem, że ty pozostałaś. W jaki sposób udało ci się utrzymać przez ten ciężki rok?

NK: Upór w działaniu. Uratowało mnie to, że zaczęłam regularną pracę z dziećmi i młodzieżą w szkole muzycznej, a do tego nadal jestem studentką, co pozwala mi utrzymać się w systematyczności. Ale nie wszystkim udało się wytrwać.

JF: Programy wsparcia nie pomogły?

NK: Wsparcie dla muzyków jest nikłe. W moim przypadku nie mogłam pobierać stypendiów na macierzystej Akademii, jako że studiowałam już wcześniej parę lat. Jednocześnie nadal jestem na studiach, na wokalistyce jazzowej, a takie programy jak „Kultura w sieci” nie obejmowały studentów. Błędne koło.

JF: Przy pierwszej lepszej okazji ruszasz w trasę?

NK: Chciałabym. (śmiech) Udało mi się zagrać w studiu stacji Jazzkultura na Dzień Kobiet. Oczywiście marzy mi się pełna trasa koncertowa. Ale do tej pory z materiałem z „Bajki” udało nam się zagrać dosłownie kilka, kilkanaście koncertów łącznie. Ciężko jest zorganizować koncert z taką muzyką.

JF: Przez ostatni rok królowały koncerty online.

NK: I przyznam, że od początku pandemii nie obejrzałam ani jednego w całości. Nie jestem w ogóle fanką koncertów online. Uwielbiam chodzić na występy, bo na nich coś dostaję. Muzyka tworzy energię, przestrzeń, której doświadczam. Czerpię inspiracje, zatracam się w świecie abstrakcji. 

JF: I na pewno nie jesteś jedyną, której ta formuła szybko zbrzydła. A gdybyś miała zagrać za granicą, choćby w innym europejskim kraju – odnalazłabyś się tam muzycznie?

NK: Jasne, że tak. Ja bym się wszędzie odnalazła. (śmiech) Staram się właśnie o wyjazd w ramach programu „Erasmus”. Pomyślałam sobie, że teraz jest dobry czas, żeby gdzieś wyjechać, poznać nowych ludzi, dzielić się spostrzeżeniami na temat muzyki.

JF: Wybór destynacji pod dyktando ciepłej pogody czy muzycznych możliwości?

NK: Zdecydowanie kierowałam się profesorami i wykładowcami na danych uczelniach. Mama śmiała się, że nie wybrałam sobie Hiszpanii, albo Włoch, ale ja zdecydowałam się aplikować do szkoły w Oslo i Bernie, bo wykładają tam moi wokalni herosi – w pierwszej Sidsel Endresen, w drugiej – Andreas Schaerer.

JF: Parę osób z Polski udało się na muzyczne studia poza Polskę, po czym wróciło z sukcesami. Czegoś brakuje u nas?

NK: Ja jestem zadowolona z mojej muzycznej edukacji, ale wiem, że tam gdzie chcę jechać, po prostu będzie coś nowego. Jestem uzależniona od poznawania nowego. Chcę dalej szukać, zwiedzać i doznawać. W Oslo tworzy się np. bardzo dużo otwartej muzyki, muzyki folkowej, elektronicznej. 

Ja zresztą lubię poznawać ludzi poprzez wspólne granie. Właśnie to mnie ciągnie do muzyki free. Nie ma w niej miejsca na kłamstwo, na brak szczerości. To jest coś, co jest w nas, w danym momencie, bodźce, które nas otaczają. Moje ciało to mój instrument. Raz kobieta w depresji, raz kobieta pełna sukcesów – nie ma znaczenia, to mój instrument. Akceptacja i autentyczność są kluczowe, nienawidzę kłamstwa w muzyce.

JF: Czym jest kłamstwo w muzyce?

NK: Kłamstwo, czyli wyłączne chwalenie się swoimi umiejętnościami z myślą „a ja Wam pokażę”. To oczywiście ważne, aby te umiejętności mieć, ale czuję, kiedy muzyka jest nieszczera, a ja nie lubię być oszukiwana. Nieważne jakie jej rodzaje tworzymy, ważna jest intencja. 

JF: Niektórzy muzycy i krytycy zwracają uwagę, że w muzyce czysto improwizowanej łatwo o kłamstwo pod płaszczykiem swobodnej wypowiedzi. Miałaś taką sytuację na scenie, że stwierdziłaś, że „za bardzo się zagalopowałaś”?

NK: Jak już występuję i śpiewam, to staram się siebie nie oceniać. Jak schodzę ze sceny, to też siebie nie oceniam. Kiedyś to robiłam w trakcie śpiewania – to było straszne, jakbym kłóciła się sama ze sobą. Będąc w procesie twórczym, nie ma miejsca na ocenę. To określony moment, tak wtedy czułam, wyraziłam to, więc to było dobre.

JF: Co mi przypomina historie o Czesławie Niemenie, który miał odwrotne podejście i nałogowo odsłuchiwał taśmy ze swoich koncertów.

NK: Jak najbardziej zdarza mi się odsłuchać swój koncert. Ale nie mam wtedy myśli, że gdzieś popełniłam błąd. Bardzo sobie cenię nagrania live i śmieję się zawsze, że „o, tu się ktoś pomylił”, bo czym jest błąd? Zwłaszcza w trakcie koncertów i mówiąc o muzyce „open”, improwizowanej. To nie koncert Rachmaninowa.

Ktoś zadał mi pytanie – dlaczego na mojej płycie jest tyle „niedoskonałości głosowych”? Dlaczego nie poprawiłam nieczystości, nie nagrałam kolejnych, „lepszych” wersji utworu? Faktycznie, są tam takie momenty. I sama słyszałam te nieczystości, gdy odsłuchiwałam zarejestrowaną wersję utworu. Ale cała energia, jaka wytworzyła się w trakcie nagrywania z moim zespołem, była zbyt piękna, żeby to niszczyć ponownym nagrywaniem. To, co zrobiłam, było moje i było dobre. Nawet kosztem „niedoskonałości”.

JF: A Natalia 10 lat temu by poprawiła?

NK: Zdecydowanie. (śmiech) 

JF: Widziałaś siebie zawsze jako wokalistkę od free jazzu?

NK: Nie, to się bardzo zmieniało. Uczę się w różnych szkołach muzycznych od gimnazjum, na początku byłam zakochana w mainstreamowym jazzie i nadal kocham śpiewać standardy. Pierwszą taką miłością była Sarah Vaughan. Kopiowałam wszystko, co robiła, starałam się śpiewać dokładnie tak jak ona. Potem były Billie Holiday, Betty Carter, Carmen McRae, Shirley Horn.

Ale przyszły jeszcze inne odkrycia, zwłaszcza po rozpoczęciu nauki na „Bednarskiej”. Dopiero tam mi pokazano, z czym się ten jazz je. To był dla mnie czas spotkań i muzycznego dojrzewania. Pierwszy zespół, pierwsze autorskie kompozycje, które... kompletnie mi nie wychodziły, gdy szłam w stronę mainstreamu. Dalej rozwijałam umiejętność scatu i robiłam transkrypcje instrumentalne. Przyszła też wielka miłość do Ornette’a Colemana po tym, gdy usłyszałam Lonely Woman z płyty „The Shape Of Jazz To Come”. Aranżowałam jego utwory dla siebie. 

Potem zaczęło się szukanie muzyki dla siebie. Własnego języka, środków ekspresji. W zasadzie cały czas szukam. Słucham masy płyt z przeróżnych gatunków, cały czas muszę się czymś inspirować – i to nie tylko muzyką, ale także szeroko rozumianą sztuką. 

JF: Kto z polskich, aktywnych muzyków był dla ciebie największą inspiracją i pomocą?

NK: Mam w głowie trzy takie osoby, dzięki którym jestem poniekąd tu, gdzie jestem. Krzysztof Gradziuk, pedagog w „Bednarskiej”, a z nim cały zespół RGG. Grzegorz Karnas, wybitny wokalista, dyrektor festiwalu Voicingers, na który jeździłam od 16 roku życia. To była świetna zabawa i warsztaty, które pokazały mi zupełnie nowe możliwości w muzyce i śpiewaniu. Poznałam tam mnóstwo osób z zagranicy, nauczyłam się nowego podejścia do świata, ludzi, miłości, do wszystkiego. Tam poznałam również tę trzecią osobę, czyli Annę Gadt, która – tak się złożyło – jest aktualnie moim nauczycielem na studiach. Dodam też, że studia ułatwiają mi tworzenie nowych rzeczy. Jako studentka jestem w stanie poznawać różne stylistyki, funkcjonowanie mojego głosu w różnej muzyce. To jest bardzo ciekawe i czerpię z tego ogromną radość. 

JF: I efektem tych wszystkich spotkań, lekcji, odkryć i radości była „Bajka”. 

NK: Nagrywanie tej płyty było dla mnie absolutnie nowym doświadczeniem. Chciałam, żeby ta muzyka mogła dotrzeć do jak najszerszego grona. Rozsyłałam ją, gdzie tylko mogłam, żeby ludzie ją usłyszeli. Recenzji nie było wiele, ale płyta została doceniona przez nominację do Fryderyków, co mnie ogromnie cieszy. Nie ma nic piękniejszego niż sam fakt, że ludzie słuchają mojej muzyki.

JF: A obok ciebie na płycie od razu pojawiła się cała śmietanka muzyków młodego pokolenia – Alan Wykpisz, Grzegorz Pałka, Mateusz Kołakowski, Przemysław Chmiel.

NK: Większość zespołu poznałam przez warsztaty i festiwal Voicingers. W roku 2018 wzięłam udział w tym festiwalu, czyli w Międzynarodowym Konkursie Jazzowym dla Muzyków Śpiewających. Wygrałam ten konkurs i wtedy nadeszła ta wielka chwila, kiedy dostałam informację, że nagrodą jest nagranie płyty dla słowackiej wytwórni Hev­hetia. A pierwsza myśl była właśnie taka – z kim ją nagrać?

Nie wyobrażałam sobie debiutanckiej płyty bez Przemysława Chmiela. Jest on moim wspaniałym przyjacielem od lat, gram z nim jeszcze od czasów Bednarskiej. Mateusza Kołakowskiego usłyszałam na żywo pierwszy raz na showcasie wspomnianego Voicingers. Grał koncert solo. Zrobił na mnie tak ogromne wrażenie, że od razu podeszłam do niego i spytałam, zupełnie go nie znając, czy nagra ze mną płytę. Sama ta rozmowa mnie zaskoczyła, bo może na scenie jestem odważna, ale w życiu różnie bywa. (śmiech) To samo zrobiłam potem z Alanem i Grzesiem. Wiedziałam, że są to osoby, które będą w stanie wesprzeć mnie w mojej muzyce, zrobić ze mną coś pięknego. Bądź niepięknego. Coś. Natomiast na pewno piękne jest to, że na festiwalu narodził się mój zespół, z którym gram do teraz, a ostatnio tworzymy materiał na nową płytę.

JF: Czyli nie byli to sidemani do twojego projektu.

NK: To nie byli koledzy na jedną sesję, tylko przyjaciele, z którymi planujemy przyszłość. Nowy materiał częściowo już powstał. Tylko, jak wiadomo, obecna sytuacja nie sprzyja procesom wydawniczym.

JF: Ta „obecna sytuacja”, jaką mamy od marca 2020, odbije się w nowych utworach?

NK: Pandemia odbija się na człowieku, więc w mojej twórczości pewnie nieświadomie również. Czas pandemii pozwolił mi spowolnić tempo życia i zastanowić się nad sobą. Nad tym, kim naprawdę jestem, a nie tym kim powinnam być. 

JF: Mówiłaś sporo o szukaniu. Czego będziesz poszukiwała na nowej płycie?

NK: Nieustannie siebie. Żaden człowiek nie pozostaje przez całe życie taki sam – cały czas się zmienia. Razem z zespołem chcemy pójść w bardziej otwarte formy. Z mniejszym naciskiem na aranżacje. „Bajka” zawierała sporo utworów, które miały jednak konkretny temat, nawet jeśli był on przekształcany. Dla mnie w muzyce ważna jest improwizacja, odkrywanie. Całe moje życie to improwizacja – jestem fanką planowania wielu rzeczy, ale na planach się często kończy. W muzyce tego nie mam. Czyli nowa płyta – nowa ja! 

JF: Improwizacja lubi też nowe składy, nowe sytuacje. 

NK: Ważne jest, żeby próbować grania w różnych składach, konfiguracjach. Graliśmy z Kubą Miarczyńskim w pełni improwizowany duet podczas Poznań Komeda Maraton 2020. To było fantastyczne, otwierające doświadczenie. Perkusja i wokal. Nie miałam harmonii, nie miałam swojego Przemysława Chmiela na saksofonie. Podobnie było na festiwalu Jazz Juniors, na którym miałam ogromną przyjemność zagrać w trio z dwoma cudownymi kontrabasistami – Alanem Wykpiszem i Andrzejem Święsem. 

Od jakiegoś czasu nakładam efekty na wokal, wykorzystuję do tego efekty gitarowe i nie tylko. Po prostu uczę się nowego instrumentu. Chciałabym to zgłębiać, żeby tworzenie tego typu muzyki wychodziło na bieżąco, tu i teraz, żeby elektronika nie zabierała mi możliwości tworzenia w danym momencie. Marzę też o płycie nagranej w duecie z saksofonem, mając w myślach oczywiście Przemysława Chmiela.

JF: Plany na najbliższą przyszłość?

NK: Nie zatrzymywać się. Nie poddawać się. Każdy z nas, jeśli ma na tyle sił, powinien znaleźć w sobie upór do dalszego działania. Bo co innego nam zostaje? Każdy się potyka, potem wstaje i następuje ciąg dalszy.

Rozmawiał: Barnaba Siegel



Zobacz również

Dominik Strycharski: nie boję się żadnej sytuacji

Kompozytor, eksperymentator, autor jedynej na świecie jazzowej płyty solowej na flet prosty Więcej >>>

Krystyna Prońko: pół wieku w służbie piosenki

Charyzmatyczna, bezkompromisowa i jedna z najjaśniejszych gwiazd polskiej estrady oraz dydaktyki wokalnej Więcej >>>

Gwi­lym Simcock

Chick Corea powiedział o nim: „Gwilym to oryginał. Kreatywny geniusz.” Więcej >>>

Joaquin Sosa: Wrodzona radość

To jeden z najbardziej utalentowanych i wszechstronnych muzyków we współczesnym świecie klarnetu Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu