Wywiady
fot. Kasia Stańczyk

Opublikowano w JAZZ FORUM 4-5/2021

Piotr Damasiewicz: Muzyk z manifestem

Roch Siciński


Na scenie aktywny od 25 lat – od kiedy zaczął pisać otwarte formy instrumentalne dla teatru i animować scenę wrocławskiego klubu „Szuflada”. Oprócz studiów związanych z jazzową trąbką, kształcił się także w grze na kontrabasie, fortepianie i nauce klasycznego śpiewu (w tym chorału gregoriańskiego), studiował też dyrygenturę chóralną i kameralną, aranżację oraz kompozycję. W pisaniu repertuaru dedykowanego większym składom Damasiewicz czerpie zarówno z dzieł Witolda Lutosławskiego, jak i z twórczości Barry’ego Guya.

W dotychczasowej karierze stworzył kilkanaście zespołów oraz inicjatyw ponadmuzycznych, sięgając do języka jazzu, XX wiecznej muzyki klasycznej, etnicznej czy najnowszej – w tym europejskiej muzyki improwizowanej, eksperymentu i sound artu.

Damasiewicz wydaje się wyznawać zasadę, że droga jest ważniejsza od celu. Jego dotychczasowa muzyczna podróż przyniosła tak wiele autorskich projektów, że można byłoby nimi obdzielić co najmniej kilku jazzmanów. Zwroty w jego karierze często wiązały się ze spotkanymi na swojej drodze mistrzami – czy to podczas wizyty w domu Antoine’a Roneya w Nowym Jorku, czy z Ngoma Babu Herim na Zanzibarze, lub z Barrem Phillipsem we Francji.

Jeśli chodzi o grę na trąbce, jego inspiracje to szeroki wachlarz sięgający od Milesa Davisa po Billa Dixona. W najnowszej Ankiecie Krytyków Jazz Top 2020 odniósł spektakularny sukces – wysunął się na pierwsze miejsce w kategorii trąbki.

JAZZ FORUM: Jeszcze w czasie twoich studiów nie było jasne, czy ostatecznie zostaniesz trębaczem, czy może jednak basistą albo pianistą.

PIOTR DAMASIEWICZ: Faktycznie z trąbką bywało różnie. Człowiek był nieokrzesany i grał za dużo, przez co nadwyrężał zdrowie. W szkole średniej astma i problemy z gardłem na jakiś czas przerwały moją edukację, choć wtedy trąbka była dla mnie drugim instrumentem. Pierwszym był fortepian, który nadal uwielbiam, ale dziś towarzyszy mi głównie przy komponowaniu. Kiedyś grałem fugi Bacha czy preludia Chopina na wysokim poziomie, ćwiczyłem cholernie dużo. Podczas studiów byłem w klubie Geneza stałym pianistą grającym „do piwa”, a moje pierwsze koncerty były właśnie przy klawiszach. To były duety, np. z Maćkiem Obarą czy Jarkiem Bothurem.

JF: To fortepian, ale był przecież także kontrabas.

PD: Skończyłem szkołę drugiego stopnia na kontrabasie, więc miałem podstawę i podczas studiów nieraz ratowałem przedmiot „Podstawy improwizacji” w sekcji rytmicznej. Basiści zawsze gdzieś wyjeżdżali na gigi, więc Piotr Wojtasik zapraszał mnie z kontrabasem.

JF: Wtedy trąbka leżała w futerale?

PD: Tak, znów z przyczyn zdrowotnych, naciągnąłem mięśnie w policzkach. Najpierw była przerwa półroczna, potem zaliczanie egzaminów na trójach, a potem powolny powrót do formy. Dopiero po licencjacie zacząłem wracać na dobre.

JF: Ostatecznie jest trąbka. No i mamy niespodziankę – zająłeś pierwsze miejsce w ankiecie JAZZ FORUM.

PD: Ucieszyłem się, ale nie ukrywam, że mnie to zaskoczyło, bo zawsze działałem w niszy, daleko od takich rankingów. JAZZ FORUM niespecjalnie było zainteresowane moimi awangardowymi poczynaniami z czasów Mnemotaksji czy Imprographic, a kiedy odjechałem w stronę Bociana (wytwórnia płytowa Bocian Records) z płytami „veNN Circle” czy z „Mineral”, to myślałem, że ostatecznie mnie JF pogrzebało, że zostałem przygnieciony głazem niereformowalności. (śmiech)

JF: Aż tu nagle...

PD: Nie no, to nie było tak nagle. Podejrzewam, że najpierw album „Polska”, mojego zespołu Power of the Horns, zrobił trochę zamieszania. To był ukłon w stronę naszej polskiej tradycji. Potem przyszła pandemia, a ja zacząłem aktywnie działać w sieci. Robiłem jakieś przekazy leśne, ale wiesz... to jednak był lekko szamański streaming z lasu z dzwonkami na nogach, co generalnie nie jest stylistyką bliską JAZZ FORUM.

JF: Widzę, że to przemilczenie awangardowych projektów w mediach trochę ci doskwiera. A jak reagujesz na negatywne recenzje swojej muzyki?

PD: Takie głosy mogą być motywujące, bo wytrącają cię z zastygłego poglądu, masz powód do zastanowienia. Powiem ci, że polubiłem krytyczne recenzje, tak jak polubiłem ból zęba. Już tłumaczę... Czasami w życiu martwisz się jakimiś głupotami, a wystarczy dotknąć językiem dziury w zębie i sobie myślisz: „kurwa, mogło być gorzej”. Recenzje raz na jakiś czas muszą być krytyczne, a jeśli są konstruktywne, to mi się podobają.

Moje muzyczne inklinacje bywały blisko stylistyki kojarzącej się z JAZZ FORUM, hard bopu i muzyki, która miała dużo do czynienia z mainstreamem. Tak było przez całe studia, ale też później, np. w ramach kwintetu, w którym graliśmy muzykę Tomasza Szukalskiego, no i do tego niektóre rzeczy ze wspomnianym już Power of the Horns. Nie wszystko było u mnie totalnie odjechane i buntownicze. Po niefreejazzowych płytach, które wydałem w ostatnich miesiącach, to zainteresowanie wróciło. Mówię tu o ostatnich albumach – brudnym hard bopie z „Viennese Connections” czy bardziej rootsowych „Śpiwlach”. Wydaje mi się zresztą, że ten eksperymentalny okres, wypełniony zupełnym free i awangardą, mam już za sobą. Teraz robię syntezę doświadczeń z przeszłości. To moja dojrzała decyzja.

JF: Uważasz więc, że wcześniejsze projekty awangardowe jak veNN Cirle czy Imprographic były niedojrzałe?

PD: Wtedy tak nie uważałem. (śmiech) Może jednak nie do końca jest to etap zakończony. Będę grał różne rzeczy, ale nie mam zamiaru ograniczać się tylko do awangardy. Kiedyś skupiałem całą energię wokół konkretnych projektów i stylistyk, a dziś jestem w innym miejscu. Po wielu ważnych doświadczeniach potrafię wyrazić siebie bardzo różną paletą umiejętności. Mam większe zaplecze i chcę czerpać z całości, z wszystkiego, czego nauczyłem się w szkole, podczas podróży, koncertów na różnych scenach, czy w piwnicy z kumplami.

JF: Synteza, o której wspominasz materializuje się w postaci wydawnictw fonograficznych w twoim flagowym przedsięwzięciu o tajemniczej nazwie L.A.S. Co stoi za tym skrótem?

PD: L.A.S. to nie jest zwykłe wydawanie płyt, to skrót od pewnego rodzaju filozofii, którą żyję, i w której chcę się rozwijać. Samym procesem tego rozwoju jest manifest: „Listening and Sounding/ Looking and Seeing/ Learning and Surviving/ Living and Synchronizing/ Liberty and Synergy/ Love and Stream”(słuchanie i brzmienie, patrzenie i widzenie, uczenie się i przetrwanie, życie i synchronizacja, uwolnienie i synergia, miłość i strumień).

To kolejne stopnie rozwoju świadomości, które powodują uwolnienie, prowadząc nas do znalezienia tego, czego najbardziej pragniemy: miłości i dzielenia się nią. Może to jest banalne, ale ja taki jestem – trochę banalny, trochę ufny, kompulsywny i trochę nieprzewidywalny, często działam pod wpływem intuicji i emocji. Postanowiłem, że nie będę tego zmieniał, a wręcz odwrotnie – będę spełniał swoje pragnienia i żył w zgodzie z manifestem, jaki sobie postawiłem na piedestale.

JF: To znaczy?

PD: Chodzi o to, żeby otworzyć łeb i spróbować żyć według kanonu, jaki ustawiłem w tych sześciu sentencjach. Zacząłem od słuchania i brzmienia, czyli od słuchania siebie, od słuchania innych i tym samym od innego postrzegania świata.

JF: I co się zmieniło?

PD: Zacząłem inaczej uczyć się rzeczywistości. Zobaczyłem, że dookoła mnie było bardzo wielu wartościowych ludzi, wiele spotkań i sytuacji, których wcześniej nie brałem poważnie pod uwagę. Mój styl życia nie zmienił się od blisko dekady, ale nigdy o nim nie mówiłem głośno, teraz zacząłem się odkrywać w sieci, doceniać to, co dzieje się wokół mnie i dzielić się tym z moimi fanami. Z nowych międzyludzkich interakcji doszło do syntezy, od syntezy do symbiozy, od symbiozy do synergii.

JF: L.A.S. to także płyty, a słyszałem o naprawdę imponujących planach wydawniczych. Ile projektów planujesz wypuścić na rynek w tym roku?

PD: W perspektywie 2021/2022 planowanych jest kilkanaście.

JF: Planujesz wyłącznie własne projekty, czy otwierasz drzwi swojej oficyny dla liderów innych składów?

PD: Na razie skupiam się na projektach z moim udziałem. Pytałeś o plany wydawnicze na ten rok, ale łącznie mam w szufladzie kilkadziesiąt sesji i to wszystko trzeba wydać, bo inaczej nikt nie będzie wiedział co robiłem, a są to rzeczy ważne. L.A.S. w końcu pokaże moją prawdziwą twarz, która nie była dotąd eksponowana. Wydawnictwa mówiły na przykład: „to się nie sprzeda” albo „to nie jest zgodne z naszą strategią”. No ile można się odbijać od drzwi różnych wytwórni? Zamiast pisać maile, dobijać się i wydawać tu po jednej, tu po dwie płyty, zdecydowałem się na własną oficynę. Nie chcieli mi dać szansy, to sam ją sobie wziąłem. To nie jest projekt biznesowy, po prostu muszę urodzić te dzieci. Planuję również reaktywację wydawnictw, które już zniknęły z rynku. Na przykład „Hadrony” czy „Mnemotaksję”.

JF: Z wydawniczego punktu widzenia nośnik CD jeszcze istnieje?

PD: L.A.S. to inicjatywa skupiona na winylu i ma swojego odbiorcę. Oczywiście płyty kompaktowe także tłoczę. Po pierwsze wciąż są ludzie, którzy preferują CD, i wciąż jest to narzędzie promocyjne.

JF: A ty jak słuchasz muzyki?

PD: Ostatnio nie mam swojego domu, więc tam gdzie trafię, tam słucham. Teraz jestem w Żywcu, u przyjaciela, który ma rewelacyjny sprzęt, słucham na dobrych, audiofilskich paczkach.

JF: Co to znaczy, że nie masz swojego domu?

PD: Przez ostatnich sześć lat moje życie polegało na ciągłych podróżach, więc w pewnym momencie podjąłem decyzję o rezygnacji z utrzymywania mieszkania, które właściwie stało puste. Tam, gdzie miałem różne muzyczne zadania do wykonania, tam mieszkałem. Kilka miesięcy we Francji, w Norwegii, trochę w Portugalii, w Szwajcarii, czy na rezydencji w Serbii. Był też czteromiesięczny pobyt w Afryce, no a potem piesza wędrówka do Santiago de Compostela, to było 4168 kilometrów „z buta”, co oznaczało pół roku w drodze... Pomiędzy tymi wydarzeniami czasami lądowałem na chwilę w rodzinnym domu, oczywiście były też inne, krótsze wyjazdy. Covid zatrzymał podróżowanie po świecie, ale jakoś sobie radzę. Większość pandemii spędziłem w domu przyjaciela w górach.

JF: Skoro twoje podróże zwykle łączyły się z muzycznymi zadaniami, to i w L.A.S. ukażą się nagrania z różnych miejsc świata?

PD: Oj tak. Szykuję na przykład prawdziwą wydawniczą kolubrynę z mojej wędrówki do Santiago. Będzie strona www, winyle, CD, książka...

JF: Piszesz książkę?

PD: Będę to opowiadał, ale ktoś, kto będzie spisywał moje wspomnienia, jakoś musi to ułożyć w całość. Podróż zaczęła się od pragnienia podróży w głąb siebie i w głąb dźwięku. Taki też tytuł roboczy ma mieć książka. Ta sentencja była myślą przewodnią całej wyprawy w wymiarze duchowym – podążając w głąb siebie, podążasz w głąb dźwięku i odwrotnie.

JF: Ile zagrałeś koncertów w trakcie tej wędrówki?

PD: Ponad sto trzydzieści. Udało mi się zarejestrować ponad sto. Odwiedzałem różne przestrzenie dźwiękowe, były małe kapliczki, kościoły, katedry, a nieraz synagogi czy świątynia z czasów rzymskich. Efektem będzie ciekawa podróż dźwiękowa ocierająca się o antropologiczny wymiar, o korzenie Europy. Wędrówka oddziaływała na mnie w wielu wymiarach, przede wszystkim na świadomość duchową, ale w wymiarze cielesnym też dowiedziałem się wielu rzeczy. Pouczające było pokonywanie własnych barier, poznanie swojego ciała. To było też wyzwanie mentalne, już wiem czym karmić mój umysł jak się motywować. Wędrówka dała mi siłę.

JF: Kontekst religijny był dla ciebie ważny?

PD: Tak, szedłem jako chrześcijanin, ale ważnym elementem tej wędrówki był jej charakter ekumeniczny i wielokulturowy, stąd też wizyty w kościołach ewangelickich, protestanckich, czy synagogach. Nawet symbolicznie odwiedziłem meczet.

JF: Ale w tym meczecie zagrać nie mogłeś.

PD: No niestety, ale imam pozwolił mi wejść i pomodlić się. Wspólnie z nimi pomodliłem się o pokój na Ziemi. Zaprosił mnie, żebym następnym razem zagrał koncert przed meczetem. To było koło Moguncji. Symboliczna rzecz, na jaką może sobie pozwolić pielgrzym muzyk. I to było dla mnie ważne, bo chodzi o symbolikę dialogu międzykulturowego w kryzysie europejskim związanym z emigracją. Przestrzenie sakralne to też dźwięk, różne akustyki, pogłosy, brzmienia. Kontekst duchowości był oczywiście bardzo istotny, bo to jednak miejsca spotkań z Bogiem, z uniwersum, co nie jest bez znaczenia w momencie tworzenia muzyki. Poprzez dźwięk starałem się dotrzeć tak głęboko jak się da, tam, gdzie nie docierają myśli, ani słowa. Muzyka, która jest kluczem do emocji, do najbardziej wrażliwej strony człowieka, była najważniejszym elementem mojej podróży duchowej.

JF: Jeszcze przed tą pieszą wędrówką rejestrowałeś muzykę w kościołach. Mam na myśli album twojego kwartetu, o którym już wspomnieliśmy „Mnemotaksja”. Jeśli jednak chodzi o nagrania solo, to w sieci jest nietypowe nagranie z pewnej kapliczki... Opowiesz, jak do tego nagrania doszło?

PD: „Mnemotaksja” to było autentyczne, uduchowione granie. Parę lat minęło i pojechałem na festiwal do Prowansji, gdzie spotkało mnie wiele różnych przygód, włącznie z kradzieżą trąbki i przebiciem opon w samochodzie. W trakcie festiwalu, uciekając od upału, trafiłem do kapliczki, o której wspomniałeś. Okazało się, że na miejscu są głośne cykady, które bardzo ubarwiały przestrzeń, w sam raz do gry solo. Zarejestrowałem to spotkanie i wrzuciłem na YouTube. Potem Przemek Psikuta puścił to w nocnej audycji radiowej i kilka osób się odezwało. Ba! Nawet Grzesiek Tyszkiewicz wpadł na pomysł, że jak będę miał więcej takiego materiału, to na pewno wyda go na winylu. Po tak dobrym odbiorze postanowiłem wrócić do tej samej kaplicy. Ruszyłem do Francji, ale nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem...

JF: Nie zawsze są cykady.

PD: Okazało, że te cykady po prostu nie cykały, bo była wiosna. One cykają jak jest upał. Więc trzeba było przyjechać jeszcze raz. Latem 2018 roku byłem z dziewczyną na rezydencji w Szwajcarii, gdzie nagrywałem płytę. Po sesji pojechaliśmy znowu do tej małej kapliczki, przedarliśmy się przez całe Alpy.

Niestety trafiliśmy na bardzo kiepskie, chłodne lato, kiedy cykady nie cykały. W historii Francji coś takiego się nie zdarzyło! A ja musiałem powtórzyć nagranie z cykadami, bo to one tworzyły całą atmosferę. Zostaliśmy parę dni, ale była cisza. Zostaliśmy dłużej, ale skończyła nam się kasa. Zatrudniliśmy się w winnicach. Nie chciałem dać za wygraną, zostaliśmy trzy miesiące. Dostaliśmy klucz od kaplicy od władz miasta i mieszkaliśmy tam dopóty, dopóki cykady nie zaczęły cykać.

JF: W tej kaplicy mieszkaliście?

PD: No tak, średnio się tam mieszkało. Na szczęście obok było jezioro do dyspozycji, ale po wodę pitną, czy po baterie jeździliśmy do miasta. Dzień wyglądał tak, że od siódmej do szesnastej harowaliśmy na winnicach, potem załatwialiśmy baterie, jedzenie, no i od dziewiętnastej rozstawiałem sprzęt i mikrofony. Musiałem się streszczać, bo cykady szybko szły w kimono. To był ciężki czas, ale w te trzy miesiące udało się nagrać 25 godzin muzyki.

JF: Z tego też będzie płyta?

PD: Tak, właśnie do wydawania takich skarbów powstał L.A.S.

JF: O twoich podróżach można byłoby rozmawiać godzinami, ale na koniec powiedz, jakie są najbliższe plany w L.A.S.? Czy kolejny projekt to też nagranie z twoich archiwów?

PD: To będzie płyta „Kategorium”, duet – ja i wibrafonista Emilio Gordoa. Nagranie nie jest stare, zarejestrowałem je półtora roku temu. Wróciłem na nie z Hiszpanii. Zrobiłem dwa dni przerwy w wędrówce, żeby dotrzymać słowa. Jest z tego fajny rezultat muzyczny, szczególnie jeśli przypomnę sobie, jak zmęczony byłem podczas tego występu, bo po drodze miałem jakieś odwołane loty i nieprzespaną noc... To nagranie powstało podczas międzynarodowej wystawy rzeźbiarzy. Nazwę wymyślił kurator i inicjator Andrzej Mazur. Nawiązuje ona do filozofii Immanuela Kanta, który określił czas i przestrzeń oraz dwanaście kategorii jako uniwersalne warunki poznawcze. To połączenie koncertu, na którym graliśmy na żywo muzykę improwizowaną, a dograliśmy pewne brzmienia na tych rzeźbach, które stały w wystawowym hangarze i zrobiliśmy z tego dźwiękową mozaikę. Płyta jest czysto brzmieniowa, ale też pojawia się harmonia. Słucha się tego świetnie. Teraz słyszę, że byłem w dobrej formie po koncertach solowych, ale pamiętam, że potem, jak wróciłem z Wrocławia na drogę w Hiszpanii, to musiałem poważnie przyspieszyć z tym ciężkim plecakiem, żeby dotrzeć do celu na czas.

JF: Co tym razem cię goniło?

PD: Koncert Power of the Horns w ramach Jazztopadu. Docisnąłem, wyszło dokładnie sześć miesięcy wędrówki. Zdążyłem na to granie.

Rozmawiał: Roch Siciński (Polskie Radio, Pr. 2)



Zobacz również

Dominik Strycharski: nie boję się żadnej sytuacji

Kompozytor, eksperymentator, autor jedynej na świecie jazzowej płyty solowej na flet prosty Więcej >>>

Krystyna Prońko: pół wieku w służbie piosenki

Charyzmatyczna, bezkompromisowa i jedna z najjaśniejszych gwiazd polskiej estrady oraz dydaktyki wokalnej Więcej >>>

Gwi­lym Simcock

Chick Corea powiedział o nim: „Gwilym to oryginał. Kreatywny geniusz.” Więcej >>>

Joaquin Sosa: Wrodzona radość

To jeden z najbardziej utalentowanych i wszechstronnych muzyków we współczesnym świecie klarnetu Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu